Pół – ćwierć wyrypa – 23 lutego, 2013


_zima_przyroda_natura_podroze_gory

zdj. biologyinfo

Wyrypa jest. I jej nie ma. Bo odwołują.

Warunki atmosferyczne? Ludzie? Nieistotne.

Mirek informuje mnie we środę, że zbiera grupę. Idziemy w kameralnych warunkach. Trasą podobną Wyrypie. Z Zagronia do Zagronia i Usjoł. Wyjście o 10, powrót około 6:30. Podkreślam: jeśli mnie poprowadzicie, przypilnujecie, nie zostawicie na trasie – idę. We czwartek wracamy z Helenką od Dziadka. Przepakowanie, nie ma czasu na pranie. Planuję wyjazd już wczesnym południem czy popołudniem piątkowym. Chcę jeszcze na siatkówkę. Po niej mam kilka godzin przestoju, nim trafię do spania. Przede mną jeszcze zaopatrzenie w prowiant. Cóż tu brać na zimową wyprawę w góry?

Coś wyszukuję wędlinowo- pieczywowo- owocowo- batonowego.

Na Witosa stawiam się w okolicach godziny dwudziestej pierwszej. Koniecznie muszę przygotować sobie coś gotowanego do zjedzenia – na razie jestem na śniadaniu
i małej przekąsce. Gotuję sobie makaron.
Ustawiamy budziki na godzinę 4 – to Adam, i kwadrans później – ja.

Szybkie spanie. Pobudka. Adam już ubrany, szykuje sobie kanapki, zalewa w termosach herbatę. Szybka toaleta – to ja, kanapki do plecaka. I ruszamy.

Pierwszy etap: dojechać do centrum.
Autobus mamy o godzinie 5:05. Trzy minuty przed umówionym czasem stawiamy się na Sobieskiego 12. Jest 5:27. Równocześnie z nami przyszedł jeszcze jeden kolega. Wsiadamy do samochodu Tomka. Kierunek: Mikołów.

Szybka drzemka przez krótki kwadrans. Moja. Kierowca musi być uważny. Reszta sobie rozmawia. Mnie koją nuty płynącej muzyki i słowa niezrozumiałych dla mnie utworów pięknym głosem prezentowanych przez Amy Macdonald.

Szósta na zegarze. Przepakowujemy się do samochodu Mirka. Z góry zapowiadam: śpię! Siadam z tyłu.
Mikołów już jasnością całkowitą nas wita i jednocześnie żegna.

Azymut: Beskidy! Ujsoły.
Chłopcy rozmawiają, od czasu do czasu przedrzeźniając moje spanie. Mimo to udaje mi się wykraść co najmniej godzinę drzemki. Nie do końca zorientowana w strategii marszu uświadamiam sobie, że to już teraz, już o ósmej rozpoczynamy wędrówkę. To już stąd wymarsz! Do Chatki na Zagroniu. Jeszcze szybko do sklepu – niepokojąco coś łupie w mojej głowie. Proszę panią w sklepie o etopirynę. Mam nadzieję, że pomoże.  Włączam stoper. Mirek i Adam zauważyli: ruszamy za trzynaście ósma.

Dojeżdżając obserwowaliśmy bacznie otaczającą aurę. Jest śnieg. Na zboczach nie dużo. Spekulujemy, że wyżej będzie na pewno więcej. Teraz pytanie: jak wyglądają szlaki: przetarte? Bezpieczne, wygodne do przejścia?…Trasa żółtego szlaku ośnieżona, miejscami – sprawdzam, wbijając kije – śniegu na pewno więcej niż 70cm. Ścieżka naszej wędrówki przeważnie utwardzona, choć nie brakuje miejsc, gdzie zapadają się nogi do kostki, czasem i pół łydki.

Pierwszy postój: Chata na Zagroniu. Stoper wskazuje 57ą minutę naszego marszu. Wstępna myśl Mirka, by w przedsionku szybko coś zjeść, zostaje skorygowana przez zarządcę Chatki, który zaprasza na kubek gorącej herbaty. Nie trzeba ściągać butów.

