Syberyjski letni maraton

Bieg dla prawdziwych miłośników!

Rzeczywiście inaczej nie da się określić czerwcowego XXXVI Bajkalskiego Maratonu wzdłuż Angary na Syberii w Rosji. Tu biuro zawodów i zarazem „szatnia” umiejscowione są na przystanku autobusowym, a za depozyt służy… ławka. Elektroniczny pomiar czasu zastępują wolontariusze, ręcznie spisujący międzyczasy biegaczy na kartce. Przy tym wszystkim nie wnosi się opłaty za start dzięki darowiznom prywatnych osób na organizację imprezy!

W tym roku zrealizowałam jedno z marzeń życia – przejechałam się koleją transsyberyjską, zobaczyłam Bajkał, pozwiedzałam Syberię. Bajkalski Maraton był przy okazji. Nie mogłam się powstrzymać, skoro przyjechałam do położonej nad Bajkałem Listwianki w terminie tej szczególnej imprezy biegowej. Wyjątkowej, bo poprowadzonej wzdłuż jedynego odpływu Bajkału – rzeki Angary, bardzo pagórkowatym, asfaltowym bajkalskim traktem w stronę Irkucka – syberyjskiego centrum Rosji. Mimo że królewski dystans ukończyły nad Bajkałem zaledwie 24 osoby, 04.06.2017 r. zawody odbyły się tu już po raz trzydziesty szósty! Oprócz 42,195 km można było zmierzyć się z półmaratonem i dystansem 10 km. Łącznie w imprezie wystartowało 124 zawodników.

Asfalt, zdechła krowa i mokre majtki
To był mój pierwszy asfaltowy maraton. I o dziwo – pierwszy zagraniczny! Dotychczasowe pięć pokonywałam w polskim terenie, w tym trzykrotnie na Pustyni Błędowskiej. Za asfaltami nie przepadam i rzadko po twardym trenuję – nie służy mi to i nie lubię po prostu. Wolę miękkie leśne i piaszczyste podłoża.
Czytaj dalej „Syberyjski letni maraton”

Reklamy

Jak rozpoczynać sezon, to tylko z Dzikami!

Pierwszy rejestrowany start w 2017 roku, upalna aura początku kwietnia, 21 leśnych kilometrów i szajka biegaczy z Naprzód Młociny w Legionowie – w sobotę nic więcej mi do szczęścia nie było trzeba!

Półmaraton leśny „na żarcie” stał pod znakiem zapytania, czułam się średnio, chrypiałam i zastanawiałam się, czy w ogóle startować. Obiecałam jednak Piotrkowi i Mariuszowi podwózkę, a skoro ze stanem podgorączkowym pożegnałam się dwa dni wcześniej, a półmaraton opłacony, postanowiłam pobiec. Zupełnie bez stresu, na spokojnie, może z ewentualnym przyspieszeniem na drugiej pętli, jak Czytaj dalej „Jak rozpoczynać sezon, to tylko z Dzikami!”

„Bez ruchu po prostu nie żyjemy”

Bez ruchu po prostu nie żyjemy”

– spuentował Sebastian Chmara podczas konferencji prasowej PKO „Biegajmy razem w 2017”, podsumowującej dotychczasowe akcje biegowe PKO oraz zapowiadającej największe biegi sponsorowane przez bank w 2017 r.

Kalendarium biegów pod patronatem PKO Banku Polskiego

PKO Bank Polski wspiera biegaczy z całej Polski już od 2013 r. poprzez autorski program „PKO Biegajmy razem”. 16 marca bank zainaugurował kolejny sezon razem z tegorocznymi ambasadorami akcji aktorką i biegaczką Karoliną Gorczycą, Czytaj dalej „„Bez ruchu po prostu nie żyjemy””

warszawskie podsumowanie sezonu

Rok warszawski. Treningi, starty, dieta, zdrowie, blogi i kilka innych uwag.

Bo kto powiedział, że podsumowania robi się tylko w grudniu?

Strzeżcie się swoich myśli

Dla mnie ten rok rozpoczął się 6 lutego 2016 r. Po kilku latach wschodnio – południowo – zachodnich tułaczek zainaugurowałam swoją przygodę w stolicy. Po podróży z Barcelony na lotnisku przywitały mnie dwie wariatki z ogromnym transparentem „We love you” – dziękuję! Też Was kocham Roksana, Ilona, poczułam się wyjątkowo i bardzo na miejscu, choć miasta nie znałam prawie wcale.

Na docelowe mieszkanie wybrałam Bielany, by mieć blisko Las Bielański i Puszczę Kampinoską – do biegania, rzecz jasna. Do oddychania i odpoczynku również. Strzeżcie się swoich myśli, które znienacka Was czasem dopadną. Nigdy nie planowałam mieszkać w Warszawie, ale jakoś chyba w 2014r. (?) przyjechałam tu na pewien assessment center, po którym dostałam się do finalnego etapu rekrutacji, ale ostatecznie firma zatrudniła młodego Ukraińca. Koleżanka Gosia zabrała mnie wtedy na spacer po Bielanach (od Słodowca przez klimatyczną brukowaną ul. Płatniczą z zapalanymi ręcznie gazowymi latarniami aż do otoczonego lasem UKSW blisko Wisły), które urzekły mnie zielenią, spokojem i optymalną lokalizacją. Pomyślałam wtedy jeżeli będę kiedyś pracować w Warszawie, wynajmę coś tutaj. A mieszkałam wtedy w Holandii. Później w Czechach. Jednak po dwóch latach, dość niespodziewanie, rzeczywiście znalazłam ciekawą ofertę w Warszawie i w marcu 2016 r., wprowadziłam się do małej miłej kawalerki niedaleko metra Wawrzyszew.

