Z widokiem na Matterhorn – Zermatt Marathon 2015


Ania Kącka na Mistrzostwach Świata na Długim Dystansie – Zermatt Marathon

zermatt-marathon_15_0492

Tegoroczne Mistrzostwa Świata na długim dystansie zostały rozegrane w 4 lipca w Zermatt w Szwajcarii, a dystans biegu wynosił dokładnie 42,195 metrów. Maraton zaczynał się na wysokości 1116 m n.p.m. w miejscowości St Niklaus, półmetek prowadził przez Zermatt, miasteczko położone na wysokości 1616 m n.p.m, a kończył na 2582 m n.p.m. Oznaczało to, że zawodnicy na całej trasie będą stopniowo pokonywali przewyższenie 1944 metry. Dla kontrastu suma zbiegów wynosiła 444 metry. Muszę przyznać, że moja decyzja o wzięciu udziału w tych zawodach nie była przemyślana, natomiast wiem, kto mnie do tego namówił.

Zermatt Marathon - profil trasy
Zermatt Marathon – profil trasy

Pewnego wieczoru, podczas gdy oboje pracowaliśmy nad naszymi pracami magisterskimi, mój Marek dla odprężenia zaczął przeglądać kalendarz ligi biegów górskich. Zazwyczaj oznaczało to, że wkrótce czeka nas wypad na ciekawe zawody, chwila ucieczki od pracy i uczelni, ale też kołaczące się z tyłu głowy poczucie winy. Z drugiej strony powrotom z biegów towarzyszył przypływ energii do pracy, potęgowanej przez konieczność nadrobienia zaległości – dlatego chętnie wyjeżdżaliśmy.
Jednak tamtego wieczoru Marek przeszedł samego siebie: najzupełniej poważnie zaproponował, abym wzięła udział w Mistrzostwach Świata na długim dystansie. Mieliśmy to pogodzić z obroną prac magisterskich, moim wyjazdem na staż do Niemiec, a może, jeśli wszystko dobrze się ułoży, rozpocząć w ten niezwykły sposób wspaniałe wakacje.
Przez kilka dni następnych dni usilnie próbowałam przekonać samą, że wcale nie pragnę sprawdzić się w innym kraju i w innych górach i nie chcę startować w tych zawodach. Ale jak zawsze, gdy negocjuję sama ze sobą, poniosłam porażkę. Zastanawia mnie, skąd w takich momentach bierze się u mnie nieodparta chęć zmierzenia się z innymi zawodnikami i pragnienie pokonania określonego dystansu, coraz to nowych trudności. W miarę, jak zbliża się dzień startu, coraz bardziej żałuję swojej decyzji. Tak samo czułam się na kilka dni przed wyjazdem do Zermatt.

W St Niklaus
W St Niklaus

Ten bieg miał być wyjątkowy, bo ponad czterokrotnie dłuższy niż najdłuższe zawody tego typu, w jakich miałam okazję brać udział. Bardziej odpowiadają mi biegi, gdy trasa jest mieszana i po podejściu można się spodziewać chwili ulgi, bo podczas zbiegania nogi same mnie niosą. Moje obawy budził również dystans. Przed maratonem w Zermatt ukończyłam trzy biegi na podobnym dystansie, ostatni w kwietniu tego roku w Szczawnicy. Na dystansie około 20 kilometrów czuję się już dość pewnie, stając na linii startu mogę śmiało przypuszczać, że bieg ukończę, nawet gdy będę chciała pobiec szybko. Jednak przed 42 kilometrami wciąż czuję spory respekt, a w tym konkretnym przypadku należało się spodziewać, że będzie ciężko. Patrząc na profil trasy, zasłaniałam prawą stronę, aby ukryć tę część, gdzie zdecydowanie się wznosił.

