Historia maratonu, który miał być pierwszym w życiu


„Wszystkie drogi prowadzą na maraton, na maraton w kliniszczański las. Kto tu raz przyjechał, nigdy nie żałował i na pewno wróci tu za rok…”
Maraton Puszczy Goleniowskiej, Kliniska Wielkie, Zachodniopomorskie, koniec września 2015
Zanim go jednak ukończyłam…

Beskidy 2008 – nie chodź po górach w glanach

Cóż… Oczywistość. Tym bardziej nie pokonuj w ciągu jednego dnia zbyt długiej trasy z przeładowanym ciężarami plecakiem i bez właściwego przygotowania. Niby logiczne, ale… Po trzecim roku studiów wybrałam się na samotną wyprawę po Beskidach, uwielbiam góry. Niestety – za długo, zbyt ciężko, w nieodpowiednich butach. Kolano początkowo lekko dawało o sobie znać, by pod koniec trzeciego dnia wędrówki mnie dobić. Musiałam się poddać. Schodziłam z ostatniego podczas tej wyprawy beskidzkiego szczytu, kuśtykając. Kojarzę, że dzwoniłam do siostry i chyba ktoś mnie skądś odbierał samochodem, nie dałam rady dojść tam, gdzie zaplanowałam. Szczegóły się zatarły, za to pamiętam doskonale rok kary za nieroztropne zachowanie, gdy przez ponad miesiąc faszerowałam się przeciwbólowymi proszkami na stawy, zapomniałam na dobre o obcasach, perspektywa schodzenia z jakichkolwiek dłuższych schodów wywoływała we mnie ciarki na samą myśl o bólu, który mnie czekał i musiałam zapomnieć o poważniejszych treningach… Nikomu nie życzę takiej „kary”; być „uziemionym” przez kilkanaście miesięcy było dla mnie katorgą… Czekało mnie żmudne wracanie do konkretniejszego sportu przez kolejne lata.

IV i V rok studiów – walczę z chondromalacją

Ponad dwa lata zajęło mi dojście do siebie. Po roku próbowałam wrócić do biegania, początkowo z opaską uciskową. Na króciutkich dystansach było ok, ale przy 6/7 kilometrze kolano zaczynało boleć… Mój pierwszy „rejestrowany” uliczny bieg Wojciecha Korfantego (8km) ukończyłam bezboleśnie na początku kwietnia 2009 r., ale już Cieszyński Fortuna Bieg dał mi się we znaki na szóstym kilometrze. Opaska nie pomogła, na metę dobiegałam z bólem. Ciągłe wzloty i upadki „bólowo – uspokojeniowe” w czasie biegania wiosną i latem 2009 zaprowadziły mnie w końcu do publicznego lekarza sportowego, a ten skierował mnie na rezonans magnetyczny, który wykazał chondromalację (rozmiękanie chrząstki) 1 stopnia (w czterostopniowej skali) i kilka drobniejszych urazów. Przeczytałam na ten temat chyba wszystko, co znalazłam po polsku w internecie i przeraziłam się… Czy to oznacza koniec biegania? Wszędzie ta sama konkluzja – raz zapoczątkowane procesy chondromalacji będą postępować. Nie da się tego zatrzymać, można tylko spowolnić… Lekarz sportowy skierował mnie na rehabilitację.
Początek ostatniego roku studiów zaczęłam od obdzwaniania klinik katowickich. Naświetlania, prądy i inne zabiegi chyba rzeczywiście nieco pomogły. Zimą odpuściłam treningi z uwagi na pogodę i mój błyskawicznie łapiący infekcje organizm. Jednak bieganie to mój żywioł i na pewno już na studiach nieśmiało zamarzyłam o pokonaniu królewskiego dystansu w przyszłości. Wiosną i latem na piątym roku ze znajomymi z akademika (z podziękowaniami dla Aśki, Rysia i wielu innych współbiegaczy!) wychodziliśmy na towarzyskie przebieżki. Wiedziałam, że muszę na siebie uważać, ale biegałam dalej, bo trudno zostawić coś, co się kocha. Rozlubowałam się w crossach, porzuciłam asfalt i odnalazłam się w bieganiu na miękkich ścieżkach (wedle zaleceń skierowanych do osób z chondromalacją, by nie nadużywały stawów na twardych powierzchniach).