Decyzje przychodzą wiosną

Po morawskich upalnych górskich treningach w 2015r., cieszyłam się, że na przełomie 2015/2016 udało mi się kontynuować w miarę regularne bieganie wyjątkowo ciepłą hiszpańską zimą. Zazwyczaj od listopada do lutego/marca treningi były dla mnie problematyczne z uwagi na mój szybko poddający się przeziębieniom organizm. Idylla skończyła się wraz ze styczniowym ostrym zapaleniem zatok, wyleczonym ostatecznie antybiotykiem. Po powrocie do Polski nie czułam się zdrowa na tyle, by biegać, łykałam sinupret, aklimatyzowałam się po doznanym we własnym kraju czymś na kształt szoku kulturowego i porządkowałam bieżące kwestie. Trochę to trwało.

23 marca 2016 r. – pamiętna data pierwszych nieśmiałych biegowych kroków po lesie. I ta coroczna przedwiosenna euforia, że wkrótce się zazieleni, że coraz cieplej, że dzień się wydłuża, że niedługo pojawią się wieczorem świetliki! Że katar się zmniejszy, ból gardła minie i będzie można biegać do nocy wśród drzew. Bez kurtek, czapek i strachu o kolejne załamania zdrowia. Świadomość, że wszystko można. Choć można przecież zawsze, ale wiosną jakoś łatwiej.

W kwietniu zapadły pierwsze decyzje, które pociągnęły za sobą regularne treningi – zapisałam się na trzecią edycję Cross Maratonu Pustyni Błędowskiej. Lubię bardzo te mordercze zawody w piachu. Chyba ma się jakiś dziwny sentyment do swoich pierwszych maratonów – czyż nie, biegacze? Drugie 42,195 km w tym roku postanowiłam przebiec w Maratonie Puszczy Noteckiej – teren z relacji wymarzony, a i imprezę chwalono na prawo i lewo. Coś mi krąży po głowie, że chyba nie sprawdziłam dokładnie lokalizacji i omyłkowo myślałam, że chodzi o Sieraków blisko Warszawy, nie chciałam daleko dojeżdżać (później miało się okazać, że na zawody miałam z Warszawy prawie 400 km). Nie wykluczałam kilku mniejszych biegów po drodze.

Wiosenno – letnie przygotowania

W maju machnęłam ręką na resztki zalegającego kataru i zaczęłam biegać z nim. Pilnowałam treningów, w miarę przestrzegałam diety, postanowiłam się przebadać od A do Z, bo akurat pojawiła się taka możliwość. Prawda taka, że gdy mieszkałam za granicą, wykonywałam regularnie nieliczne badania. Chciałam być zdrowa i znaleźć przyczyny przeziębień, które utrudniały moje sportowe życie, zamiast co jakiś czas leczyć ich męczące skutki. Zaczęłam stosować różne alternatywne sposoby wzmocnienia odporności (więcej poniżej), odkryłam kilka ciekawych blogów biegowych i innych, w których zaczytywałam się do nocy (też poniżej), kontynuowałam niemal codzienne praktyki głębokiego oddychania poprzedzone lekką gimnastyką i rytuały tybetańskie zawsze rano, ćwiczenia stabilizacyjne na poduszce sensomotorycznej zawsze wieczorem dla wzmocnienia głównie kolan i stabilizacji. Narzuciłam sobie pewne rutyny, którym w zasadzie lubiłam się poddawać, bo wiedziałam, że przyniosą dobry efekt. Czułam go zresztą z każdym tygodniem. Na kalendarzu ściennym przykleiłam sobie zieloną przypominajkę, by nie zapominać o tym, co ważne. W maju w Lesznie pobiegłam pierwszą crossową dyszkę w Crossie z Historią w Tle (http://crosszhistoria.pl/), praktycznie bez przygotowania po bardzo złej nocy z gorączką. Tam też poznałam przesympatyczną biegową parę Adama i Tunię https://twojezwyciestwo.wordpress.com/2016/08/17/o-wytrwalej-biegaczce-na-czterech-nogach/, dobrze wspominam ten bieg. Od momentu, gdy rodzina sprezentowała mi nowy telefon, zaczęłam korzystać z Endomondo i polubiłam ten program, dzięki któremu łatwo można było rejestrować postępy i długość trasy.

W czerwcu zaczęłam półroczną kurację ziemią okrzemkową na odporność. Poza tym okazało się, że oprócz obniżonego hematokrytu i hemoglobiny (u mnie standard), mam też niedobory żelaza i ferrytyny. Hematolog zaleciła mi więc trzymiesięczną kurację tardyferonem, która po zakończeniu przyniosła moim zdaniem doskonałe rezultaty, także te biegowe. Z CT zatok teoretycznie wynikało, że wewnętrzna specyficzna budowa nosa bez operacji stale będzie przyczyną nieustannego kataru. Ale żadnym zabiegom nie zamierzałam i póki co nie planuję się poddać. Toż to opinia tylko jednego lekarza (nie znaczy, że niewłaściwa), skonsultować zawsze warto. Poza tym ogólnie byłam zdrowa, EKG wysiłkowe wyszło ładnie, spirometria też, tarczyca w porządku, zaobserwowano u mnie tylko dodatkowe bicia serca, ale niegroźne i dostałam oficjalne zezwolenie lekarskie na kolejne maratony. 19 czerwca bardzo słabo pobiegłam I Memoriał im. Zofii Morawskiej w Laskach (http://protempo.pl/memorial-imienia-zofii-morawskiej-regulamin/), chciałam przebiec 5 kółek, a dało radę tylko 4 (należało pokonać jak najwięcej pętli 3,3 km w ciągu 90 minut, za każde pełne okrążenie partner przekazywał darowiznę Towarzystwu Opieki nad Ociemniałymi). Było strasznie duszno i kilka razy przechodziłam w marsz. Niedobór żelaza bardzo osłabiał, forma też dała mi wiele do myślenia – sporo pracy było przede mną!

