IX Wyrypa Beskidzka. 3 -4 – 5 lipca 2015. Zwardoń – Chata na Zagroniu


zdj. Adam Lambert.
zdj. Adam Lambert.

więcej zdjęć w galerii TUTAJ

Jadąc do Zwardonia
Zbliża się trzecia godziny jazdy pociągiem. Dojeżdżamy do celu.
Od kilku już stacji luźniej w środku lokomocji. Właściwie, to pewnie zostali niemal sami Wyrypowicze. Delegacja dwóch ludzi chodzi po pociągu i wyłuskuje ‘swoich’, odhacza na liście obecności. Pobiera ‘wpisowe’. Symboliczne.
Dziewczyna, podobnie jak i niektórzy, przebiera się w wyrypowe ubrania. Wykopała z plecaka butki. Salomony. Najwłaściwsze do wędrówki. Lekkie, z dobrym protektorem.
Yyy…- konsternacja: w Salomonach nie ma wkładek! W adidasach, które zmienia na te – również nie. Tzn. są: wszyte. Nie ma szans, by przełożyć. I? Ku…. Zaklęłaby, ale nie klnie. Wykopuje zatem z plecaka te grubsze trekkingowe skarpety. Może one będą odpowiednie?
Kurna! Jak można tak zapomnieć! Co za gapiostwo!
Ubrane kończyny dolne czują się – na tę chwilę – dobrze. Jak będzie naprawdę – się okaże.

Zwardoń.
Z pociągu wysiada niemały tłum ludzi. Na przyjazd tego pociągu – jak na gwizdek – schodzą się ci, którzy przyjechali tu czym innym i wcześniejszymi pociągami. Robi się tłoczno. Niemniej po ogarnięciu się; ostatnich poprawkach ubioru, plecaka; uregulowaniu wysokości kijków, część Wyrypowiczów może już ruszać. Zostali zweryfikowani w pociągu.
Dochodzi godzina 21, zaczyna się delikatniutka szarówka. Pojedynczo, parami, czwórkami, większymi grupkami – zaczynają maszerować. Charakterystyczni, rozpoznawalni, jakby aurą scaleni. Plecaki, kapelusze, trekkingowy ubiór, kije.
Kierunek – niebieski szlak. Początkowy odcinek nim pierwszych kilka godzin należy iść. Aż połączy się dotychczasowy kolor z czerwonym i pierwszy ważny punkt.
Marsz. Asfaltem, ażurowymi płytami betonowymi, ścieżkami i szlakami. Pogoda łaskawa. Choć ryzyko, że jutro będzie ukrop. Ostatnimi dniami temperatura w ciągu dnia osiąga pewnie 30st. Celsjusza. Przekornie – noce chłodne, zimne wręcz.
Okazuje się w tym marszu, w nocnej części, że ten ziąb to tylko pozory. Dla ruszających się, wspinających , do tego obciążonych plecakami – przeróżnymi: od zwykłych biegowych, minimalizmu sięgających, po te duże, nawet i 60litrowe. Z karimatami i śpiworami przytroczonymi. To rozgrzewa. Wędrówka przyjemna. Tak, tak – nawet z tym ciężarem.
Zgodnie z opisami szlaków z mapy, które często o kilka minut różnią się od czasów pisanych na różach szlaków, sprawnie osiągane są kolejne etapy wędrówki. Sołowy Wierch 848 m.n.p.m., Czadeczka, Przełęcz Rupienka – zejście do 200 m niżej od poprzedniego wzniesienia. Trawersem obejście szczytu Ochodzitej. Przejście przez drogę wojewódzką w sąsiedztwie Koniakowa. Znowu wspinaczka szlakiem górskim. Znowu wzniesienia, wolniejsze tempo, wspomaganie kijkami. Przyspieszone tętno, od czasu do czasu starcie potu ze skroni.
Barania Góra
Ciemno. I – wbrew obawom – w towarzystwie Księżyca w pełnej pełni. W jego blasku. On sam nie wie, jak wielką wartość nadaje Wyrypie. Jakiego nadaje smaku nocnej wędrówce.
Idą wspinając się na dalsze metry. Czas przyjemnie płynie, co godzinę, dwie spowalniany chwilowym przystankiem na łyk wody, przegryzienie moreli, czy batona.
Schronisko na Przysłopie. Dwudziesta trzecia się zbliża. Głupio iść dalej –Wyrypowicze w większości ciągną do Schroniska. Ktoś coś kupuje do wypicia, ktoś inny kupuje wrzątek, jakiś posiłek. Są tacy, którzy tylko wchodzą, na chwilę plecak zrzucają. Rozglądają się wśród będących w środku, przybywających i wychodzących. Ruch spory.
Ruszają dalej. Niebieski szlak łączy się teraz z czerwonym. Wspinaczka o 200 metrów wyżej. Schronisko wybudowane na górze o wysokości około 1000 m.n.p.m. Przed Wyrypowiczami Barania Góra. Dopiero docierając do jej szczytu niektórzy ujrzawszy wieżę jakby rozbudzają się. Otrząsają z siebie strach, że ciężki szlak do przebycia nocnym mrokiem. Przecież to Barania. Nie Babia. Czemu mózg zakodował, że to Babia? Czemu od samego wyjścia ze Zwardonia kołatał się niepokój: idziemy na Babią. Tę samą, u stóp której giną ludzie. Nie. To nie Babia! To Barania.
Nie, nie przysiadają tutaj wszyscy. Nie dają sobie odpoczynku, bo siły nie zostały wyczerpane. Bo relaks był godzinę temu.