Przerywnik wschodni

Liczne podróże i wieczne przeprowadzki w 2011 i 2012 r. utrudniały prawidłowe treningi, ale myśl o maratonie nie dawała mi spokoju i starałam się nie zaniedbywać biegania, nawet na Ukrainie. W kwietniu w wietrznym Mariupolu nie wystawiałam swej lichej odporności na próbę, ale zdarzyło mi się otworzyć sezon biegowy o 5 rano na odkrytym przypadkiem stadionie w Petersburgu, w trakcie białych nocy. Nieważne, że w dżinsach 🙂 Ala, pamiętasz? Okrążałam wielokrotnie jeziorko w Wołoczyskach, truchtałam nad Dnieprem w upalnym Kijowie. Biegałam bardzo nieregularnie, niewiele i bez konkretnego planu. Ale myśl o maratonie ciągle tkwiła w głowie. Pamiętam, że nawet wspominałam o tym moim uczniom i znajomym z Zachodniej Ukrainy. Traktowałam to jako punkt „do odhaczenia” w swoim życiu. Surowy Petersburg z niemiłosiernie długą zimą 2011/12 i moje nieustanne infekcje gardła w Rosji nie sprzyjały bieganiu, w efekcie czego 2012 rok był totalnie nierozbiegany. Ten sam problem chorobowy dopadł mnie niestety na Zachodzie.

Petersburg 2011.jpg
Petersburg, 2011

Holandia – nie ma gór, ale są lasy

Pod koniec 2012 r. zmieniłam kierunek emigracji i pognało mnie do Holandii. Po zakończonej holenderskiej zimie 2012/2013, gdy mnóstwo chorowałam (ach te syropy cebulowe 😀 pachnące w całym pokoju), zaczęłam trenować na dobre. Kolano długo nie dawało znaku życia, więc szybko przekraczałam kolejne granice w długości pokonywanych dystansów. Holenderskie lasy wokół miejsca, gdzie mieszkałam, stanowiły doskonałe podłoże treningowe. Kupiłam profesjonalne buty biegowe i mp3, które znacznie podniosły radość z treningów. Wiosna i lato 2013 to były biegowe szczyty moich dotychczasowych możliwości. Cieszyłam się jak dziecko, że nie czułam bólu w kolanie, pomyślałam, że ubiegłoroczna przerwa dobrze mi zrobiła.
Biegałam za często, za długo, zbyt monotonnie. Wówczas nie wiedziałam, że źle. Jeszcze wtedy pojęcia nie miałam, że nie tylko bieganie wchodzi w trening maratończyka. Zachęcona szybkim progresem z entuzjazmem i w tajemnicy przed wszystkimi zapisałam się na Maraton Puszczy Goleniowskiej, który miał być pierwszym i wyjątkowym. Ten właśnie, bo jego termin współgrał z wrześniowym urlopem i prowadził ścieżkami przełajowymi, na których ćwiczyłam i które były najodpowiedniejsze dla moich przeciążonych stawów. Postanowiłam ukończyć maraton koniecznie w tym roku, skoro byłam tak dobrze wytrenowana, skoro ciągle podnosiłam poprzeczkę… Na jesień nie zostało zbyt wiele maratonów przełajowych, większość jeszcze wtedy prowadziła po ulicach miast. Dokonałam opłaty startowej i rzuciłam się szaleńczo w coraz intensywniejsze i częstsze treningi. Przecież nie czułam kolana… Do czasu.