Na miejsce przyjechaliśmy w dzień przed startem – nie mogliśmy wyjechać wcześniej, powodem były także kwestie finansowe – Szwajcaria to drogi kraj i nie mogliśmy sobie pozwolić na dłuższy pobyt. Szkoda, bo warto byłoby zatrzymać się tam na dłużej. Gdy zamykam oczy, wciąż widzę błękitne jeziora, krętą górską drogę wspinającą się na ponad 2400 metrów (ta droga była nieplanowaną częścią trasy, omijaliśmy w ten sposób korek), a przy niej zbudowane w zadziwiających miejscach miasteczka i śnieg, który przetrwał od zimy.

Nocowaliśmy w Greachen – miejscowości położonej nieco powyżej St. Niklaus. Z okna mogliśmy wypatrzyć miejsce, gdzie nazajutrz ustawiono bramę startu. Początkowo zarezerwowałam nocleg w Zermatt, okazało się jednak, że do tej miejscowości można dojechać tylko kolejką z Tasch. Samochód trzeba zostawić na parkingu- nie należało to do najwygodniejszych rozwiązań. Musielibyśmy zabrać wszystkie rzeczy, a rano, przed zawodami, zjechać koleją na start. Taka opcja generowała sporo dodatkowych kosztów – za przejazd pociągiem, za pozostawienia na dzień (lub możliwe że dwa) samochodu itp.

Pakiet startowy odebrałam w piątek wieczorem, pół godziny przed zamknięciem biura zawodów, tuz po tym, gdy dotarliśmy do St. Niklaus. Istniała jeszcze możliwość odbioru numeru tuż przed samym startem (organizatorzy oferowali otwarte biuro czynne w czwartek, piątek i w sobotę wcześnie rano ), ale pewniej czułam się mając już swój pakiet wieczorem. Mogłam się wtedy spokojnie przygotować do zawodów – przyszykować strój, przypiąć agrafkami numer, zjeść śniadanie. W tym roku w numerze został umieszczony chip pozwalający swobodne korzystać z wybranych kolejek górskich w regionie przez cały weekend, z piątkiem włącznie. Dla osoby towarzyszącej przewidziano specjalne bilety całodniowe na kolej, które kosztowały 70 CH i obowiązywały tylko w dniu startu. W takim przypadku znacznie korzystniejsze stawało się kupienie pakietu startowego (100 CH), szczególnie, jeśli mogłoby się spędzić w Zermacie cały weekend.

Wieczór przed startem poświęciłam na przygotowania, przyszykowałam strój i śniadanie. Chciałam rano wstać najpóźniej, jak tylko możliwe, i jak najdłużej pospać.
Po raz pierwszy tak dokładnie przyjrzałam się trasie biegu – może dlatego, że tu wyjątkowo było co oglądać! Punkty z napojami zaplanowano co około 5 kilometrów. Dodatkowo na większości z nich miały być żele energetyczne, banany i cola. Dlatego, zgodnie założeniami przyjętymi jeszcze w Polsce, zdecydowałam się nie brać na trasę ani plecaka, ani pasa. Jak się okazało podczas biegu, rzeczywiście nie było takiej konieczności. Punkty żywieniowe były doskonale zaopatrzone i przypominały mi nieco świąteczne jarmarki. Na stołach błyszczały w słońcu złoto-kolorowe żele (skład i smaki zmieniały się wraz z miejscem, w jakim znajdował się punkt). Pokrojone batoniki i banany rozłożono na srebrnych tacach i podsuwano biegaczom pod nos. Wolontariusze w stanie pełniej gotowości w wyciągniętych rękach trzymali kubki z wodą, izotonikami i colą. Podawali je bardzo sprawnie, tak aby zawodnicy tracili jak najmniej czasu. Z racji zapowiadanego upału, przyszykowano też gąbki, które moczono wodą i oferowano do schładzania biegnącym. Lokalizacji punktów odżywczych nauczyłam się praktycznie na pamięć – pomogły mi podzielić trasę na mniejsze odcinki. Zapamiętałam, że pokonaniu jakiego odcinka mogę spodziewać się punktu. Na trasę nie wzięłam również telefonu, zakładając, że uda się znaleźć sposób na kontakt z Markiem, na wypadek gdybym była zmuszona zejść z trasy. Była to też dodatkowa motywacja, żeby ten straszny maraton pod taaaaaką wielką górę przebiec! 🙂