Za Baranią, po dojściu Magurki Wiślańskiej, zgodnie z biegiem czerwonego szlaku skręcają Wyrypowicze w prawo. Teraz plastyczniej przedstawia się obraz oglądającym się w tył: ciemność nocy, zalesionych stoków – i te ogniki. To pojedyncze. To kilka punkcików ciągnących rządkiem. Albo zbite malutkie grupki światełek. Ze dwa dłuższe sznury błyszczących gwiazdek. Nie – nie na nieba skłonie, ciemnym, nocnym, ogromną kulą metalicznego różu i żółci księżyca w pełni rozjaśniane. To pomiędzy jodłami i świerkami gór – ludzie. Nocni Wyrypowicze. Wytrwale depczący kolejne kroczki do przodu, przed siebie. Zdobywając następne odległości gór, kotlin, hal. Przyświecają sobie szlak czołówkami.
Dodatkowych wrażeń dodają spóźnione świetliki latające tuż przy ziemi, przy trawie. Co za widok!
Węgierska Górka
Teraz pasmem Magurki Wiślańskiej i Radziechowskiej, przez szczyt Glinnego Wyrypowicze podążają czerwonym szlakiem do Węgierskiej Górki. Świt wita ich w połowie tego 12kilometrowego szlaku. Ptaszki najpierw nieśmiało, by co raz odważniej i żywiej – ćwierkają, kląskają, śpiewają. Uprzyjemniają wędrowcom Wyrypę, budząc niektórych znużonych, usypiających, już trochę umęczonych.
Na zejściach – tam, gdzie szlak w dół ciągnie i w dół co raz bardziej i bardziej – chciałoby się biec! Nawet z tym dużym plecakiem, z kijami w rękach. Jest kilku takich, którzy tę Wyrypę zaplanowali całą przebiec. Zabrali ze sobą najmniejszą ilość koniecznego wyposażenia. Dziewczyna, która przemierza trasę w Salomonach bez wkładek dochodzi do wniosku, że dalej tak się nie da. Oszczędza stopy, które co raz bardziej cierpią, choć trasa sama aż woła o biegnięcie.
Do Węgierskiej Górki docierają po godzinie piątej rano. Trzeba znaleźć stację benzynową. Sklepy jeszcze pozamykane. Nie kupią zbyt wiele świeżego dobrego pieczywa, za to będą delektować się pyszną, porządną kawą bądź gorącą czekoladą. Równie smaczną.
Zaopatrzywszy się w co kto potrzebuje, rozsiadają się w okolicznych miejscach: to na krawężniku parkingu, to na trawniku. Ktoś wypatrzył gdzieś dalej ławeczkę. Zjeść jakieś konkrety. Ożywić umysł i ciało gorącym napojem. Zmienić co trzeba w odzieniu. Zamienić niewygodne – niestety, bez wkładek niewygodne – Salomony na adidasy. Ech! W góry, takie obuwie? Z tak słabym protektorem. Wyjścia nie ma. Chcąc dojść do celu – rozważa dziewczyna – praktyczniej będzie w adidasach, niż odparzających stopy butach. Ooo- co za błogość! Jakaż przyjemność dla stóp: świeże skarpetki, wygodne buty. Do przyjemności dołączone odświeżenie w toalecie na stacji paliw. Jeszcze nakremować twarz, uszy, ręce. Upał będzie. Nie pozwolić na oparzenia. Czapeczka obowiązkowa.
Ruszają. Dziewczyna, idąca dotychczas sama z sobą, spotkała tutaj kolegę-biegacza. Miał być już na półmetku. Miał plan, by całość – 100 km – do późnego popołudnia ‘łyknąć’. Na noc wrócić do domu.
Teraz weryfikuje plany. Pęknięty bukłak spowolnił jego przemieszczanie się. Chłopak decyduje o ukończeniu tegorocznej Wyrypy na 50 kilometrze w Chacie na Zagroniu. I wraca do domu.
Hala na Rysiance. Schronisko.
Podążają teraz razem. Przyjemnie w towarzystwie żwawo wędrującego kolegi. Od czasu do czasu spogląda on na urządzenie, w które wgrał ślad GPS trasy.
 Abrahamów przed nami. – mówi.
 Nie – oponuje dziewczyna – Abrahamów był z Baraniej.
Dopiero po chwili, spojrzawszy na mapę, dziewczyna przyznaje rację koledze. Pomyliła pasma. Zapamiętała obraz z tyle razy przeglądanej mapy: długi, brązowy napis ciągnący się wzdłuż oznakowanego czerwonego szlaku. Na tegorocznej Wyrypie Abrahamów ciągnie od Węgierskiej. W stronę Hali Rysianki.
Wędrówka tych dwojga, którzy podążają dobrym, szybkim tempem, przebiega płynnie. 17,5 kilometra, wspinaczka – sprawnie im dosłownie ‘idzie’. Rozmowy, wspomnienia, opowieści z przebytych tras górskich na biegowych treningach.
Przyświecające słońce, rozbudzony dzień. Poranek taki piękny. Co któryś kilometr istotniejsze wzniesienie – chwila postoju na łyk wody. Na małą przekąskę: baton, suszone owoce. Dodać sobie energii. Czuwać nad równowagą sił: wyczerpać i odżywić.
W którymś zacienionym miejscu na szlaku przysiadają przy uroczym potoczku. Szumi kaskadą wody spływającą po uformowanych skałkach. Troszkę dłuższa przerwa. Delektowanie się widokami, wodą. Trwającą chwilą. Dalszy marsz. Wychodzą z zalesionego szlaku na Halę Pawlusią. Słońce przygrzewa. Przed nimi wspinaczka na Rysiankę. Właściwie w jej okolice – bo idą do Schroniska. Jednogłośnie stwierdzają, że trochę bez sensu poprowadzona trasa dla całej, stu kilometrowej Wyrypy: wejść na Rysiankę, by zejść z niej właśnie tutaj, do tego punktu, gdzie przystanęli. Gdzie schodzą się żółty z dotychczas przemierzanym czerwonym szlakiem.
Argumentem za takim poprowadzeniem setki jest dogodne miejsce w Schronisku na wypoczynek, gorący posiłek. Jak się okaże później, dla zbyt szybkich było to tylko zaliczenie tych dwóch kilometrów. Tyle wynosi ten odcinek tam i z powrotem.