Proponuję do herbaty imbir – gdy się rozsiadamy, sięgając po bułkę stwierdzam, że pośpieszyłam się z obietnicą: imbir został u Adama w domu. 😉

Mirek pogania do zbierania się. A herbata gorąca.

Osiemnaście minut zeszło nam tutaj. Zbieramy rzeczy, szybka fotka i MARSZ. Już ten właściwy.
To stąd zaczyna się nieformalna WYRYPA BESKIDZKA 2013. Nie czekamy na resztę, która wymarsz zaplanowała na godzinę 10ą.

IDZIEMY

Pogoda idealna. Jeśli minus jest, to najwyżej kilkustopniowy. Śnieg mocno związany, szlak utarty. Idzie się dobrze i czasami bardzo dobrze.

W pierwszych dwudziestu minutach mijamy turystę człapiącego w rakietach. Po to, by on nas wyprzedził jakimś skrótem po kolejnym kwadransie. Tomek sprawdza moją orientację w terenie, wręczając mi mapę z prośbą o ustalenie, jakaż to góra przed nami. Ułatwia szukanie informując, że po lewej, to Sucha Góra. Upewniam się w naszym położeniu potwierdzając u niego to co wyczytuję z mapy: z lewej w oddali miejscowość Rajcza, z prawej Złatna, a z prawej z tyłu Ujsoły.

Adam chce wspomóc mnie w określeniu naszego miejsca, ale nie pozwalam mu na to. I niestety – nie za bardzo wiem, mając nawet mapę w ręce!, cóż za górą o którą pyta Tomek. A to podchwytliwe pytanie z jego strony – chodzi mu o szczyt oznaczony wysokością 1065m n.p.m. Bez nazwy!

Cóż: nie popisałam się.

Dostrzegam za to piękno otaczającej nas zimowej aury. Czapy śniegu na świerkach. Wśród tych ubielonych gałęzi, mrozem trzymającym śnieg na nich – ptak śpiewa. Nieśmiało czasem przebija kula słońca.

Godzinę i dwadzieścia minut zajmuje nam osiągnięcie poziomu Hali Redykalnej, po godzinie od tego miejsca na chwilkę zatrzymujemy się przy róży szlaków, by w dwadzieścia minut stąd dojść do Hali Lipowskiej. Jeszcze chwila wysiłku, dosłownie dwanaście minut! I Rysianka. I ŻUREK. Mniam. Zgłodnieliśmy.

I się guzdram podobno. Chaos wokół siebie tworzę. Kurka wodna! A to, że najpierw rozglądam się, kto gdzie z naszej ekipy; to, że sprawdzam, czy mam jeszcze chwilę luzu, bo jeszcze jeden w toalecie –  nic nie znaczy?

Kule.

A – i jeszcze. Pierwotnie Mirek mówił: pół godziny przerwy. Gdy mówię, że mój zegar już dwudziestą piątą minutę pokazuje naszego tutaj pobytu – nic? „Jeszcze czas. Daj ludziom pojeść.” I ja wprowadzam chaos? Kule.
Zbieramy się po dwudziestu minutach. Razy dwa. I do tego jeszcze pięć minut.
Szybka pamiątkowa fotografia. I marsz.

Marsz! Bo zimno się robi.
Pierwszych pięć kroków za schronisko – i wita nas odmienna pogoda, niż ta, która nas tutaj przyprowadziła. Mocniej śnieży i strasznie zawiewa. Okrywamy się bardziej. Kto ma, wyciąga cieplejszą kurtkę.

Wszedłszy w zalesiony odcinek szlaku pozornie mniej dokucza wietrzycho. Choć niejednemu dowcip sprawia, sypiąc śniegiem za kołnierz. Tego doświadcza Robert. Nagle, gdy znalazł się pod dwoma rozłożystymi świerkami, zawieja, niemal zamieć – i to co tak pięknie bielało chwilę temu na rozłożystych łapach zielonych igieł – sypie się na niego. Obrazek – brrr – piękny i zimny.