Kolejna lekcja pokory

Dosłownie 2 czy 3 tygodnie przed planowanym startem prawe kolano zaprotestowało. Nic w tym dziwnego, skoro eksploatowałam swoje stawy do granic możliwości sądząc, że do maratonu wystarczy przygotować się tylko bieganiem. Nic bardziej mylnego! Już wszystko szło tak pięknie – coraz intensywniejsze treningi, coraz lepsza forma, spadek wagi, urlop w pracy dostosowany pod maraton, wniesiona symboliczna opłata startowa, entuzjazm i podniecenie – toż to przecież była tajemnica! Miałam pojechać na urlop do Polski i wrócić z niego jako finisherka maratonu do Holandii… Nie tym razem.
Im bliżej było do startu, tym gorzej było z kolanem. Bolało coraz częściej i coraz dotkliwiej… Powoli zaczynałam rozumieć, że mój misterny plan się wali… Że jednak znów kolano jest silniejsze ode mnie i samą głową nie przebiegnę ponad 42 kilometrów… Pojechałam na urlop i zamiast na maraton, umówiłam się w prywatnej klinice sportowej na wizytę, w końcu „spełnione marzenia nie mają ceny” (J. Walkiewicz), a ja zarabiając za zachodnią granicą wreszcie mogłam sobie na taki luksus pozwolić.
I Maraton Puszczy Goleniowskiej 2013 się zakończył, a ja, zamiast medalu, trzymałam w rękach wypis od lekarza, który zalecił maksymalne ograniczenie biegania. Wyszłam z gabinetu lekarskiego prawie z płaczem i poczułam się, jakby ktoś mnie skazał ostatecznie na więzienie. Za badanie w żorskiej Sport-Klinice zapłaciłam mnóstwo niepotrzebnych pieniędzy, lekarza Jędrysika nikomu absolutnie bym nie poleciła i osobiście uważam, że wyciągnął ze mnie ogromną kwotę (zlecając dodatkowo płatny rtg kolana, który oczywiście nie mógł nic wykazać, tu mógł pomóc wyłącznie rezonans), totalnie lekceważąc mój przypadek, przeprowadzając badanie pospiesznie, byle jak najszybciej skończyć i żartując przy mnie ze spraw, które miały dla mnie ogromne znaczenie (czy ktokolwiek ma prawo lekceważyć cudze marzenia?) Już dawno temu chciałam wystawić mu niepochlebną opinię w internecie, ale się powstrzymałam. Dziś nie mam skrupułów. Być może pomagał tysiącom innych osób, ale mnie, wtedy, w 2013 roku, dobił swoim nieprofesjonalnym podejściem, kiepskimi żartami i zaleceniem, które było nietrafne… Ja osobiście nikomu bym nie poleciła ani tego lekarza, ani tej zastraszająco drogiej kliniki.

Są dobrzy ludzie na tym świecie

Na szczęście po nitce do kłębka, dzięki mojej siostrze, trafiłam do doskonałej skromnej rehabilitantki w Cieszynie, profesjonalistki i kobiety o złotym sercu, p. Danusi Tadel. Kolega (z podziękowaniami dla Grześka!) umówił mnie na wizytę, za którą p. Danusia nie chciała wziąć ani grosza („od sportowców nie biorę”!). Wysłuchała dokładnie mojej historii, poradziła wszystko, co mogła, wytłumaczyła, jak istotne są ćwiczenia na równowagę, usprawnianie taśm, równa biomechanika, sprawdziła moją postawę i przygotowała dla mnie specjalny zestaw ćwiczeń na propriocepcję (czucie głębokie). Oprócz konkretnych planów treningowych, mnóstwa kser i zaleceń ćwiczeń otrzymałam od niej niesamowite wsparcie duchowe i najważniejsze – nadzieję na to, że nie wszystko stracone. Z czystym sumieniem polecam tę ciepłą, kochaną fizjoterapeutkę, która naprawdę żyje tym, co robi i rzeczywiście stara się jak najlepiej pomóc każdemu, nie patrząc zupełnie na zysk.
Jakże diametralnie różnych podejść do pacjentów doświadczyłam jesienią 2013 r! Drogi Czytelniku, nigdy nie wierz jednemu lekarzowi, jakkolwiek renomowany by nie był. Spróbuj skonsultować się z innym, bo diagnozy i metody leczenia bywają zupełnie różne. Gdy jeden lekarz odbierze Ci nadzieję, poszukaj jej u innego. Ja, dzięki Grześkowi i Pani Danusi odzyskałam wiarę w siebie i w ludzi, utraconą w żorskiej klinice. W 2013 r. świadoma swojej słabej odporności, która była kolejnym elementem znacznie utrudniającym mi bieganie, podjęłam decyzję, by umówić się na prywatną wizytę u laryngologa, na którego wreszcie było mnie stać i w którym pokładałam swe nadzieje na zatrzymanie niekończących się infekcji gardła.

