NorafTral – ciągle biegnę


Biegnę zatem. Lasy, łąki, góry. Przebiegając szklakiem między drzewami słyszę pikanie zegarka. Okrągła godzina. Która to? Już trzynasta. Czyli cztery godziny jestem na trasie. A gdzie półmetek? Gdzież ten trzydziesty kilometr? Zastanawiam się pokonując kolejne metry. Zdążę przed wieczorem? Nagle wybiegam na szerszą drogę: jest punkt. Pół godziny zajęło mi dotarcie tutaj od tamtego ‘pijącego’ miejsca. Są banany! Ale są i inne pychotki: doskonały pomysł to bułki z miodem. Co za traf! Jaki mądry człowiek o tym pomyślał. Są i słodkości. Jest woda i izotonik. Bardzo uprzejma Pani obsługująca ten punkt, widząc zapewne zmachanie i to czucie chłodu – proponuje gorącą herbatę. Ze swojego prywatnego termosu. Herbata jest przednia, z sokiem malinowym, tym prawdziwym – jakaż pychota. Zjadam bułkę z miodem. Jeszcze ostatnie łyki gorącego napoju i dalej, dalej! Dopytuję jeszcze na odchodnym – teraz ten bieg wokół Mogielicy? Tak – ale najpierw trzeba się wspiąć na Mogielicę. Wskazują mi kierunek dalszego biegu. Zielony szlak. Do góry. Do gó-ry. Zie-lo-nym? Chwilka zastanowienia. Nieeeeee – przecież to – to, to właśnie to straszne ciężkie podejście pod tę górę!
No nic. Sama chciałam. Zapisałam się na ten bieg. Zdecydowałam. „Bądź kobieto konsekwentna! Dokończ, co zaczęłaś„. Jeszcze wczoraj, gdy studiowaliśmy trasę przebiegu Ultra NorafTrail miałam wrażenie, że omijamy wejście na tę górę.
Ruszam. Głęboki oddech. Do przodu. Wspięcie się na sam szczyt, do tego charakterystycznego miejsca: drewnianej wieży, zajęło mi ogromną ilość czasu. Stąpanie wzniesieniem, usianym głazami i kamieniami wcale nie było przyjazne dla nóg. Znów przekonałam się, że Reeboki, które obułam, spełniają swoją rolę. Stopy – wbrew pozornie cienkiemu materiałowi, z którego stworzono buty – dobrze są chronione przed urazami. Te kamienie i kamieniska!
W końcu docieram najpierw na polankę, gładszą dróżkę, później docieram i do samej wieży. Wreszcie! Tutaj, depnąwszy na betonowy postument wieży, sprawdzam przyczepność Reeboków. Unoszę piętę, okręcam stopę – trochę się ślizga. Trochę – postawiwszy całą stopę na tym podeście, próbuję znów – jest. Przyczepność. Bezpieczeństwo stopy. W podobny sposób sprawdzałam przyczepność butów na odcinkach asfaltowych. Kilka godzin wcześniej. Tam absolutnie bieżnik, cała zelówka nie pozwoliła na ślizganie się podeszwy. To kolejny dowód jakości buta. Te Reeboki naprawdę dopracowane w każdym szczególe dla trailowych wyprawy.
Przebiegłszy po postumencie, kieruję się zgodnie ze znakowaniem taśmami. Teraz zbieg. W ten sposób mija chyba godzina od wyruszenia z poprzedniego punktu odżywczego. Biegnę w dół i w dół. Tę wysokość, którą trzeba było osiągnąć wdrapując się na Mogielicę, teraz należy zejść. W którymś momencie mijam chłopaka. To jeden ‘ z naszych’ – z Wolontariuszy. Instruuje dalszy bieg trasy: ‘Do krzyża, potem w lewo, prosto, w lewo przez parking i tam następny człowiek wskaże.’ Rety – za dużo jak na mnie. Jeszcze raz. Proszę o powtórzenie, sama nakreślając szlak bieg. ‘Tak. Właśnie tak. ‘ – odpowiada chłopak. Biegnę zatem.