Maszerujemy i idziemy. Wędrujemy, ruszamy się. Podziwiamy piękno natury: ogrom śniegu na wątłych pozornie drzewkach, trzyma się mocno. Przymrożony, wyrzeźbiony wiatrem, tworząc figury rozpoznawane a to jak papuga, a to jak z Loch Ness Straszydło, czy co tam innego podpowie wyobraźnia. Pięknie. Przepięknie prezentują się drzewa ubielone tym mroźnym śniegiem, mocno trzymającym się ich gałęzi. Jak cień – śnieg, wiatrem mocno wbity w całą długość strzelistych pni świerków.

Idziemy! Króciutki postój, wyrównanie oddechu i dalej.

Od Rysianki wędrując, w czterdziestej minucie mijamy Trzy Kopce, różę szlaków z oznakowanym miejscem przez Słowaków „Mutnanske Sedlo” po kolejnych trzydziestu trzech minutach, wspinamy się do góry wypatrując Grubej Buczyny, wcześniej mijając na dużej wysokości tabliczkę „Obszar natura 2000”, gdzie znów już godzina upływa od ostatnio zanotowanego czasu. Niebawem w oddali dostrzegamy oznakowania. Jest „Gruba Buczyna” – to poziom 1132 m n.p.m. i dziewiętnaście minut od poprzedniej górki. Dwa kwadranse zajmuje nam dojście stąd do Schroniska Krawców Wierch.

Posilić się, napoić, załatwić, by… podjąć decyzję. Mirek czuje usterkę w swoim organizmie, która zmusza go do kończenia forsownej wyprawy.

Gdy dzwonił do mnie w połowie tygodnia obwieszczając plan wyprawy wspominał: jeśli któreś z nas nie da rady dalej – rezygnujemy wszyscy.

Teraz – Mirek mówi: jeśli chcecie, idźcie dalej. Tutaj poczekam na was. Gdy będziecie schodzić  do Ujsoł – dajcie znać. Wyruszę wam na spotkanie.

?

Chciałoby się pójść dalej. Jest męcząco. Buty już chyba zaczynają przemakać. Tomek i Mirek przewidują, że zejściowy szlak od Rycerzowej pewnie będzie nieprzetarty. Zaśnieżony, ciężki
do przejścia. Ale wnętrze chce wyzwań, wrażeń, próby sił…

Mirek namawia dalej – a ja mówię „To zostajemy /-ję/ z Tobą. Rezygnujemy razem.”

Hm…

Po chwili każdy to popiera.

Rozsiadamy się, posilamy. Wędlinka pyszna, choć biedronkowa, placki od Mirka ‘na złamanie smaku’ – racja. Bardzo dobre! Figi – kaloryczne, to bardzo dobre na taką wyprawę – mówi Tomek. Te jego dużo pyszniejsze od tych, które ja mam.
Próba medycznego mędrkowania i ostateczna decyzja: schodzimy do Glinki żółtym szlakiem. Niebieski może być cięższy dzisiaj. Z Glinki już asfaltem do punktu wyjścia.
Już ustalone. Godzina relaksu tutaj schodzi.
I ruszamy. Tomek zwraca uwagę, by przygotować czołówki. Na zegarkach 16:30, a za oknem jeszcze jasno. Wiosna już niebawem…

Sympatyczna atmosfera, przekomarzania…Jak miło w przyjemnym, niemal przypadkowym, towarzystwie. Poczucie humoru, nutka przyjaźni, sympatii.

Jeszcze tę trasę przejdziemy! Całą!

Zmrok dopada nas niecały kwadrans przed zejściem ze szlaku. Od Krawcowa do Glinki w sumie szliśmy godzinę i dziewiętnaście minut. Z Glinki do Ujsoł, już asfaltem – 42 minuty.

Stoper stop: 10h52’54”.  Za nami ponad 28km marszu Beskidu Żywieckiego szlakami. W śniegu. Wśród uroczo ubielonych drzew, które na wysokościach tak urzekająco wyglądają z grubymi warstwami śniegu. Tutaj on, na tych wysokościach, mocno trzyma gałęzie drzew, ich pnie.

Oto nasza sobotnia wyrypa.

A teraz samochód, przebieranie, zakupowanie. Poganianie. I przed siebie. Do Mikołowa, do Katowic, na Witosa.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s