Dwójka piechurów podobnie jak inni Wyrypowicze – idzie na śniadanie. Już planują co kupią do zjedzenia. Już marzą o relaksie. Dłuższym, innym: siedząc przy stoliku, nie na skarpie, trawie czy jakimś drzewie powalonym.
W schronisku trochę ludzi. Starszy pan opowiada grupce zainteresowanych poprzednie swoje wyprawy. Inni rozmawiają w swoim gronie. Zdarzają się samotnicy. Wyrypowicze jednak ‘wyłapują’ siebie. Jakiś fluid nakierowuje ‘swoich’. Wymiana opinii o dotychczasowej trasie. Dzielenie się wrażeniami. Opowiadanie i spekulowanie o tym, co przed ‘setkowiczami’.
Przy gorącym żurku, pomidorowej, innym dobrym jedzeniem. Przy zimnym piwie, kawie, herbacie.
Rozdział szlaków: 50 i 100. Kilometrów.
I… Rozstawanie się. Tych, którzy szli razem, a teraz rozłączają ich szlaki. Do Chaty na Zagroniu pójdą ci, którzy kończą Wyrypę na 50 kilometrze. Kierują się od Rysianki żółtym szlakiem przez Hale: Lipowską, Bieguńską, Gawłowską, Bacmańską, Redykalną. Przed nimi 7,4 km. Według mapy – około 2 godziny marszu. Wspinaczka i zejście na Lipowski, Boraczy i Redykalny Wierch. Skierowanie się przez Zapolankę do Chaty.
Ci, którzy decydują się na całość wracają jeden kilometr żółtym szlakiem, by odbić na Romankę. Przygotowani jeszcze w schronisku: umyci, nakremowani, w czapeczkach. Słońce co raz wyżej. Trochę obaw, by gorąc nie był dokuczliwy. By słońce nie przypiekło. Niektórzy nawet zakładają, że w sytuacji ekstremalnego upału, prześpią go.
Choć przewyższenie od schroniska do Magurki sięga ponad 200 metrów, wypoczęci, nasyceni Wyrypowicze pokonują wzniesienia rześko, raźnie. Zaskakują samych siebie, gdy ‘to już’ – i żółty szlak przechodzi w niebieski. Prowadząc na Kotarnicę. Następnie czarnym do Sopotni, do Wodospadu.
Zejście do wsi – jak często zdarza się na tym szlaku – w ostatnim jego fragmencie z nutką niepokoju. Oznakowanie zagubione. Nie dopatrzone, czy nieodpowiednio poprowadzone? W każdym razie m.in. dziewczyna, która przemieszcza się w adidasach schodzi do centrum nie na wodospad. Jakoś obok. Nie zawraca jednak. Nie chce tracić czasu.
Rysiankę osiągnęła w dwunastej godzinie od wymarszu. Zgodnie z wyliczeniami, z mapami, z oznakowaniami – do przejścia co prawda ‘tylko’ jeszcze drugie tyle co do schroniska, ale dłużej. W sumie cała trasa miałaby zająć około 33 godzin. Dwadzieścia jeden godzin przed nią.
Skrzydeł dodało jej spotkanie na żółtym szlaku, jeszcze przed Romanką, dwojga staruszków dziarsko przemierzających trasę w przeciwnym kierunku. Ich dobre, jakże budujące słowa dodały otuchy. Wiary w człowieka, w sens wszystkiego. Kilka wymienionych zdań, a dusza napełniła się czymś ulotnym, nieuchwytnym a dobrym. Przyjemnym.
Tak dotarła samotnie do Sopotni. Nikogo z Wyrypowiczów nie minąwszy. Przez żadnego z nich nie wyprzedzona. Zeszła do sklepu. Co tutaj? Kefir, lody. Kalorie. Energia. I schłodzenie.
Rozsiadła się pod zadaszeniem przystanku autobusowego. Dała oddech stopom, zdejmując dzielnie sprawujące się adidasy. Zajadając się przysmakami, rozglądała się wokół. Napawała widokiem, aurą. Rozplanowywała dalszy etap marszu. Uda się przed późną nocą? Przed ciemnym mrokiem?
Do tej pory cały czas była trzy godziny przed czasem wyliczonym z oznakowani szlaków na mapie. Zatem przed zmrokiem nie, ale do północy, kto wie? Może, może?
W zasięg wzroku wchodzi chłopaczek. Buty trekkingowe, plecak.
 Wyrypa? – zagaduje dziewczyna.
 Tak. Skąd wiedziałaś?
 Instynkt Wyrypiarza – śmieje się dziewczyna. Skąd mogła wiedzieć? Albo Wyrypiarz, albo nie.
Chłopak opowiada, że siedział pod wodospadem ponad godzinę. Dopytuje, czy dziewczyna tam była. Opowiadają dotychczasową trasę. Wrażenia, doświadczenia. Mają podobne zdanie o zejściu do Rysianki. To m.in. i jemu nie udało się tam załapać na gorący posiłek. Był tam przed godziną siódmą. Jedyną korzyścią było zaopatrzenie się w wodę. Kuchnia jeszcze nie czynna była.
Chłopak opowiada o prędkości swojego poruszania się. Jest imponujące. Przypłacił to jednak usterkami ciała: nabawił się bąbla na pięcie, urazu w łydce. Później się okaże, że również odparzeniem stóp. Co znacznie opóźni dalszy marsz.
Czyżby znowu kłaniała się rozwaga? Wolno, znaczy szybciej?
Po wypoczynku trwającym kilkadziesiąt minut – dla dziewczyny, prawie dwie godziny – dla chłopaka, decydują na dalszą wspólną wędrówkę. Dziewczyna boi się, że może trafić na źle znakowane trasy.
Ech, te obawy! Takie niepotrzebne! Dlaczego lęgną się w jej głowie? Co je podpowiada?