W lipcu stale zwiększałam kilometraż przed sierpniowym królewskim dystansem. Wedle ogólnych zaleceń w szczycie przygotowań dochodził do 60-80 km tygodniowo. Co jednak zaobserwowałam w tym roku, a co było dla mnie nowością, to dłużące się, niezbędne przed maratonem tzw. długie wybiegania, które samej powyżej 20 kilometrów już nieco mnie męczyły i musiałam się do nich bardzo zmuszać. Uwielbiam przecież bieganie, dłuższe trasy w Kampinosie też, ale czegoś mi w tym roku zabrakło w tych ostatnich długich treningach. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy to ciągle dla mnie, skoro moment wyjścia z domu przekładałam nieraz o półtorej, czy dwie godziny! To było nieznane mi do tej pory uczucie i dało mi głęboko do myślenia. Może to moment, by przestać samotniczyć i zaprosić biegowych kompanów? Może maratony mnie już znudziły i czas na ultra albo biegi przeszkodowe z innym, bardziej urozmaiconym treningiem? Nie poddawałam się jednak i robiłam swoje, widniałam już przecież na liście startowej. Trenowałam interwały, podbiegi, biegi z narastającą prędkością. Bez spisanego dokładnego planu, ale trzymając się w miarę standardowych przedmaratońskich założeń. Od czasu do czasu wskakiwałam na rower lub jeździłam na plażówkę pod PKiN z Aktywni + (http://aktywniplus.com/).

Pustynia uczy z każdym podejściem

W połowie sierpnia zmierzyłam się po raz trzeci z 42 km na śląskiej pustyni. Nie da się ukryć, byłam naprawdę dobrze przygotowana. Może nawet „za dobrze”, bo myślę, że to na sierpień, a nie na wrzesień (jak pierwotnie planowałam) przypadł szczyt mojej formy. Pogoda po raz pierwszy dopisała (nie lało koszmarnie jak w pierwszej edycji imprezy, ani tropikalnie nie smażyło ognistą kulą, jak w 2015 r. https://twojezwyciestwo.wordpress.com/2016/08/09/ii-cross-maraton-pustyni-bledowskiej-powtorka-z-rozrywki-2/), ja czułam się świetnie, bez żadnej kontuzji i przeziębienia, w idealnym biegowo momencie cyklu, ze wzmocnionymi regularnymi treningami kolanami i przyzwoitą wagą. Złożenie tych wszystkich czynników jednocześnie w kluczowych startach bywa dla kobiet naprawdę sporadyczne. Wprost wymarzone warunki, by wykręcić tu wreszcie jakiś bardziej przyzwoity czas. O miejsce już średnio mi chodziło, skoro na maraton zdecydowały się w tym roku zaledwie trzy kobiety, choć fakt faktem, miło byłoby stanąć na pudle najwyżej. Byłam więc na siebie strasznie zła, gdy pomyliłam trasę (która była dobrze oznakowana!), w wyniku czego musiałam zawrócić, nadrobić pominiętą przez nieuwagę pętlę wzdłuż jeziorek i ponownie wybiec w miejscu, do którego już wcześniej dotarłam. Dodałam tym samym ok. 30 minut do ogólnego czasu zupełnie bez sensu, straciłam więcej sił i spadłam wśród kobiet z pierwszej na ostatnią, trzecią pozycję… Przemili wolontariusze, z którymi rozmawiałam wcześniej na punkcie odżywczym, bardzo się zdziwili, ale dodali mi otuchy i stwierdzili, że to dopiero pierwsze kółko i bym mimo wszystko powalczyła na drugim. Tak też się stało i ostatecznie na dosłownie ostatnich kilometrach maratonu dognałam Klaudię i wyprzedziłam, zajmując drugą lokatę. Nie wiem, skąd miałam ten zapas sił, ale świadczy to o tym, że byłam naprawdę w świetnej formie w tym dniu, skoro po kilku nadprogramowych kilometrach w piachu dałam radę jeszcze się ścigać. Było mi przykro, że w tak nieudolny sposób (zagadałam się w miejscu, w którym trzeba było najbardziej uważać) zaprzepaściłam dobry start. Życie. Gdy naszły mnie wątpliwości na trasie, że źle biegnę, zamiast zawrócić od razu i nadrabiać mniej, posłuchałam się niepotrzebnie pewnego przekonującego biegacza, który biegł ten cross po raz pierwszy i o jeziorkach, które ja pamiętałam, nie miał bladego pojęcia – kontynuowaliśmy niepotrzebnie jeszcze przez chwilę niechcący skróconą wersję biegu, aż ostatecznie pewna pomyłki zdecydowałam się nadrobić pominięty odcinek. Do dziś jestem niezmiernie wdzięczna Krzyśkowi Kuziole, który zdecydował się wrócić ze mną na przegapiony (notabene jakże malowniczy i jeden z moich ulubionych) fragment trasy, choć zdecydowanie nie był to jego dzień biegowy. Pamiętam do dziś i bardzo doceniam!