W natłoku wrażeń – nie poddaję się

Po urlopie, jesienią 2013 r. wróciłam do Holandii zupełnie odmieniona doświadczeniami minionych tygodni. Zmieniało się wszystko wokół – ludzie, domek, pogoda, nawet grupa w pracy. Ja też byłam inna – słabsza przeżytą „porażką”, a zarazem wzmocniona iskierką zachęty do walki. „Co cię nie zabije, to cię wzmocni” – nadszedł czas, by sprawdzić prawdziwość tej tezy. Chyba musiałam przepracować smutek jesieni 2013 r., której nie wspominam najlepiej. Do Polski wyjechała moja dotychczasowa współlokatorka, sytuacja zmusiła mnie do prowadzenia samochodu służbowego, czego nie robiłam od lat, nastały szare jesienne holenderskie krótkie dni…
Nie można jednak wiecznie marudzić i odżałowywać, samo nic nie przychodzi i wiedząc o tym doskonale, odnalazłam w sobie energię i siłę do walki w styczniu 2014 r., gdy mniej więcej ustabilizowała się moja sytuacja mieszkaniowa. Nowy Rok sprzyjał postanowieniom, więc kupiłam poduszkę aerodynamiczną do ćwiczeń czucia głębokiego, zaczęłam skupiać się na ogólnorozwojówce i powoli, stopniowo, wracałam do biegania. Chłonęłam garściami artykuły z internetu o przygotowaniach do maratonu, o diecie, o ćwiczeniach uzupełniających, o burakach, wodzie, interwałach, mikroelementach, istotności snu, długich weekendowych wybieganiach i taperingu… Wiedziałam, że z moim kiepskim zdrowiem muszę wzmocnić odporność, więc piłam aloes, jadłam mnóstwo warzyw i owoców, starałam się przygotowywać zbilansowane posiłki. Dopiero wtedy tak naprawdę zdałam sobie sprawę, jak dalece nieprofesjonalne były moje wcześniejsze przygotowania! Uświadomiłam sobie swoje amatorskie, niedojrzałe podejście, głupotę, brawurę wręcz i zamach na własny organizm – nic dziwnego, że kolano się zbuntowało! W pracy raz po raz było niespokojnie i widmo zwolnień to się zbliżało, to oddalało. Na szczęście pogoda mi służyła – 2014 r. od początku był ciepły i sprzyjał treningom. Szczepionka przepisana mi na receptę przez laryngologa zdziałała chyba cuda, bo w 2014 roku nie chorowałam prawie wcale. Byłam bardzo zdeterminowana, ćwiczyłam prawie codziennie na poduszce aerodynamicznej, jednocześnie słuchając rosyjskiego radia, bo na ten sam rok zaplanowałam zdanie egzaminu biznesowego z języka… Trzeba przecież realizować nie tylko marzenia sportowe 🙂 Mimo to postanowienia na 2014 r. były jasne: IV – półmaraton, V – majówka warszawska i Russian Rock Festival w Essen pod koniec miesiąca, połowa VI – egzamin z biznesowego rosyjskiego, VIII – Cross Maraton Pustyni Błędowskiej… Żeby było ciekawiej – w międzyczasie wyprowadziłam się z domku na kempingu do swojego pokoju w Bredzie bez żadnej gwarancji kontynuacji umowy w pracy i kupiłam samochód, wracając do prowadzenia auta po dziesięcioletniej przerwie… Ryzykowałam mnóstwo, żyłam intensywnie i cieszyłam się szybkim tempem, które sobie narzuciłam, powoli, lecz rzetelnie spełniając swe marzenia.

2014 – stało się

Półmaraton Puszczy Niepołomickiej IV 2014,
Półmaraton Puszczy Niepołomickiej, IV 2014

Pierwszy sprawdzian formy – Półmaraton Puszczy Niepołomickiej zdany lepiej, niż sądziłam: 01:46:58. I ta niespodzianka – Aśka – do dziś biję pokłony wdzięczności za baloniki na mecie! :)* Forma dobra, kolano nie bolało, bakcyl załapany – przygotowania można było kontynuować! Wybór maratonu na ten rok był trudny – bieg musiał współgrać z urlopem, trasa powinna przebiegać po miękkim podłożu, nie za daleko, nie za drogo, z możliwie nieskomplikowanym dojazdem… To nie takie proste – dobrze wybrać maraton! To cała logistyka! Mieć jak się wyspać, przygotować właściwe śniadanie (dla mnie ciepła owsianka z dodatkami, więc potrzebowałam palnik i garnek), odebrać pakiet startowy… Zapisy na II edycję Maratonu Puszczy Goleniowskiej dawno zamknięte (zaskoczenie! A więc po raz drugi nic z tego!), jak i na wiele innych maratonów przełajowych… Pierwsza edycja królewskiego dystansu po Pustyni Błędowskiej wydała się rozwiązaniem optymalnym, choć wiedziałam, że lekko nie będzie. Ale niewiele opcji mi w tym roku pozostało. A przecież był to rok najbardziej sprzyjający – najlepsza pogoda (biegałam już od stycznia!), przyzwoita, wzmocniona odpowiednio odporność, najrzetelniejsze treningi… Decyzja zapadła.
Było koszmarnie trudno. Najpierw ok. 13 h za kółkiem z Holandii na Śląsk. Zaledwie 1 niecały dzień na względną regenerację po jeździe i ostatnia noc przed startem… Tym wyczekiwanym, zatajonym znów przed wieloma, po co zapeszać? Zasnąć było trudno. Zaspałam… Po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy nie obudził mnie budzik w telefonie. Na szczęście jakoś zdążyłam, choć droga na Pustynię Błędowską prowadziła przez dziurawe tereny fabryczne i szczerze bałam się, że zaraz utknę moją Renią w ogromnych kałużach rozlanych na całą drogę… To był naprawdę maraton dla najwytrwalszych, nigdy w życiu nie przemokłam tak bardzo, jak wtedy… Do tego po ok. 5 kilometrach błędne oznakowania zmyliły całą grupę, która nieoczekiwanie nadrobiła spory kawałek… Deszcz lał, ja biegłam wytrwale swój pierwszy, koszmarnie trudny maraton, piach oblepił mokre buty, które stały się niewyobrażalnie ciężkie… Oczywiście doskonale wzmocnione tysiącem ćwiczeń na stabilizację kolano odezwało się na 17 kilometrze…