Hala Miziowa
Wyruszają. Gubią się, niepotrzebnie z rozpędu idąc. Dziewczyna zdała się na chłopaka, chłopak nie dopatrzył. Wspinali się niepotrzebnie kilometr. Do tego asfaltem. W upał. Wracają do punktu wyjścia. Przyglądają znakowaniom. Czytają mapę. Dopytują. W końcu wypatrują swój kierunek. Po kolejnym kilometrze czy może mniej asfaltem, drogami między zabudowaniami, wchodzą w szlak w polach, między drzewami ciągnący. Od razu lepiej dla oddechu, dla ciała. Od razu z każdym krokiem chłodniej i przyjemniej, pomimo intensywniej grzejącego słońca. Doszedłszy przez Przełęcz Łabysówki do Przełęczy Przysłop, skręcają w czarny szlak. Przez kolejne Hale: Uszczawne, Malorka, wspinają się na szczyt Uszczawnego. Dziewczyna opowiada o zdradzieckich tutaj, przynajmniej dla niej, rozwidleniach. O braku ciągłości znakowania. O niepewności na tej trasie, gdy poprzednimi latami Wyrypa tędy również prowadziła. Wypadało jednego roku przejść tędy ciemną głęboką nocą. Na wyczucie obrać właściwy kierunek marszu, by dotrzeć do celu, którym wówczas była baza namiotowa SKPB na Hali Górowej. Teraz dwoje wędrowców instynktownie właściwe ścieżki obiera. Czasem dziewczyna żartuje, gdy chłopak pewnie stawia na tę ścieżkę, a nie tamtą i inną, że w razie odwrotu będzie ją niósł. Bez przygód i niepotrzebnego kluczenia docierają do schroniska na Hali Miziowej.
Tempo marszu spada. Odparzone stopy, uraz w łydce chłopaka wymuszają zwolnienie.
Chłopak idzie poleżeć na trawę, schłodzić stopy w potoczku. Dziewczyna podąża do schroniska, by przypomniawszy sobie ubiegłoroczne doświadczenia z serwowanym żurkiem tutaj, zrezygnować z gorącego posiłku. Wykorzystuje udostępniony kącik kuchenny, gdzie parzy kawę. Uzupełnia cudownie lodowatą, źródlaną wodą zapasy na drogę.
Spotykają się z chłopakiem przy stoliku. Kiedy on decyduje się na konkretny posiłek, sugeruje mu wszędzie, tylko nie w schronisku kupowanie. Wybór jest – w knajpce obok. Skąd jakiż przyjemny zapach wiatr niesie: wewnątrz, w budynku, palenisko, nad którym gospodarz przygotowuje przeróżne wymyślne posiłki dla turystów.
Marudzą tutaj ponad pół godziny. Odświeżenie, kremowanie. Próba rozpoznania ‘swoich’, Wyrypiarzy. Chyba tylko oni tutaj są z tej grupy. Choć jest dość gwarno, ludno – nie wypatrują nikogo, kto pasowałby na Wyrypiarza.
Chłopak, po konsultacji telefonicznej ze znajomymi, decyduje się zażyć środek przeciwbólowy. Tak bardzo doskwiera mu łydka.
Ruszają.
Krawców Wierch.
Rozmawiają, opowiadają. Wyszukują wejścia na czerwony szlak. Dziewczyna pamięta pierwszą swoją Wyrypę sprzed kilku lat, kiedy będąc pod opieką kolegi, błąkali się tutaj. W końcu narciarskim szlakiem schodzili wtedy do schroniska. Ona sama w kolejnych latach samotnie tutaj przechodziła, podobnie jak dziś irytując się. Na tej hali wyjątkowo traci orientację. Za każdym razem.
Zdaje się zatem na instynkt i obeznanie z terenem chłopaka. On tutejszy. Opowiadał, że schodził te trasy nie raz już. Drepczą po trawie, starają się omijać bagniste, podstępne miejsca przemieszczając się pomarańczowym – czyli narciarskim – szlakiem. Po chwilach delikatnego zwątpienia, w końcu wypatrują w oddali na drzewie czerwony szlak. Teraz już ‘bułka z masłem’. Choć dziewczyna nadal zdezorientowana. W rozmowie z chłopakiem, określając kierunek tego marszu, a wspominając poprzednie lata, w końcu rezygnuje z prób określenia gdzie są, dokąd idą, jak szło się na Głuchaczki.
Teraz idą na Krawców. I to teraz jest istotne. Przeszłość była, minęła. Tamte wątpliwości n nie są ważne w chwili tego marszu.
Granicznym szlakiem, który najpierw czerwono znakowany, potem tylko niebiesko, idą rozmawiając. Dziewczyna, doświadczona latami poprzednimi, już przygotowała się psychicznie na długą, ciągnącą się i nużącą wędrówkę. W końcu dotrą do słupka z oznakowaniem ‘Hrubá Bučina’, pewnie wcześniej ‘Mútňanske sedlo’ . Czy nie można ustawić kolejnego słupka bądź dopiąć tabliczkę z polskim napisem ‘Przełęcz Bory Orawskie’? Wszak, choć to i polski szlak, więcej znakowań i kierunkowskazów na słowackie trasy.
By nie było zbyt nudno – atrakcją na trasie okazują się ‘dawcy narządów’. Dwóch – jak inaczej nazwać, jak nie wariatów? Bez urazy! – motocyklistów z impetem zjeżdża z wysokich wzniesień i równie szybko wjeżdża. Na niemal 12 kilometrowym odcinku granicznym dwa razy mijają się z tymi szaleńcami.
Zalesiony obszar, sinusoidalnie prowadząca trasa, w niewielu miejscach odsłonięta – pozwala doskonale pokonywać południowe godziny upału. Tutaj znośny. Przyjemny.
