„Dzieńdobrymamnakonciedwieściesiedemdziesiątzłotychproszędobrebuty”.


„Dzieńdobrymamnakonciedwieściesiedemdziesiątzłotychproszędobrebuty”. – powiedziałam wszedłszy do sklepu (nie byle jakiego – to był Mammut w Katowicach. Na buty od nich zachorowałam ze trzy tygodnie temu) Musiałam w końcu nabyć drogą kupna coś konkretnego, bo od pół roku męczyłam stopy w nieodpowiednim obuwiu.

Dodałam do mojego życzenia kolor butów – niebieskie. Takie wypatrzyłam w Internecie. Wywołałam ogólną radość u personelu. Okazało się również, że trafiłam na profesjonalistów.

Przymierzyłam niby mój rozmiar, niby dobrze, a jednak coś nie tak. Zasugerowałam podobny rozmiar w wersji męskiej. Nie było. Z innego modelu, męskie, niby mój rozmiar, były za ciasne.

Wróciłam do niebieskich. Podreptałam po sklepie. Wymieniałam zdania, opinie, wrażenia z przebywającymi w sklepie ludźmi – głównie jego pracownikami, oraz kolegą, który dostarczył mnie do tego sklepu.

Niesamowicie kompetentna pani w żółtej sukience zasugerowała inny model. Całkiem inny. Wydobywszy ze mnie, że również biegam niekoniecznie tylko na asfalcie, podała ładne, zgrabne butki. Szara obudowa, żółte dodatki i taka cała podeszwa. O rety! Te buty są na mnie! To jest to! Wsuwasz stopę i nic nie czujesz. To znaczy czujesz: KOMFORT. Nic nie uwiera, nic nie przeszkadza. Nic nie uciska. Chcę, chcę te!

O, k… (ja nie klnę) –  yyy, no…, tego. To nie mój pułap cenowy.

Kolega dopytuje: dobre? Pasują? Bierz. Dołożę.

Dwie stówy! Wiesz ile to jest? Nie oddam tak szybko.

(Rachujecie? – przyszłam z dwustu siedemdziesięcioma złotymi. Plus dołożenie dwóch stów – oto cena tych boskich butów)

Kobieta, ta w żółtej sukience, tak profesjonalnie wypowiadająca się. Zwraca uwagę na to, na tamto, i na jeszcze to. Zna się na rzeczy! Ona jest we właściwym miejscu. I nie brakuje jej, także całej reszcie pracowników obecnych w sklepie, poczucia humoru. Przegadujemy się, żartujemy, śmiejemy. A ja czuję tak niesamowity komfort w tych szarych butach. Stopy aż krzyczą: zostaw nas tu! Czujesz? Nawet pięta nie boli. A ją sobie jakoś uszkodziłam chodząc ostatnimi miesiącami w nieodpowiednich butach.

Proszę upust – kieruję prośbę do tej pani profesjonalistki posyłając jednocześnie uśmiech nr 96, któremu nikt nie powinien się oprzeć. Gdzieś pada – z którejś strony sklepu – 20%. Na razie nie komentuję. Przechadzam się, rozkoszuję naprawdę niezwykłymi wrażeniami. Kolega zapewnia, że dołoży. No bo skoro są dobre. Że skoro takie odpowiednie do moich potrzeb – jak zapewniała i opowiadała pani w żółtej sukience. Że mam kupić.

Jeszcze raz zagaduję o cenę, o maksymalne możliwości sklepu na upust. Powołuję na kolegę – nie tego,  z którym przyjechałam teraz –  który mnie tutaj przysłał. Okazuje się, że znają go niektórzy obecni. Pani przekierowuje mnie – tu jest szef. Proszę z nim. Uśmiecham się do niego, jeszcze raz dopytuję jaką cenę może zaproponować.
30%.
Biorę! Biorę i nic już nie mówię. Od uprzejmego kolegi, który mnie tutaj przywiózł, pożyczam zatem tylko 51zł.

Butów oczywiście nie zdejmuję. Są naprawdę wygodne.

Zakupu dokonałam popołudniu. Nie zdejmę ich już do końca dnia. Niemal w nich śpię! Na drugi dzień idę w nich do pracy. I biegam w nich po obiekcie roznosząc papierki.

Powrót do domu. Coś na ząb. Chwila oddechu i trening. Dziś luźne takie sobie bieganie. Na dworze deszcz, zmierzch, chyba chłodno.  Wszystkie trzy kurtki biegające na taką aurę rozwieszone zostały w ‘chwili oddechu’ po ich wypraniu. Wychodzę zatem w zwykłych, nie przeciwdeszczowych, biegających ubraniach. I nowych butkach. „Nie szkoda ich na deszcz?  Nie boisz się ich przemoczyć?” – dopytuje siostra, którą nakłoniłam, by wyszła ze mną. Ona na rowerze. I psiak jeszcze. Nie, nie szkoda mi butów. Nie boję się. Tym bardziej je biorę. Przekonam się, jak się sprawują.