Start Mistrzostw Świata podzielono na dwie części. O 8:30 ruszała elita, czyli zawodnicy reprezentacji krajów. Pozostali uczestnicy (do których zaliczałam się także ja) mieli zacząć bieg 5 minut później, startując co minutę. Nikt jednak tego dokładnie nie sprawdzał, każdy ustawiał się tak, jak chciał w polach wyznaczonych przed linią startu, potem grupy stopniowo do niej podchodziły i wybiegały na trasę. Ostatecznie start naszej grupy został przesunięty jeszcze o 20 minut – w związku z opóźnieniem kolejki i ryzykiem, że nie wszystkim zawodnikom uda się dotrzeć na czas. Startujący doskonale o tym wiedzieli – informacje na bieżąco podawano przez megafon, i to w dodatku w trzech językach. Zostało mi więc jeszcze trochę czasu, żeby się napić (organizatorzy również zapewnili punkt z wodą i izotonikami), skorzystać z toalety (toj-toje, zadziwiająco czyste! i przeraźliwe, ale zaskakująco dobrze skrywające delikwentów otwarte, poczwórne pisuary) i przede wszystkim, żeby pokibicować startującym reprezentacjom ( znajomym z Polski lub tak utytułowanym biegaczom jak Stevie Kremer – nie wiem, czy jeszcze kiedyś będę miała okazję się zmierzyć).
Wreszcie o 8:51 wystartowałam. Na szczęście stres, wątpliwości i obawy (Co ja tu właściwie robię? Skąd mi takie pomysły przychodzą do głowy? Co będzie, jeśli nie dam rady? Raczej na pewno nie dam rady” itd.), które towarzyszą mi zawsze od dzień, dwa przed startem, gdy rozlega się gwizdek czy wystrzał chowają się w głębszych zakamarkach mózgu. Zaczynam analizować trasę, zawodników, zazwyczaj jednak na pomoc przychodzą nogi – one jakoś zawsze wiedzą swoje i po prostu biegną:).
Zaczęłam dość energicznie, starając dogonić zawodników, którzy wystartowali nieco wcześniej i wyprzedzić tych, po których mogłam się spodziewać, że wkrótce osłabną. W końcu znalazłam swoją grupkę, biegnącą podobnym tempem, której się mogłam trzymać. Muszę przyznać, że całkiem trafnie udało mi się określić – choć na 42 kilometrze z wieloma z nich mijałam się kilkukrotnie, wyprzedzając, będąc wyprzedzana i na nowo wyprzedzając – ostatecznie ukończyliśmy zawody w podobnym przedziale czasowym.
Nie ścigałam się, chciałam tylko mieć poczucie, że pobiegłam je najlepiej, jak potrafię
Pierwsza połowa trasy, od St. Niklaus do Zermatta, miała być tą łatwiejszą i szybszą. Różnica wysokości między miejscowościami wynosiła 400 metrów, co stanowiło niecałą jedną czwartą wysokości, jaką mieliśmy do pokonania. Tej części obawiałam się chyba bardziej, martwiła mnie konieczność ciągłego biegu na małym nachyleniu, wiedziałam ponadto, że tę część należy przebyć stosunkowo szybko. Nie zakładałam konkretnych międzyczasów, chciałam się tylko „zmieścić” w wyliczeniach, którym ufam, czyli w 2 godzinach.
Teren był urozmaicony – podobały mi się ścieżki biegnące przez pola, frajdę sprawiło wdrapywanie się na skały (było ich troszkę za mało!) i bieg nad torami kolejki. Dużą część nawierzchni stanowił niestety asfalt, który nużył mnie i irytował, oraz dodatkowo, wywoływał ból łydek tak silny, że koło czternastego kilometra na chwilę przeszłam do marszu. Moment tej małej chwili słabości (i buntu!) został uwieczniony przez Marka na filmie – akurat przejeżdżał obok kolejką i gdy tylko mnie zobaczył, zaczął filmować. Choć dostrzegłam go i wiedziałam, że na mnie patrzy, stwierdziłam, że lepiej jednak będzie zrobić kilka spokojnych kroków – nie chciałam już na samym początku zakwasić mięśni. Zresztą widocznie taką mam naturę – potrzebuję trochę czasu, żeby się rozkręcić, i pierwsze kilometry przebiegam wolniej niż dalsze etapy.
Momentami dokuczało mi pragnienie i zazdrościłam tym nielicznym, którzy wzięli bidony lub plecaki. Na szczęście przy drodze można było napotkać źródełka dla turystów, przy których się zatrzymywałam, szybko zgarniając łyk wody i chłodząc twarz. Później w punktach odżywczych brałam dwa kubki wody – jeden wodę wypijałam, drugi wylewałam na głowę.
Kilometry do Zermatt mijały szybko. Okło 19. wiedziałam już, że uda mi się zrealizować początkowe i jedyne założenie czasowe. Czułam się dobrze i zaczęłam wierzyć, że ukończę bieg. Nie mogłam jednak zapominać, że przecież w druga części maratonu czeka mnie spore przewyższenie. W tej części trasy pogodziłam się z tym, że nie dam rady pobiec wszystkiego. Jednocześnie oznaczało to zróżnicowanie napięcia i pracy w nogach, więc nastawiałam się pozytywnie. Po 30 kilometrze miało być też troszkę zbiegów, których już bardzo, bardzo nie mogłam się doczekać.

