Pierwszy górski półmaraton Goniacka Het na Grapę (27.08.2016)


fot-kaja_kotelnica-bialczanska

Jak w ciągu kilku dni zdecydować się na propozycję koleżanki – biegaczki, w ciągu dwóch dni wydzwonić sobie nocleg i dojazd z Warszawy do Białki Tatrzańskiej, błyskawicznie spakować rzeczy i nagle ukończyć 21 kilometrów w górach, a w dodatku zająć pierwszą kobiecą lokatę i przy okazji zalać telefon, pozbawiając się łączności ze światem? Wystarczy szybko przeanalizować możliwości czasowo-finansowo-treningowe i odpowiedzieć odwiecznym górskim tęsknotom spontaniczne – „jadę!”

Nieoczekiwany pakiet startowy

Jakoś w weekend przed półmaratonem Aga pisze do mnie z propozycją wyjazdu na Festiwal Biegowy Goniacka do Białki Tatrzańskiej. Życie jak zwykle toczy się nieprzewidywalnie, trudno mi cokolwiek powiedzieć nawet na tydzień przed imprezą. Zupełnie nie miałam tego w planach, a od Białki dzieli mnie ok. 445 km. We wtorek po weekendzie to i owo się wyjaśnia, analizuję szybko wszelkie „za” i „przeciw” i dochodzę do wniosku, że w zasadzie górski półmaraton mogę potraktować jak specyficzne dłuższe wybieganie i element treningowy przed kolejnym maratonem. Gór łaknę mocno, jak zazwyczaj, bo rzadko teraz je przemierzam, nocleg i dojazd spróbuję zorganizować najtaniej, jak się da. Więc naprędce ogarniam pakiet startowy, bo to już ostatnia chwila (Agnieszka, Przemek – z podziękowaniami raz jeszcze!), sprawdzam BlaBlaCar i dzwonię do wszystkich noclegowych partnerów biegu po kolei.

W środę udaje mi się zaklepać kwaterę, wprawdzie ponad 2 km od biura zawodów, ale nie najdrożej, a w czwartek wyjazd potwierdza Michał z BlaBlaCar, który na dodatek zgadza się podjechać po mnie pod mieszkanie. Miło, dziękuję!

Piątek – jadę w góry!

Tuż przed zachodem słońca (fot Goniacka Białka Tatrzańska)
Tuż przed zachodem słońca (fot Goniacka Białka Tatrzańska)

Tak oto szybki, nieuwzględniony w grafiku wyjazd zamienił się w miłą, długą piątkową podróż zakorkowaną zakopianką, za to z ciekawymi rozmowami z towarzyszami podróży i malowniczym górskim zachodem słońca. Białka zaskoczyła mnie tętniącym wieczornym życiem jak na taką małą miejscowość i dobrym oświetleniem. W górach różnie z tym bywa. Odmawiam kieliszka wódki towarzystwu zgromadzonemu przed domkiem pod gwiazdami U Niedzielskich i proszę zgodnie z zapowiedzią o miseczkę, czajnik i łyżkę na poranną, sprawdzoną przed ważnymi biegami owsiankę. Przygotowuję wszystkie rzeczy do biegu i do spakowania (ręcznik, ubrania na zmianę) przekonana, że po półmaratonie opuszczę Białkę i wrócę w sobotę do Warszawy lub na Śląsk, choćby tylko na jeden dzień.