Nauczka z tego taka, że nie można się rozluźniać nawet podczas tak długiego i wyczerpującego biegu i należy zachować czujność i uwagę przez cały czas aż do samego końca oraz… słuchać tylko siebie i tego, co podpowiada intuicja, a nie dać się namówić innym do ich wersji prawdy. Klaudia podsumowała to jeszcze później, by… nie słuchać facetów. Być może też ma rację. Tak czy owak, mimo i tak nie najgorszego czasu, jak na te niezwykle trudne, pustynne, wymagające ogromnej siły biegowej, wytrzymałości i umiejętności strategicznych co do gospodarowania energią własną i odżywiania warunki, czułam ogromny niedosyt i zawód. Miałam wrażenie, że tyle wyrzeczeń, przygotowań i ogromu czasu poświęconego na treningi poszło na marne. Zapewne nie poszło, ale o tym miałam się przekonać później.

Kolejne zwycięstwa roku 2016

Okazji się nie marnuje, więc z radością krótko potem pojechałam na mój pierwszy górski półmaraton do Białki, który wspominam cudownie. Więcej tu: https://twojezwyciestwo.wordpress.com/2016/09/28/pierwszy-gorski-polmaraton-goniacka-het-na-grape-27-08-2016/ Kolejne podium 27 sierpnia 2016 i to w górach zaskoczyło mnie bardzo. Fakt – impreza, choć zorganizowana rewelacyjnie, nie wiedzieć czemu miała mały rozgłos i konkurowała terminem z innymi. Może dlatego pobiegło tylko niespełna 20 zawodniczek. Tak czy siak byłam najszybszą z nich, choć z czasem raczej przeciętnym. Upał i cztery bardzo strome podbiegi zrobiły swoje. Podsumowując cały rok muszę jednak nadmienić, że to właśnie po tym biegu odczuwałam najgorsze „zakwasy” postartowe. Naprawdę po żadnym maratonie nie miałam przez dwa dni problemów z siadaniem za biurko i korzystaniem z toalety… A po Białce ciekawie schodziło się ze schodów, wysiadało z samochodu i generalnie z utrudnieniem wykonywało jeszcze kilka innych czynności. Góry robią swoje.

Był to dobry trening do kolejnego biegu, który miał zweryfikować srogo moje założenia czasowe i wyobrażenie o strukturze terenu. Przypuszczałam, że podłoże w Sierakowie będzie podobne do goleniowskiego z 2015 r. – głównie mech i jakieś pomniejsze górki. Liczyłam po cichu, że może dam radę zejść w królewskim w terenie chociaż na jakieś 3:45… W końcu pracowałam ciężko ostatnimi czasy. Pomijając początek września, gdy dopadło mnie najpoważniejsze przeziębienie „polskie”, które zatrzymało moje bieganie na dobre dwa tygodnie… W dniu biegu piach i wcale niemałe górki dały mi jednak nieźle w kość. Więcej o Maratonie Puszczy Noteckiej tu https://twojezwyciestwo.wordpress.com/2016/10/16/wrzesniowy-maraton-puszczy-noteckiej-wrazenia-w-pigulce/. Wróciłam do domu z nowymi ciekawymi znajomościami (z pozdrowieniami m. in. dla Kamila Leśniaka) i ogromnym pucharem za… pierwsze miejsce open wśród kobiet – i znowu to dziwne uczucie niedosytu (czas) i mimo wszystko radości (pierwsza lokata).

W połowie października pojawiła się następna dobra okazja – Półmaraton Kampinoski, z której skorzystałam bez żadnych oczekiwań, nie planowałam tego startu z wyprzedzeniem, najzwyczajniej w świecie wpisał się w kalendarz biegowy. I właśnie on paradoksalnie okazał się wisienką na torcie całego sezonu. Wiał okropnie zimny wiatr, ja stanęłam zdecydowanie za daleko w tłumie, który potem przyszło mi wyprzedzać (prawdopodobnie ze stratą w minutach, nie sekundach), a mnie nogi niosły na czas poniżej 4:40/km… Mimo że bez podium (choć potem troszkę żałowałam, że nie stanęłam bliżej na wstępie), byłam szczęśliwa i usatysfakcjonowana, jak nigdy dotąd! Wiosną nie miałam takiej średniej nawet w dyszkach, a tu proszę! Dałam radę pobiec tym tempem w terenie, zupełnie bez przerwy, a to oznacza, że przyjdzie moment, że i maraton crossowy pobiegnę na tyle, na ile założyłam! 6/105 wśród kobiet i niekwestionowana radość sponsorowały okropnie wietrzną połowę października. Więcej tu https://twojezwyciestwo.wordpress.com/2016/10/26/polmaraton-puszczy-kampinoskiej/