W końcu jest: słup, tabliczka na jego szczycie ‘Hrubá Bučina’, ochroniona okrągłym daszkiem. I kilka wskaźników na rozejście szlaków. Słowackich i po słowacku. Pozostaje cierpliwie dreptać tym granicznym szlakiem jeszcze dwa kilometry, by odnaleźć wskazówki zejścia na żółty szlak. Docierają tam 20minut od ostatniego punktu orientacyjnego. Znakowanie wzorowe! Wbrew temu co na mapie, gdzie nie ma zachowanego płynnego przejścia z jednego na drugi szlak. Jest dobrze!
Słońce tak przyjemnie grzeje. Ptaki, tutaj, na tych wysokościach, choć one nie takie ekstremalne, stale towarzyszą wędrowcom przyśpiewując i radością napawając. Wyjście z zacienionego, osłoniętego wysokimi drzewami szlaku na polanę, przez którą ciągnie szlak znów, pomimo tego piekącego słońca, przyjemne dla duszy i ciała. Uśmiechają się myśli i oczy na pasące się nieopodal duże stado owiec.
Dochodzą do Schroniska. Decydują się na kolejną przerwę w marszu. Chłopak koniecznie musi zażyć następną dawkę przeciwbólowego leku. Musi dać odetchnąć stopom. Musi odpocząć. Dziewczyna chętnie szłaby dalej, by w miarę jak najszybciej pokonać dzielący do celu dystans. Jest jeszcze piąta część całości do pokonania. 20kilometrów. Sześć i pół godziny. Według danych z mapy. Jest godzina – dziewczyna zerka na zegarek, sprawdza na stoperze ilość godzina, które za nią. Godzina 18:30. Ciągle jest zapas czasowy: plus dwie godziny. Ciągle są szanse, by do północy dojść do celu.
Rozmyślania na bok. Dziewczyna otrząsa rozważania. Zdecydowała się iść z chłopakiem, będą szli wspólnym tempem. Idą do środka schroniska. Decydują się gotowany posiłek – kapuśniak tym razem. Rozmawiając z przemiła panią obsługującą za okienkiem, otrzymują wrzątek. Bez problemu. Bez płacenia. Dogadują się, że to Wyrypa, że już pewnie ktoś był i zapewne wielu jeszcze tutaj zawita. Pani zapewnia, że na pewno przyjmą kolejnych. Nawet późną nocą. W końcu śpi tutaj na miejscu.
Wyrypowicze odbierają zupki, wychodzą przed schronisko. Słoneczko intensywnie przygrzewa. Zasiadają w miarę ocienionym miejscu. Jedzą, sprawdzają na mapie kolejne fragmenty. Delektują się aurą, atmosferą. Wsłuchują w brzęk blaszanych dzwonków dochodzących z polanki nieopodal. Pasie się tam stadko owiec, u szyi których pewnie uwieszone te .
Turyści, których tutaj kilkoro, relaksują się na trawie, przy ławeczkach – tych z bali.
Nie wypatrując innych ‘swoich’, zrelaksowani, odżywieni, orzeźwieni gorącą kawą – wędrowcy Wyrypowicze zbierają się. Komu w drogę… Żółty szlak. 3,2 km. Górskim szlakiem idą co rusz zwalniając. Łydka z usterką nie pozwala chłopakowi przyspieszać. Do wsi Glinka docierają po godzinie 20. Topi się zapas czasu.
Glinka, Soblówka
Trasa wiodąca do wsi Glinka urokliwa, ciekawa, pociągająca. Intrygujące usytuowanie – jak z resztą wszystkich innych w górach – drogi krzyżowej. Od samego schroniska Krawców Wierch, do stóp szlaku u podnóża wsi Glinka. Oj, jest to prawdziwa droga krzyżowa. Dla pielgrzyma wspinanie się tymi kamienistymi, szutrowymi, miejscami ubłoconymi dróżkami. I ten ostatni – dla tych dwojga przemierzających Wyrypę – a pierwszy dla krzyżowców etap: ażurowymi, betonowymi płytami. W górę i górę ciągnący. To jest droga krzyżowa!
Wyszli na asfaltową drogę. Dziewczyna sugeruje, by przysiąść w dogodnym miejscu, pospać z godzinę – może noga trochę odetchnie? Pozwoli potem iść szybciej? Chłopak oponuje. Idźmy, idźmy.
Nic to. Byle iść. Krok za krokiem – będą pokonywać każdy odcinek. Byle do przodu. Nie rezygnować.
Z kilometr wędrówka wiedzie między domostwami, asfaltem. Do następnej wsi – Soblówki – to niewielkim wzniesieniem, to małym spadem wędrują. Subtelnie, delikatnie dzień chyli się ku zmrokowi. Stopił się czas, który mieli jeszcze Rycerzowej w zapasie. Nadal pogodnie, niedeszczowo.
Z samej Soblówki wychodzą już po godzinie 21. Żółtym szlakiem znów asfaltem, by po kilometrze odnaleźć wśród drzew, na jednym z pni wyraźnie oznakowane zejście: w prawo. W gęstwinę. Przez potok, po mostku z pół-bali. Przejście tych kilkudziesięciu metrów jak wejście w drugą rzeczywistość: chwilę temu jeszcze szarówka, a tu ponuro, ciemno. Tak szybko mrok zapadł. Wspięli się z mostku w górę kroków niemało. Kolejne zwątpienie: rozwidla się droga – tak szeroko poprowadzone tutaj szlaki. Która z nich to szlak?
Hala Rycerzowa, Muńcuł
Wybierają najpierw tę w lewo skręcającą. To niemal autostrada – tak szeroka ta droga. Rozjeżdżona leśnymi samochodami zrywkowymi. Znakowania nie ma. Powrót. W prawo teraz. Kolejne metry w górę i kolejna wątpliwość. Nie ma znaków! Gdzie jest szlak?
Wracają do punktu wyjścia. Wyjmują czołówki. Rozświetlają, szukają. Nie ma. Nic nie ma . Żadnego znakowania. Decydują o marszu tą szeroką drogą.