Zaskoczenia w biurze zawodów

Wstaję wcześnie, prysznic, śniadanie, sprawnie i konkretnie, wszystko przygotowane. Wychodzę z zapasem czasu zabierając wszystkie rzeczy i kupuję w sklepie banany, sok pomidorowy i plastry – profilaktycznie po ostatnim maratonie nie zaszkodzi, nie chcę, by schodziły mi kolejne paznokcie, tym bardziej, że nowe X-talony rozbiegałam zaledwie kilkakrotnie. Dziś będzie ich wielki sprawdzian, zobaczymy, jak sobie poradzą. Plecak nieco ciąży, w końcu mam w nim wszystko, w tym jakieś dwa litry wody, grzeje od samego rana. Dobrze. Znacznie bardziej wolę żar z nieba, niż deszcz.
Już do biura zawodów trzeba podejść pod górkę, a co dopiero będzie na trasie… Na miejscu pierwsze zaskoczenie – nie ma żadnych natrysków, by się po biegu normalnie umyć (dla mnie oznacza to umyć też porządnie włosy – gęste, grube i mocno falowane), nie ma też mapy trasy… Tego się boję, nie chcę się pomylić, jak na ostatnim maratonie i nadrabiać kilometrów! Niemiła to dla mnie niespodzianka, ale organizatorzy zapewniają, że trasa dobrze oznakowana i wolontariusze będą kierowali biegaczy w spornych miejscach, a zamiast prysznica można skorzystać z ogromnego natrysku z lodowatą wodą, postawionego w miejscu publicznym niedaleko sceny… W duchu żałuję, że jednak nie dopytałam o ten istotny dla mnie fakt i nie zabrałam stroju kąpielowego. Później jednak miało się okazać, że przy tej temperaturze i niesamowicie silnym ciśnieniu wody i tak nic by mi to nie dało. Cóż, trudno, może jednak wrócę do Niedzielskich po biegu choćby tylko po to, by doprowadzić się do stanu funkcjonalności.

Przed biegiem

Podchodzę do wolontariuszek z prośbą o pomoc w zawieszeniu numeru startowego na pas, który dostaliśmy w pakiecie (razem z opaską Goniacki i żelem kolagenowym EkaMedica). Dochodzę jednak do wniosku, że nie chcę się w tym upale ściskać pasem, że to niesprawdzone i pewnie będzie niewygodne, próbowałam dawno temu biegać przepasana i bardzo mi to nie odpowiadało, więc decyduję się na tradycyjne użycie agrafek.

Plastry i puder na stopy, co jakiś czas łyk wody, skarpety niby-kompresyjne i jednak zmiana koszulki na ulubioną fioletową na ramiączkach. Wiatr raczej nie będzie na tyle silny, by męczyć się w koszulce z rękawkami. Spodenki też ostatecznie zmieniam na krótsze. Czip wplatam w sznurówki. Chusteczki, mp3, czapka, włosy jakoś porozdzielać na tyle, by zapleść warkocz i wsunąć jego koniec pod czapkę, zamocować porządnie, żeby siedziało wszystko i nie skakało w biegu. Dwie gumki zabrane – detal, aczkolwiek jak istotny! Panowie, wy tylko musicie pamiętać, by zakleić sutki, a kobiety mogą zaprzepaścić bieg, jak zapomną o gumce do włosów! Coś jeszcze? Tak! Trochę balsamu do opalania i spray na komary – może niepotrzebny, ale nigdy nie wiadomo, jak trasa poprowadzi, w końcu pobiegnę tu pierwszy raz. Banan, sok pomidorowy. Wreszcie zanoszę cały majdan do depozytu i idę się rozgrzać.

Jaki czas obstawiasz?

– pyta mnie sympatyczna biegaczka na starcie tuż przed godziną dziewiątą. „Żaden” – odpowiadam zgodnie z prawdą, jak mogę obstawiać jakikolwiek czas w drugim w życiu biegu górskim (rok temu ukończyłam Mały Brnenski Masakr – 30 km po Morawach) z czterema stromymi podbiegami, trenując raczej tylko „nizinnie” w tym roku. „Przyjechałam, bo nadarzyła się taka okazja, a że góry kocham, to napatrzę się na piękne widoki” – dodaję. Koleżanka debiutuje w górach i też nie obstawia czasu. Ruszamy. Nieważny dla mnie wynik, najważniejsze, by nacieszyć oczy panoramą, poczuć podbiegi, górski klimat.

Już wbieg na Kotelnicę na samym wstępie daje wszystkim popalić. Zaczynam spokojnie, by szybko przejść do marszu, podbieg zmienia się w podejście dla 90% uczestników. Jak widać nie ja jedna z nizin przyjechałam. Jak to będzie, jak już teraz tyle osób zaczęło marsz, myślę sobie, mając nadzieję, że jednak zgodnie z przeanalizowanym wcześniej profilem trasy pierwsze dziesięć kilometrów powinno być względnie łagodne po pokonaniu Kotelnicy. Tak też się dzieje. Na szczycie maszerujący ponownie zaczynają biec, a naszym oczom ukazują się Tatry w całej okazałości, których, wydaje się, można by dotknąć, tak są blisko. Pysznią się i pięknią surowymi kamienistymi brązami w tle, ostrzą graniami i stromymi szczytami. A przed nimi, pod naszymi nogami zielone pagórki białczańskie, las, kamyki. Niebo roztacza swój błękit, słońce piecze, powietrze faluje, pot spływa po skórze, nogi niosą. Bieg górski – coś pięknego. Chce się stanąć i patrzeć, a tu trzeba uważać pod nogi. Pierwsze najgorsze wzniesienie za nami.