Zgadza się: jest niebawem krzyż. Jakaś tabliczka. Szybko łapię kilka słów w jej zapisie. Biegnę prosto. To tylko kilkaset, niewiele, metrów. Jest w lewo. Jest parking. Rozglądam się, bo wybiegłam z zalesionej części na bardziej pustą. U końca parkingu stoi człowiek, macha do mnie i woła ‘tutaj!’ – jakby sądził, że skręcę w prawo.
Gnam do niego. Wskazuje mi dalszy ciąg: ‘Biegniesz tutaj. Teraz wokół Mogielicy. Dwadzieścia kilometrów. Wracasz w to miejsce. I stąd już tylko trzy kilometry do mety.’
Ok. Tylko trzy. Wcześniej tych dwadzieścia dać radę. Dziękuję za instrukcje. Żegnam Wolontariusza. No to – i podchodzę kilkadziesiąt kroków pod górkę, by nagle okazało się, że to cudny odcinek. Droga-stokówka prowadzi w dół. Jak wspaniale pokonywać górski szlak właśnie w taki sposób. Gnam, bo nogi same prowadzą. Podziwiam widoki. Każdą cząstką siebie odczuwam radość z trasy, widoków.
Zbiegam w rozwidlenie. Niebieskie kierunkowskazy ‘do parkingu jakiegośtam’, ‘trasa’. Jakieś jeszcze. Chwila zastanowienia: dokąd dalej? Nie widzę szarf, napisy nie przemawiają do mnie. decyduję się kontynuować bieg w dół. Trochę w prawo. Dopatruję szarfę w gałęziach drzewa. Dobiegam: nie, to nie nasza! Ta jakaś wyblakła. Wypatruję dalej. Szukam. Zbiegam. Rozmyślam. Zwalniam. Gdzie jestem? Gdzie powinnam biec?
Wymijam zabudowania. Jeszcze kilkadziesiąt kroków. Znowu szarfa – i znowu ‘nie nasza’.
‘k…!’ – chciałoby się siarczyście zakląć. Ja przecież nie przeklinam, więc tylko złoszczę się złością nieprzeklinającego biegacza. Zatrzymuję się. Rozglądam. Dokąd?! Czy mam się wrócić?! Ależ jestem wściekła. Zwłaszcza na myśl o tym, że muszę wrócić do punktu wyjścia – i dokładniej przyjrzeć się znakowaniu. To znaczy, że muszę wdrapać się na górę – to, co tak dobrze się zbiegało!
Odwrót zatem. Żebym się bardziej zirytowała, wypadł mi kijek. Podnosząc go, jeszcze się potknęłam. Na szczęście utrzymałam równowagę. Co za ‘siroctwo’ ze mnie! Złość aż mnie rozgotowuje. Wspinam się. Rozglądam. Pomstuję na fałszywe taśmy zwisające pomiędzy jesiennymi liśćmi.
Dobra, wróciłam. Kilometr w jedną stronę straciłam? Czyli w sumie dwa. Czasowo pewnie dwadzieścia minut przynajmniej. Ile osób wyprzedziło mnie, gdy błąkałam się?
Przyglądam się kierunkowskazom wnikliwiej. Analizuję zapisy na nich. M.in. ten: ‘Trasa. 21km’. Czyli to jest mój kierunek? To jest tych dwadzieścia kilometrów wokół Mogielicy? Czemu 21? Ileż mogłam zbiec od parkingu: dwa, trzy kilometry? Rozmyślam, powolutku ruszając tam , gdzie wskazuje ta niebieska strzałka-kierunkowskaz. Te opisy i wskazówki to chyba dla narciarzy. Ha! Gapo – osiem kroków, czyli trzy i pół – od zbiegu, w lewo. I masz! Tutaj szarfa. I tutaj. I jeszcze jedna. Wszystkie żółciutkie, z nadrukiem. NASZE! Mówiła Agnieszka Faron na odprawie o znakowaniach? Uczulała, by patrzeć za tymi, nie innymi szarfami? Mówiła!