Cross Maraton Pustyni Błędowskiej VIII 2014
Cross Maraton Pustyni Błędowskiej, VIII 2014

Ukończyłam ten maraton siłą woli i głową. Inaczej się nie dało. Oczywistym jest, że częściowo go przeszłam, to była mordercza walka z samą sobą i powtarzanie sobie nawet na głos tysiące razy „dasz radę”… Wzywanie na pomoc Pana Boga i uporczywa myśl w głowie, że nie na darmo pokonałam te ponad 1200 km samochodem, żeby teraz się poddać…
Nie wszystkie panie dobiegły. Z sześciu, które ukończyły maraton, zajęłam 2 miejsce zaskoczona uczuciami, które dopadły mnie na mecie… Niedosytem, że to nie tak miało być, że miało świecić słońce, miałam przebiec całość, a nie doczłapać z wyczerpanym kolanem, że właśnie ukończyłam swój pierwszy maraton w życiu i powinnam być z siebie dumna, a czuję się dziwnie…
Ale historia została zapisana – mogłam oficjalnie odhaczyć to, co zawsze chciałam zrobić. Cele na 2014 osiągnięte, ba – jeden cel życia został wreszcie zrealizowany z wynikiem na podium! Po swoim pierwszym maratonie, którego nie ukończył nawet Darek Strychalski, chodziłam dość obolała około tygodnia, ale, co wydawało się prawie niemożliwe – nie zachorowałam!
Pozostało planować kolejne wyzwania…

2015 – jedyną stałą w życiu – zmiany

Koniec 2014 wprowadził kolejne zmiany. Sytuacja zmusiła mnie do intensywniejszego szukania pracy, którą i tak zamierzałam zmienić. Postanowiłam mimo wszystko nie rezygnować z Maratonu Puszczy Goleniowskiej i piekielnie chora (odporność znów spadła :(), nauczona już doświadczeniem, że nie ma co zwlekać, nastawiłam budzik na 3.00 w nocy 1 stycznia 2015 r., by zdążyć zarejestrować się na maraton, który miał być pierwotnie pierwszym… Udało się! Tym razem „wystarczyło tylko” wyzdrowieć, wzmocnić odporność, trenować jak przystało i… wystartować wreszcie w Kliniskach! Jako że ciekawa oferta pracy (choć jeszcze niepewna) pojawiła się w Czechach, postanowiłam wyjechać z Holandii. Pożegnałam się z nią niezapomnianym treningiem w Narodowym Parku De Loonse an Drunense Duinen, gdzie wydmy otoczone lasami stanowią doskonałą bazę treningową (zwłaszcza do Cross Maratonu Pustyni Błędowskiej). Takiego wybiegania, gdzie na totalnym pustkowiu widać jednocześnie Księżyc i Słońce po dwóch stronach nieba, nad górami piachu poprzerastanego kępkami traw, życzę każdemu cross biegaczowi! Holandię zapamiętałam najbardziej za jej gościnność lasów Katjeskelder, Oosterhout, Mastbos z ulubioną tyrolką i jeziorkami, za głównie płaskie lesiste tereny biegowe.