Rzuć wszystko i chodź biegać w góry.
Rzuć wszystko i chodź biegać w góry.

Do połowy trasy

Niewiele osób bierze udział w biegu, kobiet tylko siedemnaście. Wydaje mi się, że przede mną są tylko trzy po pokonaniu Kotelnicy. Na większej płaszczyźnie wpadam w zwykłe tempo i chyba gdzieś koło piątego kilometra, za pierwszym punktem z piciem, wyprzedzam wszystkie. Może nie bardzo mocno, ale jednak obejmuję prowadzenie. Serio? Tutaj, w górach? Gdzie miało mnie nie być wcale? Pierwsza dyszka wbiega i zbiega tu i tam, ale niezbyt mocno. Bieg zmieniam jeszcze w chód na krótkim stromym podejściu asfaltowym. Później już coraz lepiej. Ciągle mijamy się z jednym biegaczem TVNu, mówi mi „te interwały cię zabiją, lepiej równym tempem”. Może i ma rację, ale nie nauczyłam się, jak się w górach biega i nie moja wina, że jeden kilometr pod górę robię w 12 minut, a inny z górki w 3. Nie wiem, jak tu się rozkłada siły, i tak nie biegnę na 100%, bo wiem, że trzy najgorsze podbiegi trzeba będzie pokonać na końcu.

Kolejna piątka

W okolicach 10 km pojawia się mata pomiarowa i pierwszy stromy zbieg, do tego po trawiasto – kamienistym szlaku. Tatrzańskie szczyty zdają się wołać do siebie tam przed nami, widok cudowny, tracę go jednak wraz z wysokością i słyszę doping fotografa Wojtka „O jest pierwsza kobieta! Dawaj, dawaj, dawaj!” Więc uśmiecham się, dziękuję i daję, daję, daję, uważając, by środek ciężkości utrzymać na górnej partii ciała, a nie na nogach, co wcale nie jest takie łatwe, staram się lekko pochylić, jak w mądrych książkach przy zbieganiu radzą i czuję, że tracę tę swoją przewagę, bo mogłabym szybciej tu zbiegać zdecydowanie, ale się boję – kontuzji, urazu kolana, przeciążeń i sama siebie hamuję. Mistrzem techniki przy zbiegach nie jestem. Nawet nie amatorem. Stromizna w dół wreszcie się kończy, by zakręcić w lewo w wysokie mokre trawy, dobrze, że mam skarpety pod kolana, a biegacze przede mną powalili trawy i zarysowali tunelik między chaszczami. Tu więcej drzew i cienia, jest i maleńka rzeczka, którą trzeba przebyć! Górskie skarby natury – urzekająca trasa. Potem kamienie i błoto, ach! Jak trzeba tu uważać, „hamować na chama”, by się nie przewrócić do ciapy, wybierać mądrze jak najmniej grząskie odcinki.

Ale już kolejny punkt odżywczy z jedzonkiem i… góralem grającym na skrzypcach w ludowym stroju! Takie akcenty tylko na Goniacce! Pochłaniam szybko ze trzy łyki izotonika, banan do ręki na drogę, nie zatrzymuję się długo. Najciekawsze ma nastąpić.