W listopadzie spauzowałam. To był dobry sezon i trzeba było oczyścić organizm po wszystkim. Przeprowadziłam permanentny tygodniowy detoks oparty na kaszy jaglanej, warzywach, owocach i ziołowych oraz owocowych herbatkach, głównie wedle zaleceń Dagmary Skalskiej https://www.facebook.com/notes/projekt-egoistka/detoks-z-egoistk%C4%85/1060529980668103/. Polecam ten proces – przestałam czuć po nim ochotę na słodycze (moja odwieczna bolączka), ale pod koniec miałam już dużą chęć na nabiał i nieco mniejszą, ale jednak – na mięso. Zmniejszyłam znacznie kilometraż i pozwoliłam sobie jeszcze tylko na Cross Bielański, bo to tylko 2 kilometry w sztafecie, a przecież „na moim podwórku”, w dodatku pod patronatem Trójkowej BBL. Więcej tu https://twojezwyciestwo.wordpress.com/2016/11/18/druzyna-z-przypadku-crossuje-na-warszawskich-bielanach/ Swoją drogą w styczniu 2017 r. zaobserwowałam wreszcie na drewnianej szopce obok UKSW czarnego dzięcioła – symbol Lasu Bielańskiego i zachwycił mnie. Piękny jest!

Chłopaki i dziewczyny z Naprzód Młociny

W grudniu poznałam Anię, a przez nią Naprzód Młociny. Wstyd się przyznać, ale choć mamy wspólną bardzo bliską nam obojgu koleżankę, umówiłyśmy się na bieganie… przez Internet, gdy czytałam bloga Anki i zainspirowała mnie wyjazdem nad Bajkał, gdzie ja też zawsze chciałam pojechać. Tak trafiłam do lokalnej grupy biegowej Naprzód Młociny i już tam zostałam. Zawsze broniłam się przed zbiorowym bieganiem, w październiku w Broku męczyłam się bardzo, zwalniając do tempa grupy podczas wspólnego porannego truchtu na zlocie Eurocash i tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że takie zbiorówki nie dla mnie. Wtorkowe slow grupy biegowej rzeczywiście mnie nie przekonało, nie jestem zwolenniczką powolnych asfaltowych miejskich truchtów, ale wybiegania kampinoskie bardzo przypadły mi do gustu, zwłaszcza rysowanie dzika i poranna pora, która wymuszała wcześniejsze pójście spać. Lubię też wspólne podbiegi i w zasadzie dzięki Dzikom w listopadzie i grudniu ciągle biegałam – chyba po raz pierwszy zimą, za ban brat ze śniegiem i mrozem, póki co bez znaczących uszczerbków na zdrowiu. Lubię Was, Dziki wszystkie po kolei, choć nie znamy się dobrze, pewnie się z Wami czuję, miło mi się z Wami biega i nawet tempo 6:00 nie robi mi już różnicy (na chwilę obecną jest już zresztą być może nawet odpowiednie). Emanuje z Was dobra energia, która udziela się nowym członkom grupy. Doceniam, że stworzyliście taki przyjacielsko – rodzinny klimat i wychodzicie zawsze do ludzi. Nie przestawajcie!

Styczniowe morsowanie

Cały kalendarzowy rok 2017 był niezwykle ciekawy. Rozpoczęty na wzgórzu ogniskiem w Barcelonie, z (tylko!) dwiema przeprowadzkami, z pracą, dla której zdążyłam porzucić stare życie w Czechach i która to, rzec by można, porzuciła mnie w lipcu, ze zlotem w Broku, kolejną firmą, która niedawno zakończyła swoje bytowanie, z poznawaniem wielu nowych ludzi, obszarów i próbowaniem mnóstwa rzeczy. Chyba niesiona falą nieustannych prób pomyślałam sobie, czemu by nie zamorsować z Dzikami w Dziekanowie. I stało się. Decyzja przyszła intuicyjnie, postanowiłam w sekundę, jak tylko poczułam wewnętrzny sygnał i poszłam. Dziś już trzeci raz… Te endorfiny wciągają… pod wodę. Gdyby nie dzikie morsy, nie spróbowałabym. A tak mam nadzieję, że jeszcze trochę tej zimy pomorsujemy, a moja odporność wzmocni się jeszcze bardziej.

Wnioski ogólne

Podsumowując starty: 2 maratony z wynikiem na podium, 2 półmaratony (w tym jeden górski na podium), jedna charytatywna piętnastka, jedna dyszka, mój pierwszy raz w sztafecie. Wszystko w lasach (puszczach, na pustyni). Plus konkretny kilometraż treningowy, w czerwcu i lipcu z pewnością grubo ponad 200 km. Zalany telefon w Białce. Nowe biegowe X-talony Inov8, które z czystym sumieniem polecam, w terenie spisują się doskonale. Stare Nike wyrzucę… Zbiegane doszczętnie, szyte, z odpadającą już podeszwą… Sentyment mam do nich, choć wiem, że to głupie. Ale wylądują na śmietniku jeszcze w tym tygodniu. Zrobiły swoje, poniosły mnie po kilka zwycięstw w ubiegłych latach.

Moje ulubione warszawskie (w zasadzie to bielańskie) miejsca biegowe to rzecz jasna Puszcza Kampinoska i Las Bielański, zdarzało mi się też trenować na Kępie Potockiej i Tarchominie oraz, bardzo rzadko, na okolicznych asfaltach, nawet na brukowanej ul. Płatniczej.