Wyrzucam z siebie złość, koncentrując na dalszym biegu-marszu. Teraz pod górę stokówka prowadzi. Rozważam jeszcze, czy to moja trasa. Czy w odpowiednim kierunku się poruszam? Te wątpliwości też wyrzucam. Idź! Biegnij! Są oznakowania? Są. Ruszaj do przodu.
Czynię tak zatem. Droga: to w górę pnąc się, zmusza mięśnie do wysiłku, to w dół ciągnie i ja siebie zmuszam, by to biec. Choć to trudne. Wypaliłam się przez to krótkie zgubienie. Przekonuję siebie, że to nic. Dobrze teraz idziesz-biegniesz.
W ten sposób wybiegając po kilku, kilkunastu kilometrach, zza kolejnego zakrętu wypatruję przed sobą samochód. Otwierają się drzwiczki z obu stron: od kierowcy i pasażera. Dobiegam do punktu jedzenie-picie i kontrolnego. Dobrze! Jest dobrze! Z westchnieniem ulgi dobiegam do dwojga ludzi- to rodzicie Agnieszki, głównej organizatorki. Kobieta mówi, że jestem czwarta, nie: piąta, dziewczyna. Tamta przede mną jakąś minutę. ‘Jednak’ – myślę sobie – ‘Zdążyła mnie wyprzedzić, gdy ja się błąkałam…’. Czy rzeczywiście tylko minutę?
Zjadam bułkę z miodkiem. Popijam. I gnam. Dziękuję państwu za uprzejme przyjęcie! Za dobre słowo! Teraz jeszcze jakieś piętnaście kilometrów do celu. ‘Za taśmami’ – poinstruowała pani.
Ok. Za taśmami. Biegnę, maszeruję, gdy nogi już mają dość. Zmuszam się do szybkiego marszu. Źle się biegnie, choć tu płasko! I – rzeczywiście jest jakiś człowiek przede mną. Nie mam siły biec, staram się dziarsko maszerować. W ten sposób dorównuję do dziewczyny. Wyprzedzam ją. Krótka wymiana zdań. Zostawiam ją za sobą. Po jakimś czasie znowu człowiek przede mną. Chłopak. Dobiegam go. Na zbiegu wyprzedzam.
Znowu docieram do znakowań na niebieskich tabliczkach ‘parking jakiś tam – w tym kierunku’, ‘parking taki –w tym kierunku. Ten ‘taki’ – już wiem, że to mój kierunek. Po kilkudziesięciu minutach od ostatniego punktu żywieniowego rzeczywiście wracam – kółko zatoczywszy wokół Mogielicy. Jest krzyż – rozpoznaję, upewniam się treścią z tabliczki. Czyli teraz prosto. Na tym odcinku wyprzedza mnie uprzednio przegoniony chłopak. Już nie mam sił na ściganie. Byle samej dotrzeć do celu. Jest parking. Samochód na nim. Wysiada dwoje ludzi. Kieruje na dalszy odcinek biegu. ‘Ile jeszcze do końca?’ – odpytuję, chcąc usłyszeć, że trzy kilometry. Dziewczyna konsultuje się z chłopakiem – on mówi trzy, ona pięć. Na pewno nie trzy. ‘Około godziny drogi. Biegiem. Najpierw w górę, potem w dół, znowu w górę i w dół.’ – podpowiada dziewczyna charakter końcowej trasy ilustrując ruchem ręki ‘w górę, w dół’. Trochę przez asfalt.
