Mój DEBIUT!


Początek października to tradycyjny termin  prestiżowego, należącego do Wielkiej Szóstki (Abbott World Marathon Majors) maratonu w Chicago. Dla mnie będzie on zawsze niezwykle znaczący, bo właśnie tam, w 2001 roku zaczęła się moja piętnasto już letnia maratońska historia. Będąc wtedy od kilku miesięcy na rocznym wyjeździe w USA zrozumiałam, że w tym kraju wielkich możliwości mogę być kim chcę i osiągnąć, co chcę. Akurat, pod wpływem impulsu podjęłam decyzję o starcie w  maratonie. Szybko znalazłam dogodne miejsce (wcześniej myślałam o starcie w Nowym Jorku, bo to wtedy jedyny amerykański maraton, który kojarzyłam ze słyszenia. Ten w Chicago okazał się z wielu względów wygodniejszy) i niewiele myśląc opłaciłam wpisowe. Później na myślenie i tak nie było czasu bo do Wielkiego Dnia zostało mi sześć tygodni.

acomplish-great-things

Czego nie wiedziałam przed pierwszym startem:

-jak się ubrać. W Downtown byliśmy dobrze przed szóstą rano; nie przyszło mi do głowy, że w ciągu dnia temperatura może znacznie wzrosnąć. Oczywiście – wzrosła. Nie wiedziałam tez wtedy, że w trakcie biegu aż tak się rozgrzeję. A rano temperatura nie przekraczała dwóch stopni…Taka wiedza w ogóle przychodzi z czasem i doświadczeniem. Teraz to dla mnie oczywiste, że im szybciej mam biec tym lżej powinnam się ubrać.

-że buty do biegania powinny być trochę za duże. Zwłaszcza do długich dystansów. Ten błąd przypłaciłam masakrycznymi pęcherzami i utratą dwóch paznokci, jeden z nich nigdy już nie doszedł do stanu”sprzed maratonów” (stale narażam go na ucisk, bo w prawej stopie drugi palec mam nieco dłuższy od palucha; jedynym ratunkiem byłyby pewnie buty szyte na miarę) W ogóle nic nie wiedziałam o butach. W czasach, gdy zaczynałam biegać w Polsce nie było chyba jeszcze specjalistycznych sklepów dla biegaczy (może jeden, w Warszawie) Na wszystkie dostępne buty sportowe (zazwyczaj jakieś ogólnosportowe trampki) mówiło się, niezależnie od marki – adidasy. Ja rzeczywiście wystartowałam w adidasach. Normalnie poszłam do sklepu, pan podał mi obuwie w moim rozmiarze i  już. Żadnego sprawdzania pronacji, analiz, półgodzinnych wywiadów. Życie było wtedy chyba trochę prostsze.

-że warto iść na expo. Ominęło mnie spotkanie z elitą – miedzy innymi Małgorzatą Sobańską, która  w La Salle Bank Chicago Marathon zajęła czwarte miejsce. Już zawsze będę się chwalić, że startowałam z nią w jednym biegu; to nic, że gdy wpadała na metę, ja akurat przekraczałam półmetek. Expo, zwłaszcza na dużych, prestiżowych imprezach daje okazję do poznania różnych nowinek z biegowego światka, czasem zakupów w okazyjnych cenach, zawsze do spotkania fajnych ludzi.

-że należy zrobić sobie zdjęcie przed startem. Zdjęcie, które ktoś zrobił mi na mecie w ogóle nie nadaje się do pokazywania. W efekcie nie mam żadnej pamiątki, poza miniaturkami przesłanymi przez oficjalny serwis foto (byłam już wtedy w Polsce i nawet nie miałam jak kupić odbitek) Ok, mam numer startowy (wszystkie zbieram i przechowuję w segregatorze) i medal.

_20161008_145434

-że to rewolucyjne wydarzenie, punkt zwrotny, który znacząco wpłynie na resztę mojego życia. Bo zakładałam, że maraton, marzenie do którego dążyłam, będzie jednorazowym wyskokiem. Nie zdawałam sobie sprawy, że bieganie aż tak uzależnia.

Co zrobiłam dobrze:

-praktycznie nie korzystałam z internetowych porad. No tak ale portal Bieganie.pl przeżywał wtedy regres, o maratonachpolskich.pl nie słyszałam, Biegajznami.pl jeszcze nie istniało. I całe szczęście, bo dzięki temu mogłam skupić się na tym, co wiedziałam, że trzeba robić (biegać) bez niepotrzebnego rozpraszania się na, jak to często bywa, sprzecznych informacjach, w przypadku „fachowców” z internetu, zazwyczaj wyssanych z palca. Uniknęłam stresu i paniki, że coś robię źle. Tak, czasem niedoinformowanie bywa zbawienne. Wiedza o prawidłowym odżywianiu, nawadnianiu, odpowiednim sprzęcie, świadomość, że istnieje coś takiego jak plan treningowy i należy się go trzymać, sprawiłyby, że decyzję o debiucie przesunęłabym zdroworozsądkowo co najmniej o rok. A przez rok wiele mogłoby się wydarzyć. Decyzja o starcie to był impuls (tu piszę więcej – you can do it) Założyłam, że żeby przebiec maraton trzeba po prostu biegać, więc biegałam. Konsekwentnie. Brawurowo uznałam, że skoro potrafię przebiec jednorazowo 7 mil bez jakichś strasznych strat to i drugie tyle dam radę a resztę już jakoś się dotoczę (i mniej więcej tak to właśnie wyglądało)
Nie, nie chcę tu absolutnie negować planów treningowych. Należy trenować według planu (inaczej to raczej nie trening) i trzymać się reguł. A nie należy odstępować od tych reguł za każdym razem, gdy w internecie jakiś samozwańczy ekspert ogłosi swoją kolejną genialną teorię.

