Trening do BUT-a 1.08.2015, 8.45 – 18


Poranek lodowaty.
Termometr pokazywał 4 stopnie Celsjusza! Jak się ubrać, co zabrać? Jak najmniej. Plecaczek ma ograniczone możliwości pojemnościowe. Nie chcę dźwigać niepotrzebnego, zbędnego balastu.
Dospać godzinę w pociągu i jeszcze dwadzieścia minut podmiejskim autobusem.

BUT
Godzina 8:45.
Jestem na szlaku. Nie tak miało być. Miałam zacząć od Wapienicy. Że trafił się autobus na Szyndzielnię, to tutaj dojechałam.
Nie będę teraz kombinowała ‘na czuja’ przebiegając leśnymi traktami, by dobiec spod Dębowca na niebieski szlak. Zaczynam czerwonym. Kojarzę, że na mapie schodził ten szlak do Wapienicy. Tak zatem będę podążać.
Ludzi już jest sporo. Mnie trudno zerwać się do biegu. A to przecież ma być trening biegowy! Wystartowałam niemal równo z dwiema innymi dziewczynami, które również truchtają i biegną. Wzniesienia wymuszą na nich marsz. Ja, odpychając się kijkami, staram się iść. Szybko. Ćwiczę. Niech pracują mięśnie łydek. Niech serce adaptuje się, przyswaja trud wędrówek górskich. Niech tętno wypracowuje rytm, który pomocny będzie na właściwym starcie.
Dotarłam do Przełęczy Dylówki. Spoglądam na mapę. Gdzie ten żółty odchodzi? A – jeszcze kawałek. I mogę wejść na zielony szlak. Będzie odrobinę szybciej. Teoretycznie. Zielony ciągnie mocno do góry, czerwony pozornie dłuższy, ale łagodniej to wzniesienie można pokonać.
Dochodzę do kolejnego rozwidlenia, na mój zielony nachodzi żółty. Chwila, króciutka, namysłu i decyzja – muszę teraz zawrócić. Kilka kroków. Następnie odbijam w moje lewo. Kierunek: Wapienica. Nie Szyndzielnia, jak prowadzi dotychczasowy mój szlak.
Teraz bieg. Da się biec, bo trasa w dół prowadzi. Uważać na kamienie, na korzenie, na nierówności. Stabilnie i ostrożnie stawiać kroki. Nie zamęczyć się na wstępie, ale nie oszczędzać. Sporo kilometrów do pokonania. Nieśmiała myśl liczy na całe 60 kilometrów dzisiaj.
Zbieg trwa 25 minut. Wg opisu z mapy – godzinę piętnaście.
Dobiegam do asfaltu, do szumu. To zapora na Wapienicy. Mapa w ruch, by zorientować się w położeniu. Jeszcze 25 minut – wg mapy – do zejścia szlaków i będę na właściwym miejscu. Teoretycznym punkcie startu.
Łyk wody i bieg. Krótki. Rozwidlenie dróg. Czort kusi i biegnę za tą niemą namową. Okazuje się, że skracam wejście na szlak niebieski: najpierw betonowymi płytami, które doprowadziły do mostka. Nad Wapienicą. I już – niebieski szlak. Oszczędziłam około godziny marszu, czyli teoretycznie pół godziny biegu asfaltem.
Wdrapuję się na górę. Przypominam sobie przebieg tego fragmentu z opisu trasy do BUT 60 http://www.beskidyultratrail.com/index.php/content,801/ – przez Palenicę, Kopany, Przykrą do Błatniej. Tutaj absolutnie nie mam prawa się zgubić. Niebieski szlak wyłącznie. Nigdzie nie zbaczać.
Tak też robię. Z bieganiem niewiele tutaj mam do czynienia. Wspinaczka po kamieniach, wypłukanych wodą ścieżkach. Pewnie korytach potoczków. Nierówno, mało wygodnie. Na całym odcinku chyba czterech kilometrów, tylko kilkaset metrów nadaje się – dla mnie – do biegania. Pierwotna myśl, by przemknąć obok schroniska i dalej podążyć wymazuję z myśli. Żołądek, po pięciu godzinach od ostatniego posiłku, dopomina się o swoje.
Przysiadam zatem na ławeczce, chłodzę ciało, jednocześnie susząc się w promieniach ciepłego słońca. Zjadam kanapkę. Dla pewności czytam jeszcze mapę: zielonym i malutkim odcinkiem czarnego. Do Brennej.