Mrok rozjaśniany czołówkami nocne strachy przedstawia. Mijają z prawej strony dawno temu wyrwane drzewo, którego korzenie obmyte i osuszone z gliny i ziemi. Teraz jakby kostuchę przedstawiają. Brrr – otrząsa się dziewczyna, wskazawszy wcześniej chłopakowi wypatrzonego stracha. Podobne jak ona zidentyfikował zjawisko. Wspinając się wyżej wypatrują fosforyzujące oczy leśnego zwierza. Pierwsza myśl: kot. Próbują spłoszyć czworonoga, by czasem nie przyszło mu do głowy na nich się rzucić. Zwierzak majestatycznym, powolnym krokiem ruszył się, spojrzał pogardliwie na intruzów. Poszedł – w ciemności rozświetlanej czołówkami wydawało się, że na półkę wyżej. I szedł, szedł. W przeciwnym do wędrowców kierunku.
Strach pozostał. Ciemność wielka. Księżyca nie widać. I znakowania również. Po kilkuset metrach dziewczyna wypatrzyła na jednym z drzew zamalowany na szaro, czyli ‘zdjęty’?, szlak. Wskazała to towarzyszowi. Co kilka drzew, kilkadziesiąt metrów powtarzały się.
Gdzież zatem? Którędy trzeba było iść? Dlaczego skierowanie było w tę stronę?
Postanowili nie zawracać. Chłopak uważa, i to werbalizuje, że to pasmo górskie, które mają po lewej swojej stronie, to pasmo Muńcoła. Ich pośredni cel. Idą cały czas tą drogą, co kilka metrów, potwierdzają znakowanie szlaku tym zatartym, zamalowanym znakowaniem. O – jest coś: pomiędzy gałęziami upiornych, w tej ciemności tylko tak rozpoznawanych, gałęzi – prześwituje coś. To domostwo, w którego oknach zapalone światło. Dochodzą pod jego płot. Dziewczyna wyciąga mapę, próbuje wyczytać, określić ich położenie.
Chwilę później z domostwa podchodzi gospodarz. Witają się, pytają o dojście na Muńcuł. Co się okazuje? Mapę wędrowcy mają z rocznika 2012, a rok temu zlikwidowano przejście żółtego. Dobrze szli. Gospodarz podpowiada jak dojść do odcinka, który znakowany. Sugeruje, że podprowadzi, bo wskazuje na nieprzeniknione chaszcze, że tędy droga.
Brrr – otrząsa się dziewczyna. Oblatuje ją strach. Nie myśleć! Iść. Do przodu.
Jak samodzielnie w taką ciemność nocy pokonywać ten odcinek? Ale nie jest sama.
Ruszają, przedzierając się przez długie, chłodne trawska. Oganiają się od napastliwych, nachalnych much, krążących wokół głów, twarzy. Obrzydliwość. W końcu – jest, jest! Żółty, wyraźny, konkretny szlak. Nie zamalowany. Doszli do właściwego tropu. Jak mieli do tego miejsca dojść? Czy to skierowanie z drzewa, które kazało skręcić w prawo – również miało być zamalowane? Prawidłowo trzeba było iść dalej główną drogą i z niej byłoby kolejne skierowanie na szlak?
Nie wiedzą. I nie zweryfikują tego teraz. Teraz –iść, iść do przodu, co celu. Pokonać tę ciemność, strach, niepewność. I słabości organizmu. Wytrzymać i dojść.
W którymś momencie, po długich minutach wspinaczki, pokonywania wzniesień, oganiania się od much-utrapieńców, docierają do rozwidlenia szlaków. Schodzą na zielony. Trasa jakby ‘jaśniejsza’, bo mniej zarośnięta. Dotrzeć do Muńcoła. Idą i idą. Zwalniają, bo łydka, bo stopy. Co za…!
Namawiany chłopak na godzinę, dwie drzemki, wypoczynku – odgania tę sugestię, jak te natrętne muchy. ‘Jak siądę, to już nie wstanę.’ Choć krótkie przerwy aplikują: na łyknięcie wody, przegryzienie batona czy suszonych owoców.
Zielony szlak okazuje się przekleństwem tegorocznej Wyrypy. Dziewczyna głośno wypowiada myśli, które już wcześniej skrystalizowały się. Pierwsza pięćdziesiątka była łatwiutka. Prosta, pozornie. Szybka do przejścia. Zarówno i dla tego, że organizm jeszcze nie zmęczony, świeży. Jak i ze względu na ukształtowanie terenu tamtym fragmentem Wyrypy. Druga pięćdziesiątka jest ciężka.
Idą. Wiertalówka, Przełęcz Kotarz, Kotarz. To na mapie. Gdzie są właściwie – nie wiedzą. Bo mało co znakowano. Chyba na przełęczy był wskaźnik. Chyba.
Ujsoły
Odrobinę dłuższa przerwa: wymieniają baterie w co raz słabiej świecących czołówkach. Gdy ruszają, chłopak wskazuje na horyzont, na coś przed nimi: widzisz, mówi, tam… – ? I wskazuje na coś, kogoś, gdzieś. Nie, dziewczyna nic nie widzi. Ale budzi to dodatkowy lęk. Kolejną porcją strachu umysł zostaje nakarmiony. Nic nie wypatruj – mówi do niego. Idziemy.
Podejście mocne pod górę. Czy to wejściem na szczyt Muńcoła? Czy ten słupek przed kępą iglastych drzew – to szczyt Muńcoła? A może to kolejne, za następnych dziesięć minut wejście na kolejne wzniesie, i znowu słupek, podobnie jak tamten – bez znakowania. Od tego miejsca szlak wiedzie w dół, by nagle znowu trasa wznosiła się w górę. Wydawałoby się, że do Ujsoł zejście będzie w dół. Ciągle w dół – a tu? Nie, nic takiego. To w górę, to w dół. I znów trawskami długimi, krzaczorami. Podstępnymi kamieniami, na których ślizgają się buty.