Nie dam rady biegiem. Taktyka na ten ostatni odcinek sama konstruuje się w głowie. Będę przeplatała: trochę biegu, trochę marszu. Stokówka już się skończyła. Teraz leśnymi dróżkami. Pamiętam, jak wczoraj Agnieszka instruowała: poprowadziliśmy lasem, by nie trzeba było deptać asfaltu. Bieg przeplatam marszem. Na zegarku już 16:52. Prawie osiem godzin już w trasie. Zdążę ukończyć cały bieg w dziewięć godzin?
Powątpiewam w to, ale nie przystaję. Gdzie się da – biegnę. Gdy sił brakuje – staram się przemieszczać szybkim marszem. Przede mną, pomiędzy gałęziami drzew, co rusz miga sylwetka chłopaka, którego już nie daję rady dogonić.
Wybiegamy na szerszą drogę, która zamienia się w asfaltową dróżkę. Znowu tutaj skręcam stopę: but bardzo dobrze trzyma podłoże. Tamten betonowy postument bardziej był mokry, obrośnięty mikrymi mchami. Tutaj, na asfalcie but zapewnia bezpieczeństwo. Jeszcze raz zatem utwierdzam się: te Reeboki są właśnie na takie biegi! Chciałabym je bezwzględnie zachwalać. Nie mogę tego jednak zrobić: pewnie o te pół numeru za małe butki. Od dłuższego czasu czuję problem z lewą piętą. Drugi mankament, który stwierdzam już po całym biegu: jednak paluszki trochę poobijane. I języki butów: czyżby ze zbyt twardego tworzywa? Poobcierały mnie!
Ciesząc się w momencie biegu z jakości butów, zwłaszcza ich przyczepności, biegnę i biegnę. Środkiem drogi, którą teraz biegnę, ciągnie się taśma biało-czerwona. Przepoławia ją. To nie nasza taśma. Co ma oznaczać? To podpowiedź, czy zmyłka? Tuż przed wylotem z lasu do tej biało-czerwonej przywiązana żółta, z nadrukiem. Nasza. Znak, ze dobrze biegnę. Rzeczywiście: wybiegam z lasu, już znajomy teren, choć nie dowierzam, że to końcówka. W oddali domek. Parking wcześniej. Wielka dmuchana brama. To nasz start-meta. Ludzie tam stojący, dostrzegłszy biegaczy – przede mną rozpędził się chłopaczek, którego za nic już nie mam siły dobiec – skandują, biją brawo. Wyświetlacz elektroniczny pokazuje czas. Jeszcze ósemka z przodu. Ale tuż za nią 48-49 minut. Wbiegam w linię mety. Ukończyłam! Biją nam brawo. Zawieszają medal. Sama Agnieszka Faron – główna organizatorka, gratuluje nam ukończenia biegu. Zaprasza do środka na posiłek, gorącą herbatę czy kawę.
Sam bieg, choć ze względu na ilość kilometrów: około 64, do najtrudniejszych górskich nie należy. Wiele odcinków organizatorzy poprowadzili drogami-stokówkami. Względnie przyjaznymi dla stóp. Niezbyt kamienistymi. Przewyższenia? Owszem, trudne. Jednak charakter Beskidu Wyspowego naprawdę przyjazny biegaczom.
Jeszcze raz podkreślam: NorafTrail jest biegiem, w którym warto wystartować. Organizatorzy niezwykle sympatyczni, przyjaźni.
Wytchnąwszy, posiliwszy się, doczekawszy się na kolegę-kierowcę, który również pogubił pętle, jedziemy do noclegowni. Nie mam szans wrócić tego wieczoru do domu. Nie z Zalesia.
Co za piękny bieg. Ciężki. Męczący. Ale cudny. Gratuluję Agnieszce organizacji. Chwalę całą imprezę. Naprawdę przyjemna. Jak na pierwszą edycję, oceniam ją na wzorowo przygotowaną. Dziękuję!

medalezdj. Ladso Maras

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “NorafTral – ciągle biegnę”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s