Nationaal Park De Loonse en Drunense Duinen, Holandia
Park De Loonse an Drunense Diunen, Holandia, 2015

 

Treningi tropikalnym czeskim latem 2015

W kwietniu znów odwiedziłam laryngologa zaniepokojona styczniową paskudną infekcją i w maju zaaplikowałam sobie kurację odpornościową, która w 2015 roku miała odnieść niestety mniej spektakularny efekt. Morawy powitały mnie ukwieconą, pachnącą i mieniącą się barwami niezliczonych bzów zieloną wiosną. Oczywiście miejsce zamieszkania wybrałam w taki sposób, by mieć szybki dostęp do miękkich ścieżek biegowych. Południe Czech to jedno z cudowniejszych miejsc do crossowych treningów: lasy, łąki, szlaki górskie – poczułam się jak w raju i szybko zaczęłam wykorzystywać dobroć natury. Jako że lato 2015 było tropikalnie, niezwykle gorące i parne, czasem wychodziłam biegać jeszcze w upał, by około godz. 21/22 kończyć trasę ze świetlikami – magia! Nieraz zaczynałam jednak treningi koło północy, gdy temperatura choć trochę spadła, i kierowałam się wówczas w stronę mojej ulubionej fontanny niedaleko Parku Luzanky.

Ulubiona fontanna w Brnie
w Brnie

Uwielbiałam podświetloną kolorową, spadającą w różnych kształtach wodę 🙂
Zmiana trybu pracy na 8,5 h za komputerem nie służyła zbytnio treningom, tak samo jak zawirowania w życiu prywatnym. Spałam, jadłam i trenowałam bardzo nieregularnie, ale pamiętałam o dwóch najważniejszych punktach tego roku – powtórce z rozrywki, czyli II Cross Maratonie Pustyni Błędowskiej (czemu nie?) i III (kluczowym) Maratonie Puszczy Goleniowskiej. Przygotowania, przerywane nieraz przeziębieniem, czy wyjazdem do Polski, trwały, choć trudno tu mówić o jakimkolwiek konkretnym planie biegowym. Nauczona zeszłorocznymi doświadczeniami, starałam się nie zaniedbywać treningu ogólnorozwojowego i stabilizacji. Na pewno swoją rolę odegrały również praktyki głębokiego oddychania, którym wiosną i latem 2015 poświęciłam sporo uwagi.

Ponad 114 rejestrowanych km w 49 dni
I kolejna powtórka z rozrywki, o której więcej tu: II Cross Maraton Pustyni Błędowskiej

II Cross Maraton Pustyni Błędowskiej VIII 2015
II Cross Maraton Pustyni Błędowskiej, VIII 2015

II Cross Maraton Pustyni Błędowskiej przy ponadczterdziestostopniowym upale zakończyłam na najwyższym miejscu na podium 🙂 Kolano nie bolało nic a nic!
Niedotrenowanie i tak bardzo nieregularne treningi przerywane przeziębieniami, przeprowadzkami, wyjazdami tu i ówdzie, odwiedzinami i tysiącem innych „rozpraszaczy” okazały się pomóc, zamiast zaszkodzić.
Realizując zawodowe marzenia, znalazłszy wreszcie pracę z wykorzystaniem rosyjskiego i angielskiego w Polsce, 31 sierpnia złożyłam wypowiedzenie w Czechach. W ostatniej chwili, zupełnym przypadkiem dowiedziałam się we wrześniu o Brnenskym Masakrze i, choć było to szaleństwem, na tydzień przed kluczowym maratonem w Kliniskach, przebiegłam 30 km na pożegnanie z Morawami, po ich jesiennych, malowniczych szczytach. Więcej o Malym Brnenskim Masakrze: Mały Brnenski Masakr
I wreszcie nadszedł ten moment. Urlop w pracy, bo jakoś trzeba było się dostać do zachodniopomorskiego z Czech… Czy wstając chora z łóżka 1 stycznia 2015 w Holandii i rejestrując się na bieg, który od 3 lat tak bardzo chciałam przebiec, mogłam przypuszczać, że będę wtedy w Czechach? Uśmiechnęłam się do zmiennych kolei losu, planowania, które nigdy nie jest w stanie przewidzieć wszelkich okoliczności i do myśli, że finansowo mój wyjazd nie ma najmniejszego sensu. Ale jak wiadomo, „nie wszystko, co się opłaca, warto; nie wszystko co warto, się opłaca” (z wykładu J. Walkiewicza).
Do Klinisk to cała wyprawa. Najpierw samochodem z Brna do domu ponad 200 km. Następnego dnia wczesnym rankiem z mojej wioski samochodem do kolejnej wioski, potem autobusem 50 km do Katowic. Stamtąd pociągiem do Szczecina Dąbie i drugim pociągiem o zmierzchu do Klinisk. Oglądałam piękny zachód słońca z peronu i rozważałam, jak intensywny znów jest ten rok. Nocleg w karczmie Pod Kogutem. Rano przemiły recepcjonista podwiózł mnie do nadleśnictwa (dziękuję!), gdzie odebrałam pakiet startowy i moją uwagę zwróciły piękne drewniane medale. Maraton, który miał być pierwszym w moim życiu, wreszcie doszedł do skutku. Zaczął się niepunktualnie, co nieco mnie zaskoczyło, ale hymn został odśpiewany, a biegacze ruszyli w las… Cztery pętle, zupełnie nietrudne po doświadczeniach pustynnych maratonów z Dąbrowy Górniczej, sporo uczestników i rześki poranek. Niewiele asfaltu, głównie las, świeże powietrze i gdzieś tam między drzewami promyki słońca. Pierwszą pętlę przebiegłam z przyzwoitym czasem, niewiele ponad 52 min, więc starałam się wybiegać dobry czas. Bieg wydał mi się trochę nudny, choć lasy przepiękne i środowisko czyste, zatoki się przeczyściły. Siły, które zostawiłam sobie na koniec, jak prawie zawsze w strategicznych biegach, przydały się, by dosłownie na ostatnim kilometrze wyprzedzić dwie panie, co dało mi ostatecznie drugą lokatę wśród kilkunastu kobiet i czas 03:48:03.

