NorafTrail Ultra. 60 km. 27 września 2014r.


001Więcej zdjęć: TUTAJ

POLECAM
Biegi górskie: na ok. 26 i 64 km. Rejon: Beskid Wyspowy, konkretnie: początek w Zalesiu w powiecie limanowskim, w gminie Kamienica. Tegoroczna, to pierwsza edycja. W moim odczuciu organizatorzy stanęli na wysokości zadania.
Dzielec – mało znana, nie uczęszczana przez turystów góra. Nie prowadzi na nią typowy szlak górski. Podłopień i Łopień. Mogielica. Stokówka wokół całej góry. Rewelacja!
Przeurokliwe miejsce. Czucie gór każdym mięśniem i zmysłem. Nawet pochmurna, gęstomglista aura do dziś, kilka dni po fakcie nie odwodzi mnie i nie sprowokuje do zmiany zdania. Podtrzymuję mój zachwyt i uznanie dla organizatorów za sobotni bieg wrześniowy.
Kilka godzin po ukończeniu biegu i całej imprezy, rozmawiając z innymi uczestnikami usłyszałam krytyczne uwagi. W mojej opinii są one do dopracowania, jeśli w przyszłości będzie organizowany ten bieg. Ktoś mówił o doznakowaniu, zwłaszcza na skrzyżowaniach. Inni, zwłaszcza z krótkiego dystansu, podkreślali niedotrzymanie słowa w rozstawieniu punktów żywnościowych.
Osobiście zgubiłam trasę ok. 41-42 kilometra. Kładę to bezwzględnie na karb mojej gapowatości. Agnieszka Faron, główna organizatorka przedsięwzięcia, na odprawie podkreślała: trasa znakowana charakterystycznymi żółtymi taśmami z nadrukiem. Dość gęsto. Patrzcie za taśmami! Bieg kilka razy poprowadzony poza głównymi szlakami turystycznymi.
Dałam się zwieść złudzeniom prawie kilometr. Skoro nie było na odcinku 200-300 metrów wstążek, tudzież były – ale nie te, o których mówiła Agnieszka – bezwzględnie powinnam zawrócić. Zirytowana zrobiłam to kilkaset metrów dalej. Tak dobrze biegło się ‘w dół’. Teraz to odkupowałam wspinaczką powrotną.
Tyle było mojego gapiostwa. Jeszcze raz podkreślam: NorafTrail Ultra a.d.2014 to przednia impreza. POLECAM. Mam nadzieję na kolejną edycję w przyszłym roku. Z dopracowaniem tych kilku, wg mnie nie tak wielkich, niedociągnięć.
Podkreślę jeszcze jedno: skoro ja, taki ignorant w orientacji terenowej, poradziłam sobie na trasie ultra, to znaczy, że naprawdę m.in. oznakowanie trasy było wzorowe!

Teraz po kolei:
Bieg odbył się 27 września 2014roku. Start o godzinie 9:00 obu dystansów. Weryfikacja i odbiór pakietów możliwe były już od popołudnia poprzedzającego bieg oraz od godziny 7:00 do 8:20 dnia następnego. Organizator zapewnił dla chętnych bezpłatny nocleg na sali gimnastycznej szkoły w niedalekiej Słopnicy.

Osobiście wyjechałam do Zalesia w piątek po południu zaraz po pracy. Dojazd komunikacją publiczną wcale nie taki łatwy, ale nie był zły. Do samej Limanowej skomunikowanie bardzo dobre. W związku z kosmicznymi korkami w samym Krakowie, do Limanowej dojechałam po godzinie 19. I teraz klops: o tej porze stąd do mojego punktu docelowego już nie jeżdżą busy. Cóż zatem? Korzystam z furki, którą otworzyła mi Agnieszka Faron, gdy ustalałam z nią szczegóły mojego udziału w biegu. Zadzwoniłam – bez ceregieli i zbędnych problemów zorganizowała mi przejazd prywatnym samochodem. Bardzo dziękuję!
Zostałam zatem zweryfikowana. Odebrałam mój pakiet. I znowu wyraz uprzejmości gospodarzy: odwieźli mnie i jeszcze jednego biegacza, który o takiej wieczornej porze stawił się do biura, do szkoły w Słopnicy. Do późnej nocy zjeżdżali się inni. Spanie w warunkach innych niż typowo domowe, ale dało się zrelaksować. Zapewniony był węzeł sanitarny. Zapewniono też czajnik i szklanki. Wystarczająco, by przygotować się do biegu.