-wyspałam się dwie noce wcześniej. Przed samym startem i tak nie zmrużyłam z nerwów oka. Tak jest zresztą do tej pory – noc przed maratonem bardzo rzadko przesypiam. Gdy nocuję w domu muszę zerwać się skoro świt, żeby zdążyć na start. Gdy „na wyjeździe” organizator zapewnia „bezpłatny nocleg” na jakiejś sali gimnastycznej, o śnie można zapomnieć, chyba, że kogoś nie wzruszają regularne i niekończące się gromadne pielgrzymki do toalet, całonocne Polaków rozmowy oraz donośne chrapanie. Jeśli planujesz atak na życiówkę zainwestuj jednak w hotel. Wyjątkiem pod tym względem jest Visegrad Marathon (właściwie był, bo zakończył się po dziesięciu edycjach) – wszyscy chętni nocowali (w ramach opłaty startowej) w luksusowych warunkach w słowackich Rużbachach.

-ustawiłam się w odpowiedniej strefie startowej, dość daleko od bramy. Dzięki temu ani sama nie byłam zawalidrogą dla szybszych zawodników ani też nie musiałam się przepychać slalomem pomiędzy wolniejszymi kolegami. Bardzo komfortowa sytuacja. Później, już na trasie tez nie pamiętam, żeby mnie tłumnie wyprzedzano (a taka sytuacja potrafi bardzo zniszczyć psychikę, stanowczo nie polecam)

-utrzymywałam w miarę równe tempo na całym dystansie. Spora w tym oczywiście zasługa mojego prywatnego pacemakera (dziękuję, Janusz!) Dzięki temu niepostrzeżenie minęłam ścianę (boleśnie wpadłam na nią dopiero za trzecim razem, gdy niepotrzebnie przyszarżowałam) i zachowałam resztkę sił na finisz:  do tej pory, po piętnastu latach, pamiętam to cudowne uczucie, gdy wydawało mi się że oto teraz nic i nikt mnie już nie zatrzyma, jestem królową, rządzę wszechświatem i potrafię latać.

chicago-marathon

-założyłam charakterystyczną koszulkę. Miałam przygotowaną zwykłą białą, w której na co dzień biegałam ale w ostatniej chwili zdecydowałam się na zmianę. W Chicago (tak jest pewnie i na innych większych maratonach) kibice stali gęsto wzdłuż całej dwudziestosześciomilowej trasy i każdego żywiołowo dopingowali a łatwiej było im wyłonić z tłumu kogoś, kto się z niego wyróżnił jakimś nietypowym elementem. Dzięki wielkiemu orzełkowi na przodzie koszulki, czułam się jak mistrz świata, zwłaszcza gdy mijałam grupę Polaków (a o tych w Chicago nietrudno)

-ustaliłam ze swoją grupą konkretne miejsce zbiórki po biegu. To szczegół, który łatwo przegapić a dzięki temu nie traciliśmy nerwów na niepotrzebne szukanie się w tłumie

-poszłam na dobry obiad – prawdziwą makaronową ucztę. Wierzę że dzięki temu szybciej doszłam do siebie.

-do końca dnia nie rozstawałam się z medalem. Doświadczeni koledzy przekonali mnie, że to taka tradycja – medalu nie wkłada się do kieszeni czy plecaka, należy go dumnie eksponować na piersi. Początkowo czułam się trochę nieswojo, jak to tak – paradować jak jakiś niemal Olimpijczyk. A przecież debiut jest tylko raz w życiu i warto go celebrować.

-zdecydowałam się na start. I wystartowałam. Co wcale nie było takie oczywiste gdy wziąć pod uwagę, jak bardzo „na hurrra” podeszłam do tematu. I jak bardzo byłam nieprzygotowana. Ale, gdybym zawahała się wtedy, latem 2001 roku, prawdopodobnie przepuściłabym koło nosa jedną z najwspanialszych przygód. A niewykorzystane okazje potrafią zemścić się w najmniej oczekiwany sposób.

W swoim debiucie zajęłam 22977 miejsce (na 28760 zawodników) W kategorii wiekowej uplasowałam się na 2043 miejscu.

_20161008_145012

Reklamy

5 thoughts on “Mój DEBIUT!”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s