Maly Brnensky Masakr – 30 km po Morawach


Czechy, Morawy. Przewyższenia 820 m. 19 września 2015, ok. 20 st. C, słonecznie, wietrznie. W górę, w dół, po skałach. Zwieńczenie sezonu czeskiego. Hołd dla natury i losu, który pozwolił mi tu biegać.

 medal dla osób, które ukończyły 63 km
medal dla osób, które ukończyły 63 km

O „Masakrze” dowiedziałam się przypadkiem w ostatnim dniu zapisów. Od maja zamieszkałam w Czechach i to po morawskich szlakach trenowałam do tegorocznych dwóch maratonów. Maly Brnensky Masakr wyskoczył 6 tygodni po Maratonie Pustyni Błędowskiej i… zaledwie na tydzień przed moim kluczowym maratonem w Kliniskach Wielkich. Z punktu widzenia treningowego, gdy tapering w pełni od tygodnia i powinnam się nie forsować, nie przeciążać stawów i unikać przewyższeń – szaleństwo. Jednak nie mogłam podarować sobie biegu, którego trasa prowadziła w dużej mierze po „moich” ścieżkach. Towarzyszyły całemu mojemu pobytowi w Czechach i szczerze zdążyłam je pokochać. Ze świadomością, że to moje ostatnie tygodnie tutaj, wystartowałam.
Start pod basenem Brno Reckovice. Laminowana mała karta uczestnika potrzebna do kontroli spakowana do kurtki. Chwilę asfaltem, później zielonym szlakiem, lasem do szczytu Velka Baba (446 m n.p.m.). Dalej szlak żółty i 5 km pokonane. Zbieg do Lelekovic, trochę miastem i w okolicach 9 km zaczął się najciekawszy i najtrudniejszy odcinek trasy – Babi Lom. To nie bieg, ani spacer, to wspinaczka. Nogami, rękami, po głazach. Wąsko, stromo, ciężko kogokolwiek wyprzedzić, robią się małe kolejki w korytarzach między głazami. Przewrócone drzewo, schylam się pod nim. O tym odcinku nie wiedziałam, ale podoba mi się urozmaicenie, lubię cross, trail, kocham góry. Widzę pot na koszulkach, słyszę szybkie zmęczone oddechy ciał zmuszonych do wysiłku niezbyt naturalnego dla „zwykłych” biegaczy. Pierwszy punkt kontrolny, wizualny – zdjęcie z przenośnego urządzenia. Dobrze pomyślane, kontrola ręczna spowodowałaby tu korki, wyjmowanie i przebijanie kart biegu zajmuje kilka sekund. Chyba mniej przeszkadza mi podejście, choć wymaga pary, niż zejścia, gdzie bez użycia rąk ciężko zachować równowagę w wąskim przesmyku i jest dość ślisko. Czy to był kilometr, może więcej? Nie wiem, ale spodobała mi się ta niespodzianka – doskonałe urozmaicenie i zaskoczenie dla osób, które nie znają trasy.
Dalej lasem do Vranova, gdzie przy klasztorze pierwszy „odbijany” punkt kontrolny – wybity kwiatek. Wreszcie woda i izotonik na 15 km – moim zdaniem bardzo późno, jak na przełajowy bieg. Niezmiernie się cieszę, że przezornie zabrałam ze sobą litr wody z węglami na pierwszą połówkę trasy. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak bez płynów wytrzymali inni biegacze, a tych niezaopatrzonych zauważyłam sporo. Banany, rodzynki, sól, ciasteczka energetyczne, nawet chleb ze smalcem – zwykłe standardy biegowe do jedzenia. I toy toy. Od tej pory picie i jedzenie można znaleźć już do końca trasy mniej więcej na co drugim punkcie kontrolnym.
Z Vranova zielonym szlakiem do Utechova i kolejne odbicie na karcie zawodnika na 18 kilometrze, tym razem serduszko – miłe szczegóły. Przebiegam pewnie bardziej i mniej strome odcinki, całość idealnie oznaczona, pomagają narysowane na podłożu pomarańczowe strzałki kierunkowe. Zdejmuję kurtkę i przewiązuję na biodrach – robi się coraz cieplej. Kolejna kontrola na Horka rozcestí, gdzie dobiegam żółtym i zielonym szlakiem – jest oczko. 21 km minęło niespodziewanie szybko. Uświadamiam sobie, że to nie maraton i że właściwie mogłabym przyspieszyć. Wiem, że nie powinnam się forsować i zdaję sobie sprawę, że kluczowy bieg mam za tydzień, ale nie mogę się powstrzymać i wkładam sporo energii w szybsze tempo. Pozwala mi to wyprzedzić ok. 12 osób. Pomaga mi słońce, znajome tereny, świeże powietrze i dobre roztrenowanie, w końcu jestem po (w zasadzie to jeszcze w trakcie) przygotowaniach do maratonu.