002
Pobudka między 6:30 a 7:00. Toaleta. Śniadanko. Rozmowy.
Zmotoryzowani wykazują się bezinteresowną uprzejmością: zabierają chętnych do biura zawodów i miejsca startu.
Zegar wskazuje kilkanaście minut po ósmej. Przy rejestracji wije się jeszcze ogonek weryfikujących się zawodników. Gwar, tłok. Wszystkiego i wszystkich dużo. Mimo pozornego chaosu, organizatorzy doskonale ogarniają wszystko. Tłumaczą, jak czip zamocować do obuwia. Cierpliwie udzielają odpowiedzi na niekończące się pytania.
Depozyt. Niespodziewane spotkania ze znajomymi. Pytania o samopoczucie, nastawienie, oczekiwania. Dreszczyk emocji, niepokoju, przedstartowych obaw. Rozgrzewka.
Dochodzi godzina zero – zbieramy się w okolicach linii startu. Odprawa. Ostatnie informacje o warunkach na trasie, o oznakowaniu, o biegu. Końcowe odliczanie – i start ogłaszany wystrzałem z profesjonalnego pistoletu.

Biegniemy. Od samego początku, bo sam początek w miarę łatwy. Kilkadziesiąt metrów asfaltem, szybki zakręt trasy w las. Kamienie, trochę błota. To dopiero przygrywka do tego, co czeka nas na całej trasie. Gdy po niecałych dwóch kilometrach drogi rozchodzą się: krótkodystansowcy, o ile tych półmaratończyków górskich można tak nazwać, biegną prosto, my, ultrasi, kierowani jesteśmy przez Wolontariusza na prawo. W trawę, błoto, kamienie. Wybiegłszy z zalesionego szlaku, wdęptuję w oszukańczą murawę: pod dywanikiem słodko-zielonej trawy błocko i kałuże. A to dopiero początek! Jak mam biec z mokrymi stopami?
Okazuje się to problemem znikomym. Mam tak doskonałe butki, co stwierdzam potem, że woda przez nie tylko przelatuje. Błoto nie oblepia i nie obciąża stopy. Wiadomo: Reeboki! To jest klasa! Wcale nie przekłamuję – agresywny bieżnik, rozcapierzone zębiska pod piętą. Choć tak je określam, butki w swojej budowie są subtelne. W ogóle nie rażą swoją konstrukcją. Na pewno jakości i sympatii tym butom daje dobrana kolorystyka: róż, zieleń, czerń. To wszystko tak dobrze zgrane. Budowa buta – choć to trailowy, na trudne tereny – jakże delikatny wyglądem!
Dobierając obuwie na ten bieg długo rozważałam: zakładać zdeptane, starte niemal do gładziutkiej warstwy zelówki, zaś niewiarygodnie wygodne dla stopy w środku – Salomony, czy jednak te Reeboki. Trudno było wybrać. W końcu o poranku, chodząc po sali gimnastycznej-naszej noclegowni, dziś rano w tychże Reebokach – w którymś momencie podjęłam męską decyzję: biegnę w nich! Mocniej dowiązałam sznurowadła. I tak oto w nich pokonuję kolejne kilometry górskiego biegu. Przeważyła również myśl o niebezpiecznych trasach w czasie biegu. Deszczowa aura od kilku dni. Zapowiadane błocko. Przewidywałam wiele kamieni. Protektor Reeboków aż wołał, by to on był moim towarzyszem-zbawicielem na trudnych, niebezpiecznych nawierzchniach.
Biegnę po tych mokradłach. Mijam, ale i wdeptuję w kałuże. Błoto chlapie pod ciężarem stąpających nóg. Mijanie gliniastych kolein, ścieżki nierówne, kałuże – a butki wpijają się, pilnują mojej stabilizacji. Jak dobrze w nich biec! Jak przyjemnie czuć tę przyczepność, pewność następnego stąpnięcia.

Mijamy zalesione odcinki. Pokonujemy wymagające pracy mięśni wzniesienia. Biegniemy wśród łąk jesiennych. Na polach zmoczone płaskie kopce siana, które nie miało jak wyschnąć. Przed nami mgła, w którą wbiega się nagle. Poruszamy się w mlecznej aurze przez kilkaset metrów, by na kolejnych kilkadziesiąt nagle wybiec w czystą przestrzeń.
Wybiegłszy w wolną przestrzeń, zachwyt budzą dymiące góry: spomiędzy obrastających je drzew, z tych konarów wysnuwają się białe olbrzymie warstwy mgły. Jakże to piękne!
Nie czas to jednak na podziwianie widoków. Dzisiaj bieg. Pokaż co potrafisz – woła niema myśl. Wytrzymasz? – to stawy i mięśnie cichutko jakby zadają pytanie. Biegnę. Wyprzedzam. Kolega z noclegowni woła, by zwolnić. Za szybko. Nie wiem. Nie monitoruję tętna. Tempo mam bardzo umiarkowane. Świadomość obarczona niepokojem, z powodu braku treningów. Biec. Dać radę.