Do Zermatt wbiegłam w momencie, gdy startowali zawodnicy półmaratonu. Wymieszaliśmy się i na płaskim odcinku pełni optymizmu i energii podkręciliśmy tempo. Wśród kibiców wypatrzyłam Marka, który dotarł tam kolejką i czekał przy pomiarze czasu na półmetku. Byłam dumna, meldując się w tym miejscu w odpowiednim czasie (troszkę powyżej 1 godziny i 49 minut) i słysząc, jak woła do mnie, że jest dobrze :). Następnym razem spodziewałam się zobaczyć go dopiero na mecie, musiałam się więc spieszyć!

Odcinek prowadzący przez Zermatt wydał mi się stosunkowo długi – trzeba było zrobić pięciokilometrową pętlę, która prowadziła kawałek za miasto i potem przez nie wracała. Odcinek w Zermatt w większości prowadził niestety po asfalcie i pod górę. Wstyd byłoby przejść do marszu na oczach kibiców, biegłam więc, wypatrując jakieś odpowiednio stromej górki, która by mnie usprawiedliwiła, albo lasu, gdzie będę mogła już na chwilkę odpuścić.
Ten odcinek, od około 23. kilometra przez następnych 10 stanowił dla mnie największe wyzwanie. Byłam już trochę zmęczona i wcale nie miałam ochoty biec, a w dodatku nachylenie trasy się ciągle zwiększało. Martwiłam się, że jeśli zwolnię, potem trudno mi będzie znowu nabrać tempa, a nie nie chciałam zmarnować tego, co osiągnęłam w pierwszej części.

Mijało mnie dość sporo ludzi z półmaratonu, lecz zbytnio się nimi nie przejmowałam. Wydawało mi się, że w końcu podbieganie ich zmęczy i liczyłam, że być może niedługo ich dogonię. Bardziej martwili mnie zawodnicy z numerami w kolorze niebieskimi – czyli takimi jak mój. Póki jednak nie mijała mnie żadna kobieta, wszystko było w porządku :).
Bardzo brakowało mi wody – kilometry pokonywane wolniejszym tempem oznaczały, że zanim dotrę do następnego punktu z wodą, minie więcej czasu. Rozglądałam się, szukając strumyczka, przy którym na chwilę mogłabym się zatrzymać, i znalazłam!
Wreszcie dotarłam do punktu odżywczego na 28,8 kilometrze, gdzie zrobiłam małą – trwała zapewnie kilka minut, ale i tak była długa, biorąc pod uwagę to, że zazwyczaj przez punkty to po prostu przebiegam, zgarniając to, czego potrzebowałam. Zjadłam kawałek banana i spróbowałam nowego żelu. Szukałam konkretnego, jasnozielonego z kofeiną, która dodałaby mi energii i pobudziła. Te jednak przygotowano widocznie na wcześniejsze etapy trasy. Tutaj miałam do wyboru zielono-morski i pomarańczowy. Wzięłam zielony i wybór okazał się strzałem w dziesiątkę – żel smakował jak cola! Podczas Mistrzostw Polski w Szczawnicy właśnie cola postawiła mnie na nogi.
Ta przerwa dobrze mi zrobiła – wróciła energia, może też dlatego, że spodziewałam się, iż niedługo będzie z górki.
O mniej więcej 30. kilometra oprócz wody piłam też colę, ponieważ nie chciałam, by spadło mi ciśnienie. Objawia się to na różne sposoby – dopada mnie nieodparta ochota, by położyć się dokładnie tam gdzie jestem i zasnąć, albo inaczej: nogi biegną, a głowa śpi. Dobrze, gdy uda mi się nie potknąć o żaden korzeń lub wystający kamień, albo (to w górach) biegnę, a raczej idę, idę zataczając się.