Do trzech szczytów sztuka

Powoli zaczyna się pierwsza skarpa w górę… Przechodzę w marsz, momentami wolny, jak chyba każdy uczestnik po kolei (poza czołówką może). I wydaje mi się, że ta stromizna końca nie ma! Ale jednak, gdzieś tam u góry majaczy wierch, trzeba się „tylko” do niego dogrzebać. Przydaje się woda w małej buteleczce, którą ze sobą zabrałam. Słońce praży, a każdy jeden zawodnik diametralnie zwalnia tu do turystycznego chodu. Na górze trzeba pilnować taśm, by nie pobiec prosto, jak podpowiadałaby intuicja, ale skręcić w prawo za biało-czerwonymi oznakowaniami. Zbieg męczy mocno, znów wymuszenie hamuję. Nogi już trochę się zmęczyły tą niestandardową katorgą. Ale rywalkę widzę dość daleko za sobą, więc próbuję zbiegać na tyle szybko, na ile się da. Dosłownie kilkanaście metrów po płaskim i znów kolejny makabryczny stok do góry. Trzech biegaczy kilkanaście metrów przede mną, a dokładniej – nade mną, zatrzymuje się i ciężko dysząc, ogląda za siebie. Tak, doganiam was znów, panowie, ale czemu wy nie idziecie nawet? Czy tam ciut wyżej jest naprawdę tak stromo, że aż trzeba się zatrzymać i odpocząć? Okazuje się, że nie muszę tego robić, ale zwalniam na tym podbiegu do tempa żółwia. Niezwykle stromo i męcząco w spiekocie. Znów popijam z buteleczki i zastanawiam się, czy picia wystarczy do końca. Same trzy punkty odżywcze w tę pogodę na trasie półmaratonu to chyba jednak byłoby za mało bez dodatkowych zapasów płynów. U góry kolana robią się już trochę galaretowate, oj nie przywykły me nogi w tym roku do takich podejść i zejść jednego za drugim i to jeszcze w możliwym przyzwoitym tempie. Dobra. Jeszcze tylko jedno poważne wzniesienie, potem będzie lepiej. Na to ostatnie jakoś znajduję siły i pocieszam się myślą, że już do mety będzie z górki. Mijam jeszcze jeden punkt odżywczy, polewam się wodą dla orzeźwienia, zapominając, że mój futerał na komórkę przecieka i zabijając swój telefon na amen. Cóż za nieroztropność, a mówiąc dokładniej – głupota. Trudno. Skupiając się zbyt mocno na jednym, łatwo zapomnieć o drugim. Trzeba będzie później przeboleć.

fot. Wojtek Pytlarz
fot. Wojtek Pytlarz

Finisz

Do mety okazuje się być niezupełnie z górki, a przynajmniej jeszcze nie teraz. Jeszcze jest jeden zakręt trochę w rodzaju szerszej agrafki i tam też jednak trochę się trzeba powspinać. Na końcówce wyprzedzam jeszcze chyba ze trójkę mężczyzn i wpadam w głębokie, niezauważalne w wysokiej trawie błoto, ostrzegając od razu biegacza za mną, żeby uważał. Oj, gdzie ta meta, myślę, miała być już za trzecim stokiem, a tu dłuży się coś ten odcinek, choć zielony, trawiasty i ładny. Znów lekko pod górę, na szczęście już ostatni raz. Wbiegam ponownie na Kotelnicę, tym razem od innej strony, wolontariusze rzeczywiście dobrze kierują, bez nich łatwo można by się pomylić. Ostatnie pół kilometra upływa przy dopingu z… niebios! Tak, krzyczą i klaszczą przypadkowi turyści z wyciągów! Taki doping tylko w górach. Jakie to miłe, zadzieram głowę w błękitne czyste niebo, macham i uśmiecham się do aktywnych obserwatorów imprezy, dziękując za wsparcie. Przed metą też słyszę mocny doping i brawa i zbiegam już pewnie w korytarz barierek metalowych prowadzących na ostatnią matę pomiarową. Jednak byłam szybsza, niż towarzysząca mi para mężczyzn – chyba ojciec z synem, starszy pan gratuluje mi na mecie. Komentator w mówi, że „przypielgrzymowałam” na metę (jestem z Pielgrzymowic) najszybciej z kobiet, cieszę się, odpowiadam, że trasa śliczna i wymagająca i idę się porozciągać.