Jestem zarówno biegaczką, jak i kierowcą. Osobiście nie popieram wielkich asfaltowych biegów, uważam, że dezorganizują ruch, niszczą stawy przez twardą powierzchnię i optuję za bieganiem naturalnym, leśnym, górskim. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie wszyscy mają możliwość trenować na łonie natury, a imprezy leśne mają ograniczoną ilość miejsc na listach startowych. Mimo wszystko nie mam parcia na starty w wielkich maratonach typu Warszawski czy Orlen Warsaw Maraton. I zdziwię się, jeżeli takowa ochota kiedykolwiek mnie najdzie. Ja doceniam klimat imprez kameralnych w terenie i na takie wszystkich biegaczy serdecznie zapraszam! Każdemu, kto choć raz spróbuje, raczej nie będzie się chciało wracać do miasta.

Co bardzo uderzyło mnie w tym roku, jeżeli chodzi o świat biegowy, to wszechogarniająca komercjalizacja, coraz wyższe opłaty startowe, wraz z kosztami dojazdu startowanie zaczyna się robić coraz droższym hobby niestety. Dlatego ja nie startuję dużo, za to konkretnie. A wyjazdy biegowe gdzieś dalej traktuję trochę jak urlop i jak tylko mogę, to przy okazji zwiedzam. Czasem się zastanawiam, czy ludzie startują, bo lubią, czy dla jakichś gadżetów, medali, koszulek… Oczywiście sama przechowuję medale, w koszulkach technicznych po prostu trenuję, ale startuję głównie dla zabawy, endorfin i sprawdzenia swoich postępów, rywalizacji, jeżeli rzeczywiście trenuję pod konkretny bieg. Smutne jest trochę to, że niektórzy organizatorzy najzwyczajniej w świecie „zdzierają” pieniądze z biegaczy i zarabiają na tym krocie. Zdaję sobie doskonale sprawę z faktu, że organizacja biegu to nie lada wyzwanie. Ale ludzie kochani, nie przesadzajmy, naprawdę. Zamiast płacić 150-300zł (o wyższych sumach nie wspominając) za udział w biegu, jakieś gadżety, wodę, jedzenie, gwarantowaną opiekę medyczną, zabezpieczenie trasy itp., naprawdę wolę wyjść na zwykły trening w Kampinos, z własnym jedzeniem i piciem, może z kimś jeszcze. Ja wiem, że to nie ta atmosfera, że bez rywalizacji i bez medali, ale apeluję o resztki przyzwoitości dla co poniektórych orgów i dla biegaczy, którzy w zdecydowanej większości nie sumują kwot przeznaczonych na starty i dojazdy, by to zrobili. Zdziwicie się srogo, moi mili. Czy to rzeczywiście niezbędna cena, jaką musi płacić przeciętny biegacz za radość z biegania, jeżeli po prostu biega, bo lubi? Ja „przesadzone” biegi bojkotuję. Po prostu.

Nie sposób w tym podsumowaniu pominąć kwestię smogu. Osobiście nie zgłębiałam tego tematu, ale tak – coraz rzadziej wychodzę, gdy z okna łazienkowego nie widzę PKiN – wiem wtedy, że smog jest straszny. Chyba że trucht w puszczy – to inna sprawa. Niestety w ciągu ostatnich dwóch miesięcy za Lasem Bielańskim widoczność się kończyła…

O czym jeszcze warto wspomnieć, podsumowując rok warszawski – niestandardowo nie prowadziłam żadnych bardziej szczegółowych zapisków w kalendarzu książeczkowym. To nie było moje założenie, jakoś tak wyszło po prostu. Widocznie więc jest w tym roku coś, czego mam nie zapamiętać – tak myślę. Zazwyczaj co jakiś czas notuję ważniejsze wydarzenia, by potem móc do nich zajrzeć, pamięć ludzka jest ulotna. Niedawno wróciłam jednak do tej praktyki, czuję, że obecny rok może być jeszcze ciekawszy. Tym razem świadomie nie chcę, by cokolwiek mi umknęło.

Co dalej?

„Rok warszawski” w jakimś sensie jeszcze trwa, gdyby liczyć go od momentu przeprowadzki na Bielany (01 marca 2016). Zimą jestem bardziej leniwa, po oblodzonym lesie biega się ciężko, choć jeden z najciekawszych treningów zaliczyłam w tym roku przy jakichś -17 st i już wiem, że za ciepło się wtedy ubrałam – uważajcie z tym, nie ma co przesadzać z nakładanymi warstwami! Biegam teraz bardzo mało, a i jeść zaczęłam byle co i coraz mniej zdrowo, trzeba wrócić do dobrych nawyków.

Co w nadchodzącym roku? Póki co nie rejestrowałam się na żadną imprezę, zbyt wiele niewiadomych. Korci mnie Runmageddon lub inny bieg przeszkodowy i po morsowaniu już jakoś mniej przeraża mnie przeszkoda z zanurzeniem się w lodowatej wodzie. Choć ciągle pozostaje problem włosów – jakieś propozycje, co z nimi zrobić? Zabrać ze sobą czepek, który niekoniecznie da radę uchronić włosy? Bo średnio sobie wyobrażam kończyć bieg i pokonywać kolejne przeszkody z mokrymi włosami (długimi za łopatki…) Doświadczone biegaczki – poratujcie! Oczywiście korci mnie po raz czwarty Pustynia Błędowska, swoją drogą wszystkim lubiącym się sponiewierać, polecam tę imprezę gorąco! Jeszcze bardziej nęci magiczna Łemkowyna. Może Parchatka? Myślałam też o jakimś ultra, ale póki co na pewno nie ta forma, by rozważać to na poważnie. Chętnie Goniacka, ale ten termin rzeczywiście koliduje z wieloma innymi startami.