III Maraton Puszczy Goleniowskiej IX 2015
III Maraton Puszczy Goleniowskiej, IX 2015

Tak oto maraton, który miał być pierwszym i najtrudniejszym w życiu, okazał się być trzecim i najłatwiejszym, zakończonym na podium z piękną leśną paterą, stepperem i kwiatkiem, które musiałam jeszcze dowieźć pociągiem na Śląsk 🙂
Wzięłam prysznic, ogrzałam się przy ognisku, zjadłam zupę, pieczoną kiełbaskę, wypiłam piwo i podziękowałam pięknie przemiłemu małżeństwu, które odwiozło mnie do Goleniowa. Tam kolejna niespodzianka – Pan z kawiarni ugościł mnie na koszt firmy 🙂 Śląsk docenia gościnność mieszkańców zachodniopomorskiego! Podróży powrotnej duszną kuszetką nie wspominam dobrze, ale wróciłam do domu ze świadomością, że jak się chce, to można! W końcu do trzech razy sztuka 🙂 Tym samym w ciągu niespełna 50 dni przebiegłam setki kilometrów podczas rejestrowanych biegów i treningów między nimi. A kolano żyło, nie bolało i miało się świetnie! Gardło, póki co, też 🙂 Mojej determinacji stało się zadość!

Maraton – metaforą życia

Czy to była opowieść tylko o maratonie? Chyba raczej o przewrotnym życiu pełnym niespodzianek, nieprzewidzianych zwrotów akcji, przeprowadzek między krajami, zmian, zmian, zmian… To historia upadków, walk i wzlotów, doświadczeń i lekcji z nich wyciąganych, nieustannej wiary i wzniecania energii. Dostrajania głowy i ciała do okoliczności, podejmowania ryzyka, inwestowania w rzeczy, które nigdy nie były i nie będą pewne. Nauka logistyki, lekcja zaufania. Praktyka powitań i pożegnań, godziny spędzone na treningach i na pisaniu maili…
Może gdyby nie obejrzany kiedyś zupełnym przypadkiem wykład J. Walkiewicza https://www.youtube.com/watch?v=ktjMz7c3ke4, nigdy w życiu nie przebiegłabym maratonu? Może gdybym nie śledziła stron https://pl-pl.facebook.com/ProjektEgoistka, http://pozagranice.pl/ i wielu innych, nie potrafiłabym odnaleźć motywacji do działania? Może bałabym się spełniać marzenia? Ludzie, miejsca, inspiracje, znaki… Przypadki czy przeznaczenie?
Teraz, nie ukończywszy jeszcze 30 lat, a doświadczywszy przewrotności życia od Wschodu i Zachodu, od prac w kraju i za wieloma granicami, za wiele różnych walut :), poznawszy tylu różnorakich ludzi na swojej drodze, wiem tylko jedno. Czegokolwiek by nie planować, w cokolwiek by nie wierzyć, jakkolwiek by nie postępować, nie pożałuje ten, kto pójdzie za głosem serca. Ja od dawna miałam w moim sercu przebiegnięcie królewskiego dystansu. Ten z Klinisk miał być pierwszym, ale los chciał inaczej. Od dawna zamierzałam też pracować z rosyjskim i angielskim w kraju, i po wielu tułaczkach tu i ówdzie – też wkrótce to nastąpi. Nigdy nie sądziłam, że będę mieć samochód, ani nigdy nie przypuszczałam, że zaledwie pół roku spędzone w Brnie wyryje we mnie tak głębokie ślady. Jeszcze rok temu pojęcia nie miałam, że los poniesie mnie do południowego sąsiada! Wyjeżdżając na Ukrainę, nie mogłam przewidzieć, że 2,5 r. spędzę w Holandii; mieszkając w Holandii nie myślałam kompletnie o Czechach, a aplikując z Czech do Polski nie wiedziałam, że szkolenie do kolejnej pracy odbędzie się w Katalonii… Co krok to zaskoczenie 🙂