To tutaj, na tym odcinku, jedynie tu!, dziewczyna stwierdza, że te adidaski, które w ogóle uratowały ją na Wyrypie, nie są odpowiednim obuwiem. Zbyt słaby mają protektor. Ale idzie do przodu i do przodu. Sama siebie karci, by wolniej, spokojniej iść. Chłopak jeszcze bardziej odczuwa ból nogi. Dostosować się!
Już słyszą odgłosy wioski. Muzykę głośno odtwarzaną: zabawa, wesele? Szczekanie psów. Szum samochodów. Ale ścieżka szlaku nie schodzi nagle w dół. Nie wyłania przed nimi zabudowań. Szlak znowu skręca w prawo, w lewo. Wije się. Czasem znowu w górę każe wędrować. Przeklęty ten odcinek.
Iść. Iść. Nie wątpić. Dojdziemy.
I tak jest – w końcu schodzą na szerszą dróżkę, na asfalt. Jest. Są Ujsoły.
Chłopak wyczerpany. Przysiadają na krawężniku. Piją. Kolejna propozycja: prześpijmy godzinkę tu gdzieś. Daj nogom wytchnienie. – to próba namówienia chłopaka na dłuższy relaks. I kolejna odpowiedź: nie.
Zwierz ma straszne oczy. Znaczy: strach.
Po kilkunastu minutach odpoczynku idą na podbój celu. Znaleźć wejście na czarny szlak. Dotrzeć do Kręcichwostów. Druga trzydzieści na zegarze.
Znakowanie czarnego szlaku wyprowadza najpierw asfaltem. By nagle zmusić wspinać się znowu trawskiem obrośniętym szlakiem. Ulgę przynosi każde kolejne drzewo, choć co kilkadziesiąt metrów rozmieszczone, ale ze znakowaniem. Idziemy prawidłowo. Wspinamy się tym pozornie niepewnym szlakiem dobrze.
Kolejne rozterki przy rozejściu szlaku, gdy kończy się łąka. W lewo? W prawo teraz? Chłopak wyczerpany przysiada na skraju lasu. Dziewczyna, z duszą na ramieniu, szuka znakowania w ciemności drzew, młodnika, brzeziny. Gdzież to znakowanie? Gdzie iść? Rozważa, rozgląda się i boi. W końcu – jest. Jest! Zawraca po kolegę. Ponownie wspina się, już z nim, do góry.
Po kwadransie wychodzą na polankę. Przed nimi na drzewie jakże wyraźne znakowanie. Teraz w lewo. Czarny szlak. Za drzewem majaczy zagroda. Skręcają w lewo. Kilka drzew. Kępa trawsk i innych chaszczy. I … – przystają nagle oboje. Przed nimi, tylko 8-12 metrów przed nimi, w świetle latarek fosforyzują oczyska zwierza. Wielgachnego. Wyraźnie nie widać okrągły łeb, wielkie cielsko. Wyraźnie widać zarys. Nie rozpoznają, co to za zwierzę. Psiak pasterski? Wilk? – nie potrafią dopasować widzianej fizjonomii. Majaczącej sylwetki. Zbyt słabe światło czołówek. Co to jest?
Wystraszeni, cofają się. Wracają do drzewa, na którym tak wyraźna strzałka. Kurna! Ewidentnie na ich szlaku zwierzak.
Czy to rzeczywiście pies pasterski? Pilnuje zwierzyny, która w zagrodzie? To sugeruje chłopak. Mówi, że czuje zapach kóz i owiec.
Chwilę później znów idą – może poszedł sobie? I znowu jakby odbicie do ściany: on tam stoi! Jak stał. Nie ruszył się! Dziewczyna próbuje symulowanym kaszlem, wołaniem, obijaniem kijka o kijek spłoszyć. Nic to nie daje! Nieporuszony wielki okrągły łeb, wielkie cielsko. I żadnego dźwięku.
Znowu wracają. Strach narasta. Chłopak sugeruje, że wyciągnie nóż. A może do zagrody wejdźmy? – mówi.
Do zagrody? – dopytuje z niedowierzaniem dziewczyna na to, co usłyszała – Czy myślisz – mówi do niego – że jeśli to pasterski pies, a w zagrodzie jego pilnowana zwierzyna, my długo w tej zagrodzie pobędziemy?
Cóż, burza mózgów.
Wiesz co. – wymyśla dalej chłopak. – To niedźwiedź.
Niedźwiedź? Czemu nie czujemy jego zapachu? – dopytuje dziewczyna. Bo tak wyobraża sobie rozpoznanie tego czworonożnego ssaka. A jeśli to niedźwiedź… – myśli dalej i to mówi – To… Nie mamy szans. Gdzie uciekniemy? Nie mamy szans. Niech nas zeżre. – Uśmiechają się.
Co to może być? Nie sarna, nie jeleń. Te mają węższy pysk. To coś ogromnego. Jaki czworonóg ma tak szeroko rozstawione oczy?
Dziewczyna wpada na diabelski pomysł. Bo co robić? Wyciąga komórkę, wyszukuje nr telefonu do chłopaka, który w pociągu odhaczał Wyrypiarzy. Podał ten numer, by ‘w razie co’. Dziewczyna uznaje, że właśnie nastało. Szkoda jej rozmówcy: jej zegarek pokazuje godzinę trzecią.
 Halo – rozespany głos z drugiej strony.
 Halo, cześć. – przedstawia się Wyrypowiczka z imienia i nazwiska – Przepraszam, ale jesteśmy… Jesteśmy na czarnym szlaku. Idziemy od Ujsoł. Wyszliśmy na jakąś zagrodę. wyszliśmy na drzewo, na którym drzewo, a na nim strzałka. Że w lewo mamy iść czarnym szlakiem. Tylko… , tylko jakieś wielgachne zwierzę tutaj.