Co mi się udaje – pić wyłącznie jedną kawę dziennie. Z czym ciągle walczę? Z moimi dwiema odwiecznymi bolączkami: zbyt późne chodzenie spać (zwł. jak zacznę coś czytać) oraz słodycze. Co robię falowo: ćwiczenia na poduszce i głębokie oddychanie, ale tu nie powinno być żadnego problemu z powrotem do regularności – lubię to po prostu i wiem, że przynosi efekty.

W temacie odporności i zdrowotności chcę zgłębić lecznictwo i profilaktykę wodą utlenioną. Ponoć genialny środek na wszystko. Czy ktokolwiek z Was stosował wodę utlenioną lub czytał książkę „Woda utleniona na straży zdrowia” I. Nieumywakina? Jeżeli tak, podzielcie się, proszę, doświadczeniami. Poza tym piszcie, jak wzmacniacie odporność i co rzeczywiście działa. Ja mam w tym temacie uczucia bardzo mieszane.

Zapewne ten rok przyniesie sporo zmian (jak każdy zresztą). Obecnie szukam tańszego mieszkania (najlepiej na Bielanach blisko metra) i pracy. Pozwolę więc sobie na odrobinę prywaty – ktokolwiek może pomóc – będę wdzięczna za informacje. Rozważę każdą opcję.

A Wam, drodzy biegacze, życzę w tym roku zdrowia, endorfin, niepokrywających się terminów i jeszcze lepszych wyników. Ale przede wszystkim po prostu zwykłej, ludzkiej, czystej radości z biegania. Ja biegam, bo lubię. A Wy?

Asia

Poniżej skrótowe podsumowanie moich tegorocznych doświadczeń. Dzielcie się Waszymi wrażeniami, podpowiedzcie, co u Was działa.

Treningowo poza bieganiem u mnie koniecznie:

– przez ok. pół roku lub nawet więcej codzienne krótkie, ale systematyczne ćwiczenia na poduszce sensomotorycznej (kto czytał wcześniejsze artykuły, zwł. https://twojezwyciestwo.wordpress.com/2016/01/24/historia-maratonu-ktory-mial-byc-pierwszym-w-zyciu/ ten wie, że muszę bardzo dbać o kolana),

– ogólnorozwojówka,

– wzmocnienie tricepsa, pośladków, brzucha, pleców (deski, duża piłka i wiele innych),

– rower,

– marsze, spacery,

– poranne elementy bardzo słabo zaawansowanej jogi,

– siatkówka.

Na co zwracałam szczególną uwagę w diecie w trakcie treningów, zwł. przedmaratońskich:

– pietruszka, pietruszka, pietruszka! Dodawałam do wszystkiego, na szczęście miałam blisko rynek ze świeżą dostawą każdego dnia od okolicznych rolników. Pietruszka = wit. C i żelazo,

– mięso wołowe koniecznie świeże! (żelazo),

– buraki (tak, dokładnie, też na krew),

– kasze wszystkie po kolei, ale najbardziej jaglana i gryczana,

– kakao (magnez),

– banany,

– wszystkie owoce lasu, które swoją drogą uwielbiam,

– dużo zielonego, zwł. szpinak, jarmuż,

– ryby,

– orzechy, migdały, nasiona, suszone owoce,

– cytrusy,

– masło orzechowe,

– awokado,

– kwestia używek: ograniczałam słodycze, z alkoholu często długookresowo rezygnowałam zupełnie (nie sprawia mi to żadnego problemu), kawa maks. jedna dziennie (parzoną zaczęłam gotować, próbowałam też w tym roku kawy z masłem klarowanym i olejem kokosowym oraz kawy zielonej), dużo herbaty zielonej i rooibos, mięta, rumianek, hibiskus,

– mnóstwo koktajli owocowych i warzywnych, czasem mlecznych.

Badania, które oprócz standardowej morfologii i bad. moczu wykonałam w 2016 i polecam każdemu biegaczowi:

– żelazo i ferrytyna,

– sód, potas, wapń, magnez, kreatynina, glukoza,

– badania hormonalne,

– USG tarczycy i ginekologiczne,

– USG tętnic szyjnych i kręgowych,

– EKG spoczynkowe i wysiłkowe,

– echo serca,

– spirometria,

– CT zatok (tylko wg zaleceń lekarza).

Zrobiłam też dodatkowo testy uczuleniowe. Oprócz lekarza ogólnego, stomatologa i ginekologa odwiedziłam laryngologa, ortopedę, hematologa i kardiologa.

Na wzmocnienie odporności stosowałam:

– ziemia okrzemkowa codziennie rano przez pół roku od czerwca,

– oprócz miodu także pyłek kwiatowy i pierzga,

– olej z wątroby rekina,

– aloes,

– płukania jamy ustnej olejem (http://agnieszkamaciag.pl/totalna-detoksykacja-ssanie-oleju/),

– mangan i miedź przepisane jeszcze w Barcelonie,

– kurkuma, pieprz cayenne,

– przegotowana woda z cytryną i imbirem codziennie rano,

– czosnek, cebula, kiszonki,

– chili,

– chrzan,

– kefir,

– ocet jabłkowy,

– wit. C-olway oraz ColDeKa,

– morsowanie.