Nie wymagam już od życia cudów. Wiem, że życie jest cudem i jeśli tylko mu pozwolę, zaprowadzi mnie tam, gdzie powinnam dojść. Byle nie stracić z serca i z oczu tego, co najważniejsze, byle nie stanąć w miejscu. Wystarczy obdzielać ludzi radością i robić swoje – powolutku, po cichutku, mozolnie, z tysiącem sukcesów i porażek po drodze. Jak na treningach – czasem kontuzja i ból kolana, innym razem trzy konkretne biegi w niespełna dwa miesiące bez urazów…
Takie jest życie – nieprzewidywalne, pełne różnorakich smaków i kolorów. Jak trening, jak maraton. Jak się nie spocisz, jak nie spróbujesz pobiec w różne strony, jak na własnej skórze nie poczujesz jak to jest przemoknąć do majtek w trzygodzinnej ulewie lub jak puchną Ci palce, aż nie możesz ich zgiąć w tropikalnym upale – nie odkryjesz, jak to jest stanąć na mecie. A ukończyć maraton to uczucie bezcenne, które wzmacnia. Wieńczy wysiłek włożony w przygotowania, cierpliwość, wytrwałość, upór, poświęcenie. Nagradza Cię za to, że mimo tylu przeciwności losu i zawirowań – nie poddałeś się. Dostosowałeś się, wycisnąłeś ze swoich doświadczeń to, co miało Ci pomóc.
Jak przeprowadzam się do nowego miejsca, to zwykle poznaję je przez bieganie. Stosuję zasadę, że biegnę gdziekolwiek, w końcu zawsze jakoś odnajdę drogę do siebie – zerknę na mapę, zorientuję się, zauważę drogowskaz, zapytam… Ryzykuję, ale zawsze dobiegam do celu, choć nie zawsze w założonym czasie.
Życzę Ci więc drogi Czytelniku cierpliwości, bo w maratonie życia nie o czas chodzi, lecz o drogę. Nie bój się kontuzji, kolejnych treningów, met, ale i zastojów na różnych etapach. Wszystko potraktuj jak nowe, bezcenne, bo tylko Twoje doświadczenie, które pozwoli Ci pójść dalej. I nie porzucaj, proszę, swoich prawdziwych marzeń, ukrytych głęboko w sercu. One się nie spełniają, to Ty je spełniasz. Jeśli tylko zechcesz, jeśli starczy Ci woli, odwagi i wytrwałości.

Joanna Pieczka
styczeń 2016, Barcelona

Fot:
Cross Maraton Pustyni Błędowskiej 2014

Nationaal Park De Loonse en Drunense Duinen, Holandia
http://www.vandaagopstap.nl/activiteiten/588/Nationaal-Park-De-Loonse-en-Drunense-Duinen/

Ulubiona fontanna w Brnie
http://www.milujibrno.cz/fontana-pred-janackovym-divadlem/

II Cross Maraton Pustyni Błędowskiej
http://www.aktywnadabrowa.pl/portfolio-item/ii-cross-maraton-i-polmaraton-suhara/

III Maraton Puszczy Goleniowskiej

Advertisements

3 thoughts on “Historia maratonu, który miał być pierwszym w życiu”

  1. Ja w tamtym roku też miałem swój pierwszy maraton, było ciężko, ale w tym roku przygotowania już trwają i zapisałem się na maraton pko, oby wszystko dobrze poszło 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s