Zbieram się. I biegnę. Sprzyjający teren, trasa biegnie w dół. Po kwadransie wybudzam się z transu, znów wspominając instrukcje z powyżej cytowanej strony: /…/ i w 3/4 długości skręcamy na szlak CZARNY /…/. Uważniej stąpam, przyglądając się, gdzie i kiedy będzie przekierowanie. Liczę na czytelność znakowań. Na żółtym spotkałam dzisiaj znakarzy. Odświeżali znakowanie i – przekornie – gdy ich minęłam, przez dłuższy czas nie było ani jednego znaku na drzewach…
Wymijamy się bezkolizyjnie z turystami, których jest miejscami bardzo dużo. Sprzyja i wakacyjny czas, i weekend, i pogoda. Często zdarza się machnąć ręką, krzyknąć pozdrowienie innym biegaczom.
Wcale szybko się nie przemieszczam. O godz. 12:30 stawiam stopy na głównej drodze Brennej. Tutaj planowałam i zgodnie z tym tak postępuję: idę na jakiś obiad. Zaś koledze, który z Brenną za pan brat posyłam sms ‘Macham pozdrowienia z Brennej spod straży.’ Niemal natychmiast oddzwania: ‘co robisz, gdzie jesteś, biegasz, poczekaj na mnie, potowarzyszę kawałek;.
Nim zjem obiadek przepyszny, kolega już się zjawia. 45minutowa przerwa mija. Zbieramy się. biegniemy. Nie, nie – ja to najchętniej zawiązać sadełko bym się położyła. O biegu nie ma mowy. Ratuje mnie trochę sytuacja, bo dalszy ciąg mojego biegu wiedzie teraz do góry. Kierujemy się zielonym szlakiem na Horzelicę i Stary Groń. Wzniesienie wymusza na mnie marsz, nie bieg. Kolega co rusz zerka na zegarek kontrolując prędkość poruszania się. ‘Takim tempem na BUTcie nie zmieścisz się w limicie czasu’. ‘Jak tu biegam, bywam już tam.’ – prześmiewca z poczuciem humoru motywuje mnie do szybszego poruszania się.
Trasa bardziej płaska, zbiegi. Nie ma zmiłuj. Kolega nie pozwala na lenistwo. Biegniemy. Nim rozstajemy się na rozwidleniu szlaków, u stóp Grabowej, chwila relaksu. Mała przekąska bananowa. Picie. Ciekawa rozmowa z rowerowymi turystami. Wymiana uwag o biegowych butach, odpowiednich na górskie trasy. Zachwalamy Salomony SpeedCross. Mamy je z kolegą na naszych stopach. Już przebiegliśmy liczne kilometry. To już dla mnie druga para, kolega chyba trzecią zabieguje. Sprawdzają się rewelacyjnie.
Koniec gadania. Żegnam się z towarzyszem. Żegnamy się z rowerowcami. I bieg. Aż sama się zdziwiłam, jak mnie nogi same pociągnęły do przodu. Doskonale! Cudnie się biegło! Szybko dotarłam do Przełęczy Salmopolskiej. Krótka orientacja w terenie i kontynuacja. Szlak, nadal czerwony, wprowadza w las. W górę. Malinów i Malinowska Skała do zdobycia.
Jeśli spojrzeć na prędkość mojego przemieszczania – o, lepiej tego nie robić. Żenujące. Jeśli spojrzeć na pokonane odległości – chyba nie mogę narzekać. O ile postrzegać będę dzisiejszą moją wyprawę jako spacer. Zegar wskazuje siódmą godzinę mojego wycieczkowania. Pozwalam sobie na błogi turystyczny marsz. Pozwalam sobie na te przesiadywania. Pozwalam sobie na zejście z trasy, by rozkoszować się jagodami. Ich ilością, ich wielkością. Błogim smakiem. Na trasie bardzo przydatne. Jednocześnie zaspokajają i pragnienie, i głód. Dla mnie mają jeszcze jeden bardzo ważny walor: to skarbnica żelaza. Py-cho-ta! Górskie jagody są takie… Hm – nizinne też nie są złe. Te tutaj jednak zaskakują wielkością i ilością. Krzaczki aż granatowe. Trochę mi żal, że nie mam ani do czego, ani jak – pozbierać. Biegać potem z litrami jagód? Trzeba by pomyśleć i opracować logistykę i strategię: przyjechać tutaj tylko na zbiór jagód.
No – już dość. Czas dalej. Dobiegam i dochodzę do Malinowskiej Skały. Widoki, jakie mam przed sobą, za sobą. Wokół całej siebie – zapierają dech. Widoczność doskonała. Już wcześniej, gdy z kolegą przemierzałam trasę, zwrócił uwagę: tam widać Fatrę, tam to, tam to.