Inne aspekty, na które w 2016/2017 r. zwróciłam szczególną uwagę:

– samobadanie piersi (https://twojezwyciestwo.wordpress.com/2016/10/03/z-reka-na-piersi-drogie-panie-ktora-z-was-co-miesiac-sie-bada/),

– głębokie oddychanie poprzedzone krótką serią ćwiczeń – kontynuacja z Czech (2015 r.),

– rytuały tybetańskie (http://agnieszkamaciag.pl/rytualy-tybetanskie/),

– posezonowy detoks i roztrenowanie,

– odpowiedni rytm dnia (wcześnie się kładę i wcześnie wstaję – ciągła walka na tym polu niestety!)

– regeneracja! Zwłaszcza po wyczerpujących treningach.

Niektóre z ulubionych blogów, głównie biegowych, ale nie tylko:

https://twojezwyciestwo.wordpress.com/ (chyba nie wymaga komentarza)

http://www.szczyptaszalenstwa.pl/

http://napieraj.pl/

http://biegamzwypiekami.pl/

http://jakzdrowozyc.pl/

http://www.agataberry.pl/

http://agnieszkamaciag.pl/

O wytrwałej biegaczce na czterech nogach

Tunia w akcji
TUNIA W AKCJI

142 imprezy biegowe (10-55 km), 43:58 – życiówka na trasie 10 km, 3 maratony z rekordowym czasem 3:33. Gwiazda obiektywów i uciekinierka przed burzą. Na starcie szybka jak strzała, bywa jednak nieporadna i wymagająca pomocy. Na każdych zawodach budzi ogromne emocje, uwielbia doping, lecz boi się wystrzałów. Poznajcie Tunię – o niezmiernie szybkich trzydziestu sześciu kilogramach szczęścia w futrze opowiada na Polu Mokotowskim jej właściciel Adam Zaborski.

Najpierw była „Jagna ze wsi – wojowniczka”

Joanna Pieczka: Jak to się wszystko zaczęło?

Adam Zaborski: Tunię zabrałem ze schroniska na swoje 37 urodziny, 14.02.2007r., po tym, jak przebolałem tragiczną śmierć Sary w grudniu 2006r., porażoną prądem w parku – do dziś pamiętam ten feralny dzień. Sarę miałem trzy lata, była katowana przez poprzedniego właściciela pijaka, uciekła od niego. Przygarnęła ją koleżanka Agnieszka. A ja do tego czasu – komercjalista, babiarz, imprezowicz, gdzie mi jeszcze pies? – myślałem. Ale Agnieszka zaczęła podrzucać mi Sarę na weekendy, gdyż jej sytuacja nie pozwalała na całodobową opiekę nad psem. A mnie zaczynało się to coraz bardziej podobać, Sara towarzyszyła mi w jeździe na rowerze, jeszcze wtedy pojęcia nie miałem o rolkach i bieganiu. Gdy Agnieszka postanowiła, że odda Sarę do schroniska, gdyż nie da rady się nią zajmować, powiedziałem dobrze, to ja ją wezmę na miesiąc. I tak została ze mną trzy lata, jędza z piekła rodem, którą musiałem pacyfikować przez rok, gdyż rzucała się na mundurowych. Nie wyobrażałem sobie, by gdziekolwiek bez niej się pojawić. Czytaj dalej „O wytrwałej biegaczce na czterech nogach”

W wymarzonych butach (Mammut MTR20I-II Low Man)

07-07-2016r sms „I jak się sprawiły wymarzone butki?” –dopytuje koleżanka. O – nie napisałam ciągu dalszego, reflektuję się. Zaś w butach, jak po dniu ich zakupu pisałam – niemal śpię!

A to przecież tylko buty do biegania po górach.

Nie do biegania asfaltowego – jak np. Bieg Świetlików.  Nie do chodzenia na co dzień – jak np. 10km marszem, czy chodzenie do pracy i z pracy. I nie do chodzenia długiego po górach – jak np. na Marszonie.

Bieg Świetlików przebiegłam nocą. Jak co roku od pięciu lat organizowanym przez Stowarzyszenie Aktywna Dąbrowa. Jak co roku biegu pełnym wrażeń, ze specyficzną – bo nocną – atmosferą. Z roku na rok co raz lepszą organizacją i perfekcyjnością. Dowodem tego są przede wszystkim ludzie. Tej czerwcowej nocy wystartowało ponad 400osób, kiedy w pierwszej edycji było nas ledwie kilka dziesiątek.

Ja, w biegu – w sensie: prosto z pracy, z podróży, dosłownie w ostatniej minucie wpadłam Czytaj dalej „W wymarzonych butach (Mammut MTR20I-II Low Man)”

Do historii przeszedł – trzydziesty marszon

marszon30 - trasa

„Najważniejsza w Marszonie jest droga, najważniejsze jest samo wędrowanie.” – Kuba Terakowski

CO TO JEST MARSZON?

Słowo „MARSZON” zawiera w sobie elementy marszu i maratonu. I o to właśnie chodzi w tej aktywności:  marszon jest bowiem marszem na długim dystansie, który – aby nie był zwykłą wycieczką – musi trwać mniej więcej dobę. Czy można odpoczywać po drodze? – owszem lecz dłuższych przerw nie ma. Przeciętna długość trasy Marszonu to około 70 km, a w każdej z imprez uczestniczyło dotychczas około 50 osób z całej Polski. Koncepcję Marszonu opracowali dwaj krakowscy podróżnicy – Bogdan Kwiatek i Kuba Terakowski. Bogdan jest też autorem słowa „Marszon” Czytaj dalej „Do historii przeszedł – trzydziesty marszon”