 Jesteście już blisko. – odpowiada rozmówca –Wyjdźcie na drogę, zaraz potem będzie zejście na żółty szlak do Chaty.
 Gdzie ta droga? I ten zwierz. Czy jest tu jakieś gospodarstwo? Czy jest możliwość, byśmy weszli do jakiegoś domu? – dziewczyna nie wie, jak określić sytuację, w jakiej się znaleźli, jak obejść zwierza. – Czy ktoś przychodził, zgłaszał, że coś wielkiego czworonożnego tutaj… ?
 Wiesz co – odpowiada chłopak z telefonu – zaraz zapytam, przed chwilą przyszło kilku ludzi. Oddzwonię.
Rozłączają się. Dziewczyna mówi chłopakowi, że specjalnie głośno się wypowiadał. Może zwierzak w końcu się spłoszy? Opowiada, co ustaliła z rozmówcą. I zbiera się, by zobaczyć, co zwierzak postanowił. Kurczę – stoi tam nadal! Niedźwiedź? Czy zaraz tu podejdzie? Czemu do tej pory tego nie zrobił?
Siedzą, dumają. Czekają. Telefon dzwoni. Ci co przyszli też tu byli – to… krowa. Obejdźcie, mówi rozmówca przez telefon, ją przez las. Wyjdźcie na drogę i zapraszam do Chaty.
Rozmowa zakończona. Śmiać się? Koleżanka przekazuje chłopakowi wieści. Krowa… I to oto odpowiedź na tę szerokość rozstawienia oczu. Ale i drugie rozważanie: skoro ‘dopieroco’ ktoś przyszedł do Chatki, to znaczy, że deptaliśmy komuś po piętach.
 Widzisz – przypomina chłopak – a mówiłem, że coś widziałem, jak schodziliśmy z Muńcoła?
 No…, tak, ale nie powiedziałeś, że widzisz światełka.
Do celu. Chata na Zagroniu.
Zbierają plecaki. Ruszają pewnie i odważnie. Od razu wchodzą w gęstwinę drzew. Jak na złość tutaj samosiejki świerki. Część suchymi igłami sypie się przedzierającym za kołnierz, na gołe części ciała. Przedzierają się jednak dzielnie, byle nie stracić szlaku. Wychodzą na rzadziej zarośnięte obszary, na ścieżkę. Odwracają do tyłu. Oświetlony zwierzak: holenderska brązowa krowa w białe łaty. Leży sobie i powolnie przeżuwa trawę. Biedna krówka. Żałuje ją dziewczyna. Stresuje się takimi piechurami, jak my…
Ruszyli – ze ścieżki wyszli na drogę. Szeroką, wygodną. I szlak znakami prowadzi. W oddali, pomiędzy drzewami dziewczyna wypatruje ognik poruszający się. Domyśla się, że pewnie z Chatki wyszli. Po nich? Dziesięć minut – dochodzą do siebie. Chłopak i dziewczyna, naprzeciw nim idzie chłopak. To z Chatki. Witają się. ustalają, gdzie ten zwierz. On chce iść to ‘obadać’, by wiedzieć co mówić kolejnym przybyszom, gdyby dzwonili.
Dziewczyna decyduje, że pójdzie z nim. Chłopak, z którym tyle już przeszli razem, idzie do chatki. Jemy odpoczynek się należy.
Dziewczyna idzie z koordynatorem Wyrypy. Rozgadała się na całego. Dochodzą do krowy. Zwierzak przypalikowany, na łańcuchu. Na samym szlaku gospodarz ją uwiązał. I na noc? W takim miejscu…? Zastanawiają się. Tamtubylcy wiedzą co robią.
Wracają. Gadają, gadają, gadają. Doszli do chatki. Chłopak poszedł gospodarzyć. Dziewczyna, zostawiwszy plecak w sieni Chatki, zabiera świeże ubrania i idzie pod prysznic.
Już jasno na dworze. Już świt. I ptaki. I lodowata woda. Kabina prysznicowa na zewnątrz. Drewniana. Z doprowadzoną wodą bezpośrednio z potoku. Wykąpać się. W tej lodowatości nawet głowę. Wszystko. Zmyć całą trasę. Czuć. Radość. Satysfakcję. Kolejne 100 kilometrów.
Z chłopakiem już się nie zobaczą. Niby Chata mała. Niby wszystko w zasięgu wzroku. Gdy dziewczyna toaletę zaliczała, chłopak pewnie w kuchni się oporządzał. Zostawił jej zaparzoną herbatę. Poszedł gdzieś spać.
Dziewczyna, wypiwszy mocny napar, pogadawszy z dyżurującą w kuchni – sama zebrała się do wypoczynku. Ułożyła się na karimacie w śpiworze na dworze. Błogość. Wsłuchanie w ćwierki ptaków, szum drzew, niknące i przychodzące głosy ludzi.
Wyrypa. Dobre przeżycie. Po przebudzeniu jeszcze jeden news: to był byk…

Reklamy

5 thoughts on “IX Wyrypa Beskidzka. 3 -4 – 5 lipca 2015. Zwardoń – Chata na Zagroniu”

  1. Hej, poznaliśmy się na Wyrypie w 2013, w tym roku nie pasował mi termin, ale w najbliższą sobotę ruszam samotnie by zaliczyć trasę Wyrypy. Dzięki za relację, czytając miałem wrażenie, że już tam idę, ale to dopiero za 2 (!!!) dni:)

      1. Tak, udało się. Były potworne upały, ale dałem radę w dobrym czasie:) W tym roku nigdzie nie błądziłem, nie byłem też śpiący, słowem bardzo zadowolony:)

        Po drodze spotkałem jeszcze jednego Wyrypowicza którego poznałem podczas wcześniejszych edycji który również nie mógł pójść w oficjalnym terminie i planuje wędrówkę tą trasę jesienią:)
        Pozdrowienia!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s