Przedostatnia kontrola na 26 km – Soběšice hriste. Wbiegam na doskonale znany mi odcinek i czuję się jak w domu. Wiem, że trzeba będzie jeszcze trochę podbiec, ale już niedługo przyjemny zbieg. Chwila wahania na końcówce, ale tak, dostrzegam w oddali oznaczenia na krętych, trochę niebezpiecznych w tym miejscu wąskich dróżkach. Czuję łydki, napięte od przewyższeń. Cóż za błogie zmęczenie!
Ostatni punkt kontrolny na 29 km Zamilovaný hájek (Zakochany gaj :)) mijam szybko, popijam tylko w biegu kilka łyków wody i do przodu! Mój entuzjazm hamują nieoczekiwanie strome kaskady schodów tuż na końcówce! Kolejna niespodzianka po Babim Łomie, kolejne wyzwanie dla napiętych od przewyższeń łydek i pośladków. Nie poddaję się i dosłownie na ostatnich 300 m wyprzedzam parę, która wyminęła mnie na samym początku zawodów 🙂 Owszem, czuję cichą satysfakcję. W końcu nieważne jak zaczynasz… 😉 Mieszczę się w niecałej 3,5 h, co uważam za przyzwoity wynik, jak na dość spokojne tempo i pierwszy typowo górski bieg z prawie kilometrowym przewyższeniem i wyjątkowo wymagającym odcinkiem w Babim Lomie.
Na mecie zostaję powitana brawami, odbieram dyplom, rozciągam się, oddaję chip i idę zjeść pożywny obiad z ryżem, mięsem, sałatką i kompotem. Niektórzy biegacze poddają się masażowi, inni wykorzystują bezpłatne wejście na basen tuż obok mety. Nieoczekiwanie podchodzi do mnie znajoma z pracy, która czeka na kolegę. Miło porozmawiać z kimś znajomym, w końcu nie znam czeskiego (choć rozumiem sporo) i inni biegacze nie wdają się ze mną w dłuższe dyskusje. Wymieniamy uprzejmości po angielsku, dziękuję za gratulacje. Naprawdę miło.
Patrzę na swoją kartę kontrolną z kwiatkami, serduszkami i trójkątami. Wiele pól nie zostało przebitych, te były zarezerwowane dla odważnych uczestników „normalnej” masakry, tzn. 63 km po górach. Podziwiam wszystkich, którzy podjęli to wyzwanie! Czy kiedyś tu wrócę, by odhaczyć wszystkie symbole na laminowanej karcie uczestnika? Uśmiecham się do słońca i jadę odpocząć do domu, jak to dobrze wsiąść w samochód i po 10 min. być pod prysznicem! To oczywiste, że nie mogłam przegapić Malej Masakry. Trochę szkoda, że medal przeznaczony jest tylko dla osób, które ukończyły 63 km, a koszulkę można było kupić i to tylko z wyprzedzeniem. W Polsce medal i koszulka stały się już chyba standardem pakietu startowego. Tak czy siak, organizację biegu uważam generalnie za udaną.
Morawy ukochane, będę tęsknić za waszymi wymagającymi miękkimi wzgórzami, niemożliwie upalnym latem 2015 i każdą kroplą potu, którą ze mnie wycisnęłyście. Z podziękowaniami za Waszą cudowną przyrodę, świetliki w czerwcu i świeże powiewy wiatru, za półmrok i zmierzch, malownicze zachody słońca, za dobre oznakowania szlaków. Z podziękowaniami za cierpliwe wysłuchanie myśli, zwątpień, wrażeń i emocji, które bombardowały mnie nieustannie w trakcie czeskiej przygody. Tropikalne lato 2015 zostanie zapamiętane. Wzmocniło mnie bardzo.

Kolejny Brensky Masakr i Maly Brnensy Masakr 17 września (sobota) 2016
Zachęcam serdecznie!

Brnensky Masakr 2015
a dla kończących 30km – pamiątkowy dyplom

 

Strona biegu w j. czeskim
http://www.brnenskymasakr.cz/

zdjęcia
http://www.brnenskymasakr.cz/fotogalerie/

wyniki
http://www.brnenskymasakr.cz/vysledky/

Reklamy

2 thoughts on “Maly Brnensky Masakr – 30 km po Morawach”

  1. Dzięki Kl! Nie ma co zazdrościć, tylko spotkać się na starcie i mecie za rok! Myślę, że trasa by Cię urzekła. I Tobie powodzenia i zdrowia!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s