Stąd też rozpoznawalne: te bliższe pasma, te dalsze i te najdalsze. Mnie zachwyca szlak wiodący do samego Skrzycznego. Z Malinowskiej, przy tak dobrej widoczności, której właśnie doświadczam – kolejny cel wydaje się taki… prosty, łatwy, uchwytny. I cudny. Widok dosłownie jak z bajki: dróżka prowadzi w dół i w górę, wije się pomiędzy zielenią góry. Siwa wstążka drogi. Pięknie! Aż szkoda się ruszać.
Właśnie w tym miejscu definitywnie koryguję moje dzisiejsze treningowe plany. Już szesnasta. Kolega, z którym właśnie skończyłam rozmawiać przez telefon poinformował, że do samego Skrzycznego pokonuje tę trasę w 45 minut. Od Przełęczy Salmopolskiej. Wg mapy, ja, z tego miejsca w którym jestem, mam do pokonania 140 m przewyższenia i półtorej godziny. Powinnam biec. Nie, nie da się. Przebiegam tam, gdzie dróżka płasko się wije. Pod nieśmiałe wzniesienie nie mam siły biec. Wspomagam się kijami. Znowu troszeczkę biegu. Marsz. Przerwa. Zdejmuję plecaczek, odkładam kije. W jagodnik. W tę gęstwinę krzaczków obrzuconą granatem jagód. Co za pychotka! Ich ilość i wielkość rozbraja mnie. Kiedy, jak nie dziś? Tracę kolejny kwadrans. Tak trudno oderwać się.
Spamiętuję siebie. Zbieram rzeczy. Marsz, bieg, bieg, Marsz. Bieg. Wspinaczka pod samą górę. Maszt na Skrzycznem. Tablica informacyjna. Zejście do schroniska. Za dużo ludzi. Nie przystaję, nie przysiadam. Na szybko sprawdzam na mapie dalszy ciąg.
Rezygnuję ze wskazówek opisujących trasę BUT60: po kilometrze w stronę Ostrego zbiec drogą leśną. Na czas biegu BUTa, trasa będzie znakowana. Nie będę teraz ryzykowała. Decyduję się bezpośrednio niebieskim szlakiem zbiec do Szczyrku. Próbuję obliczyć czas. Nie potrafię uchwycić, ustalić, wyliczyć pokonanej odległości w kilometrach. Czy mam za sobą przynajmniej 20km? A połowę?
Biegnę, zbiegam. Wijącą się ścieżką, kamienistą, wąziutką, obrośniętą krzaczorami. Przepuszczam rowerzystów-hardcorowców. Przepuszczają mnie wspinający się turyści. Co rusz nad głową suną najpierw gondole, potem ławeczki kolejki linowej. Ktoś macha nogami. Dzieci krzyczą z zachwytu. Ktoś pozdrawia.
Trzydziesta szósta minuta. Stawiam stopy na asfalcie głównej drogi Szczyrku. Tłumy ludzi. Ogrom samochodów na poboczach. Choć już wieczór, upał tutaj, przy asfalcie, wśród zabudowań, bardziej odczuwalny niż tam, w górach.
Posyłam pozdrowienia smsami. Rozmawiam z siostrą, która martwi się, czy zdążę przed nocą do cywilizacji. Zapewniam, że dam radę.
Szukam – zgodnie z kierunkowskazem ‘do pętli szlaków: 15 minut’ – zejścia dalej niebieskim szlakiem.
Rozkojarzam się w tym tłumie, chaosie. Szumie samochodów, czasem ryku klaksonów. Morzu rozmów.
Chwila refleksji. Rozważań, kontroli trasy na mapie. I… I – nie. Nie ma szans. Już nie idę na szlak. Jeśli stąd wyruszę – a jest już godzina dziewiętnasta – to najwcześniej za dwie, trzy godziny dotrę do następnej cywilizacji. KONIEC! Koniec na dzisiaj!
Żal mi. Szkoda.
Odszukuję przystanek autobusowy. Teraz tylko PKS do dyspozycji. Prywatni przewoźnicy za godzinę, półtorej. I gwarancji nie ma, że zatrzymają się i zabiorą pasażerów. Poprzedni bus już od Salmopola jechał zapełniony. W Szczyrku omijali wszystkie przystanki.
Rozmyślam, analizuję, sprawdzam. Pokonałam, okazuje się po ścisłym obliczeniu wg opisów szlaków na mapie, całe 34km. 9 godzin 37 minut. KIEPSKO! Jak na bieg. Jeśli potraktować to jako wycieczkę, jak trening – może być. Pogoda dopisała, widoki przednie, wrażenia moje.
Znów sama myśl kluje się i klaruje w szarych zwojach mózgu: ach góry, moje góry!

Reklamy

2 myśli w temacie “Trening do BUT-a 1.08.2015, 8.45 – 18”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s