Nawierzchnia: szutrowa, miejscami trawiasta, gdy biegnę środkiem drogi. Gdzie indziej żwirowa. Jej boczne strony takie nierówne. Pierwszy duży egzamin: odcinek usypany kamieniami dolomitowymi. Fakt, że już bardziej dotarty ten odcinek, ale kamyczki są. Buty ten egzamin przechodzą, znaczy się: przebiegają, bardzo dobrze. Stopa stabilnie przemieszcza się z każdym krokiem. Przyczepność dobra. Odczuwanie podłoża znośne. Wcześniej, wbiegłszy w tę drogę, sprawdzałam przyczepność podeszwy na mokrej twardszej – nie asfaltowej – nawierzchni. Rewelacja! Stąpnąwszy, skręciłam śródstopiem, i drugi raz, i trzeci. Trzyma! Nie ślizga się! Ma prawo, bo ta drogą, którą biegnę, naprawdę jest nierówna. Rozjeżdżona ciężkimi leśnymi samochodami, każdą stroną opada. Więc – butki na teren dobre.

Nie wypowiadam ostatecznej opinii. Postanawiam nie myśleć i rozważać. Jak przybiegnę przeanalizuję. Na drugim kilometrze przez chwilkę zastanawiam się: czy języki nie są zbyt niewygodne? Czyżby wpijały się? To chyba tylko złudzenie. Choć ocenę tego elementu również pozostawiam na po bieganiu, przez chwilę skupiam się na tym szczególiku. Po czym odganiam myśli: nie koncentruj się teraz! To naprawdę złudzenie. Pomyślałaś o tych jęzorach to i od razu je bardziej czujesz.

Po chwili, absorbując umysł otaczającym lasem, szumem deszczu, zapadającym zmrokiem, zapominam o stworzonym sobie problemie.

Nie wiem, czy to efekt ostatnich częstych wizyt na korcie tenisowym, nie biegania na dłuższym dystansie od kilku dni, czy jednak fascynacja butami – biegnę dynamicznie. Biegnę w miarę szybko – jak na mnie. Czasu nie sprawdzam, nie brałam stopera. Oceniam jednak swoją prędkość w odniesieniu do jadącej na rowerze siostry. Fakt, że pada. To trochę spowalnia jazdę. Ale biegnie się dobrze. Czuję moment odbicia, czuję moc, czuję frajdę!

Buty niepozorne, nie mam pojęcia, jaką mają amortyzację, jakie bajery, jakie membrany. Kobieta dużo wówczas, gdy mierzyłam, kupowałam, mówiła, ale już nie pamiętam. Wiem, że mam niewiarygodnie wygodne buty, w których cudnie się czuję. Doskonale niemal.

Powrót do domu po – jak siostra sprawdziła – około godzinie i trzydziestu minutach. Szkoda, że mam czarne techniczne skarpetki. Nie widać na nich, gdzie plamy. Nie widać, gdzie najbardziej przemokły. Niemniej oceniam stopień przemoczenia na podstawie zostawianych śladów na posadzce kuchni. Obok czarnych okrągłych śladów psa, ubłoconych – nic. Choć pewnie co najmniej spocona stopa – nie ma śladów! Nie ma mokrych odbić!

Wyciągam z butów wkładki – suche. SUCHE. Wewnątrz buta również. Podobnie: nie czuć wilgoci. Na palcach dłoni nie ma śladu przemoczenia butów. Tylko z wierzchu ochlapane buty. Wycieram to wilgotną gąbką. Czysto, sucho. I nie pampers. J

Dziś – trzeci dzień. Przyszłam w tych butkach do pracy. Jeszcze ich nie zdejmuję. Jeszcze się nimi rozkoszuję. Jeszcze. Jeszcze. Jeszcze.

O – właśnie przyszedł kolega, który opowiadał mi o Mammutach. Jemu wczoraj, po powrocie z biegu posłałam krótką wiadomość, że po takim biegu w deszczu, a butki nie przemokły. „ Nie przemokły – od razu nawiązał do wczorajszej wiadomości – bo są zaimpregnowane.”.

Ok, zaimpregnowane. Odpowiednio. Bo stopa nie pociła się, nie męczyła, nie było i nie ma odczucia dyskomfortu.

Ciekawe, jak dalej się będą sprawować. Malutki egzamin w piątek i sobotę. Będę w górach. Większy, duży, właściwy 2 i 3 lipca. Wtedy przejdą bojowy chrzest. Wtedy będę mogła wydać kolejną opinię.

Na teraz – wymarzone buty! Szkoda, że tak drogie. Ha! Zaraz posypią się mądrości: za wartość trzeba płacić. Producent musi mieć. Chcesz dobrze chodzić – płać.

Nie, nie, nie. Chciałabym za umiarkowane pieniądze, dobre rzeczy.

Niemniej – mam wymarzone buty.

Reklamy

Jeden komentarz na temat “„Dzieńdobrymamnakonciedwieściesiedemdziesiątzłotychproszędobrebuty”.”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s