Nie wiem, jak to się stało, miało mnie tu nie być, a jestem pierwsza w generalce kobiecej.

fot. Fanka Judo
fot. Fanka Judo

Pozwycięska zmiana planów

Nieoczekiwane zwycięstwo skłania mnie, by zostać w Białce do wieczornego rozdania nagród i dłużej pozachwycać się okolicą. Odnotowuję więc w głowie problem techniczny z telefonem, żałując bardzo, że nie mogę się podzielić z bliskimi radosną nowiną, idę coś zjeść do tzw. „stefy VIP” – dziwna to „osobnia” z kawą, ciastem i owocami w namiocie dla najlepszych. Po raz pierwszy spotykam się z czymś takim na biegu i mam mieszane uczucia, co do tego wyróżnienia. Jak dla mnie zamiast strefy VIP mogłaby być zwykła drożdżówka, ale dla wszystkich kończących bieg. Zwycięzcą w Goniacce het na Grapę jest przecież każdy! Do najłatwiejszych nie należała. Później powrót na kwaterę, prysznic, szybka przepierka przepoconych ciuchów, nieudana próba reanimacji telefonu i znów do bazy biegowej.

Wieczorem dekoracja i wyjątkowy barwno-świetlny pokaz parolotni nad głowami. Do tego zaskoczenie, bo nieoczekiwanie otrzymuję nagrodę w generalce i kategorii wiekowej, czego doświadczam na zawodach po raz pierwszy – dziękuję!

Białczańskie tu i teraz

Dawno nie widziałam tak wyraźnie tylu światełek na niebie, tak zarysowanego pasa drogi mlecznej, jak wtedy, 27. sierpnia 2016 w Białce. Zwykłe małe ludzkie szczęścia – być w górach, patrzeć na gwiazdy, oddychać świeżym powietrzem i cieszyć się klimatem ostatnich ciepłych sierpniowych nocy. Zapewne każdy zapamięta z tego festiwalu co innego: jedni wesoły piątkowy Bieg Krasnych Dziewek w spódnicach, inni kolorowe Farbowane Gymby, jeszcze inni mnóstwo błota i wody z wycieńczającej Góralskiej Wycieruchy. Nie pomijając Goniacki Maratonu i Rombanicy na Pół Setki. O zawodach dla dzieci, treningach z celebrytami, konkursach, atrakcjach dodatkowych, góralskich koncertach i imprezach tanecznych oraz wieczornym pokazie parolotni nie wspominając. To był radosny, kolorowy, klimatyczny festiwal dla biegaczy zawodowców i amatorów. Dla dzieci i dorosłych. Dla tych, którzy lubią rywalizować i się pobawić. Z folklorem, z przytupem, z unikalną atmosferą i ogromnym zaangażowaniem organizatorów i wolontariuszy.

A ja? Pewnie zapomnę podbiegi, dekoracje, może z czasem wymażę z pamięci, że na tych zawodach „zabiłam” swój telefon, który miał dla mnie dużą wartość, bo dostałam go w prezencie od bliskich. Być może nawet po latach nie będę pamiętała dystansu. Ale nie zapomnę jaskrawych gwiazd, które wieczorem wydawały się zaraz spaść na nas wszystkich na ziemię, pyszniących się Tatr tak blisko i daleko zarazem i smaku górskiej wolności okraszonej wysiłkiem. Tej wyjątkowej aury spokoju, radości, ciepła, świadomości, że wszystko jest dokładnie tak, jak być powinno. Zgrania miejsca, pory, przyrody, pogody, moich odczuć, emocji i wewnętrznych doznań. Wibrowania endorfin w zmęczonym ciele. Zawieszenia w końcówce letniej czasoprzestrzeni, jakby jesień miała wcale nie przyjść. Totalne bycie w tu i teraz, moja mała „białczańska nirvana”. Choć miało mnie tam nie być wcale, dawno nie czułam się tak bardzo „na miejscu”. Pewnie można tego doznać w różnych wyjątkowych miastach, na biegach ultra i za granicą, na Elbrusie czy innych niebotycznych wysokościach. Mnie w zupełności wystarczyła Białka Tatrzańska. Polskie góry – jesteście piękne. Przemek, Agnieszka – dziękuję raz jeszcze. Do zobaczenia za rok!

Do zobaczenia za rok! (fot. Kotelnica Białczańska)
Do zobaczenia za rok!
(fot. Kotelnica Białczańska)
Advertisements

4 thoughts on “Pierwszy górski półmaraton Goniacka Het na Grapę (27.08.2016)”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s