Prawdziwy egzamin – jeden z kilku na całej trasie – to zielony szlak. Wspinaczka na Mogielicę. Tym trudnym ostrym podejściem, które pierwszy raz w życiu poznałam w ubiegłym roku na Marszonie
Wcześniej: bieg żółtym szlakiem. Podłopień. Łopień. Pierwszy punkt odżywczy. Chwila wytchnienia, picia, jedzenia. I dalej. 10:36. Już półtorej godziny jestem na trasie. Gdzieś u końca stawki biegaczy. Godzę się z taką pozycją. Ważne, że jestem. Czuję i chłonę góry, atmosferę. Trudy. Widoki.
Chwila kąśliwej złośliwości z przymrużeniem oka: któryś to już kilometr. Chyba godzina od pierwszego punktu żywieniowego – i kontrolnego – teraz następny. Takim trójkącikiem / czemu nasuwa mi się określenie: delta?/ wiedzie ścieżka biegu, jakże doskonale oznaczony! Wbiega się ostro w prawo, spomiędzy drzew najpierw wyczuwalny zapach dymu. Ognisko! Kilkadziesiąt kroków – tak, jest! W tej mżawce, w chłodzie, w tych chmurzastych górach – ludzie. Punkt kontrolny! Odnotowują. ‘Teraz powiem, jak nawrót’ – mówi sprawiający wrażenie szefa tej grupy pan – ‘Proszę wrócić i w prawo, za szarfami’. ‘To po co ja tu wbiegałam’ – wołam, mając nadzieję, że ton głosu przekazuje mój żart. Gdzie tam! Bardzo poważnie tenże szef woła za mną, odbiegającą: ‘Bo tu punkt kontrolnyyy!’ Później dowiedziałam się: sam Pan Stanisław Mrowca był tutaj sędzią-kontrolerem. Pierwszy trener, odkrywca talentu jakże nam znanej… Justyny Kowalczyk. Przecież to jej rejony! To tutaj, w Beskidzie Wyspowym tak intensywnie szkolą dzieciaki i młodzież w narciarstwie, zwłaszcza biegowym. Bogata i długa to historia sięgająca lat bardzo, bardzo dawnych: przedwojennych i bardzo intensywnie rozwijającego się szkolnictwa w tej dziedzinie od lat siedemdziesiątych minionego wieku. Słyszał kto o projekcie ‘próba limanowska’? Poczytajcie. Warto.
A ja biegnę. W mżawce. W pochmurnościach. Zawracam pokierowana przez Pana Mrowcę. I biegnę dalej, dalej, dalej. W którymś momencie, gdy właśnie pokonuję otwartą przestrzeń: polanę? Przełęcz? – najpierw cieniutkie igiełki mżaweczki. Intensywnieją, do momentu, aż grube krople przyjemnego deszczu roszą moją twarz. Mnie całą. Nie jest źle. Mam naprawdę odpowiednio dobrany ubiór. Kurtkę cały czas w plecaku typowo biegowym na plecach niosę. Na sobie bluza. Pod nią naprawdę bardzo odpowiednia koszulka. Również – jak buty – Reebok. To także doświadczalnie założyłam. Już kilka razy w tej samej bluzeczce biegałam. To – hm… – jak to opisać: top z haleczką?
Pierwszy raz biegałam w tym w upalne dni. Właśnie sugerując się krojem: cieniutkie ramiączka, zabudowana część na biust, całość okryta cieniutką drugą warstwą – siateczkowatą koszulką. Dokładnie przypominającą krojem halkę. W temperaturze prawie 30stopni Celsjusza w czasie biegu naturalne, że ciało odczuwa jeszcze większy gorąc. Bardzo praktyczna ta siateczka w upały: chroni ciało przed nadmiar słońca. Niestety – ta część topowa jak dla mnie – zbyt gruba. Bardzo skóra się pod tą warstwą pociła. Po czasie zauważyłam, że część stanikowa ma jeszcze wkładki. Wyjęłam. Biegałam jeszcze kilka razy w upalne dni. Dużo lepiej ciało się czuło.
Dziś? W ten momentami chłodny dzień. W tej teraz chwili: gdy te grube krople intensywnego deszczu dość porządnie mnie zmoczyła – ubiór spisuje się wzorowo. Mokrość, nawet jeśli wsiąka, wytraca się w czasie całego biegu.
Docieram do następnego punktu. Picie i rejestrowanie. Tutaj dowiaduję się: jestem szósta od końca. I taka głodna!
Jak dobrze wymyślony ten punkt: tutaj tylko picie. Głównie Izotonik. Wg mnie bardzo mądrze wymyślone. Dlaczego? Doświadczenie podpowiada: izotonik popity wodą, przegryzany choćby bananami powoduje, przynajmniej w moim przypadku, jakieś rewolucje żołądkowe. Dlatego tak oszczędnie wówczas dobieram pożywienie i pojenie. Tutaj zaś: wypijam aż trzy kubeczki uzupełniacza elektrolitów. Jestem pewna, że nic złego nie będzie. Zaś dziewczyna tutaj dyżurująca, na moje pytanie o jedzenie podpowiada: za jakieś cztery kilometry. Będą tam banany! A – to warto przyspieszyć. Mniam. Dla takiego jedzonka! Chyba tylko biegacze czują smak i wartość kawałka banana. Jakże on smakuje dla zmęczonego organizmu.
Co dalej?
Dopowiem.

Reklamy

1 thought on “NorafTrail Ultra. 60 km. 27 września 2014r.”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s