Pierwszy zbieg, który prowadził szeroki leśnym duktem, ze względu na mały stopień nachylenia mnie rozczarował. Mimo tego udało mi się rozpędzić i “łyknąć” sporo zawodników i zawodniczek.
Wkrótce jednak teren znów zaczął się wznosić. Nie zwracałam na to uwagi, trasa prowadziła bowiem malowniczym zboczem, przez dolinę, w otoczeniu dumnie wznoszących się gór. Ogarniał mnie spokój i radość – takie widoki wynagradzają każdy trud! Ja i inni zawodnicy podchodziliśmy wężykiem. Nie powodowało to żadnych problemów, kto miał ochotę, mógł wyprzedzać. Moja taktyka – marsz pod górę, a nie wbieganie – okazała się właściwe. Zbiegając, dogoniłam wiele zawodniczek półmaratonu, które teraz już nie miały siły podchodzić.

Wreszcie się doczekałam! Nadszedł prawdziwy, upragniony zbieg po bardzo zróżnicowanej trasie, wśród jezior. Był to przedsmak tego, co czekało na zawodników na mecie. Dotarli tutaj liczni kibice, pojawili się fotografowie. Na punkcie odżywczym znów zatrzymałam się na chwilę, aby za moment dać się ponieść energii na naprawdę wyjątkowo dłuugim zbiegu. Do mety zostało już tylko około 8-10 kilometrów, a ja wciąż miałam dużo siły, nic mnie nie bolało. Cieszyłam się zbiegiem, nogi same pędziły, a reszta ciała odpoczywała. Biegłam między skałami, a potem leśnymi ścieżkami pełnymi korzeni, mimo to stopy stabilnie znajdowały właściwą drogę. Co chwila spoglądałam na zegarek i myłam mile zaskoczona – kilometry mijały naprawdę szybko 36, 37 , 38… i już niedługo ostatnie podejście, które, choć najbardziej strome, to przede wszystkim ostatnie. Nie mogłam też uwierzyć, że jest spora szansa, że wyrobię się poniżej 4 godzin i 45 minut, które obstawialiśmy z Markiem „na oko” jako dobry wynik.

Ostatni punkt odżywczy przed metą wyglądał jak festyn. Urządzono go na polanie, przy trasie stało wielu kibiców, rozbrzmiewała muzyka. Przed górką ustawiono zraszacz schładzający zawodników.
Po raz kolejny minęła mnie pani w niebieskiej koszulce i ostatecznie przypieczętowała swoje zwycięstwo nade mną. W tym biegu im więcej było się w stanie biec pod górę, tym lepiej. Gdy mnie mijała, wymieniłyśmy uśmiechy – najwidoczniej ona również mnie zapamiętała. Wkrótce minęłam Chorwatkę, która wystartowała 21 minut przede mną. Była to już trzecia zawodniczka z “elity”, która dogoniłam. Ciekawiło mnie, ile osób z reprezentacji minęły najszybsze kobiety startujące z opóźnieniem.
Końcowy kawałek ostudził jednak moją euforię. Po podejściu następował stosunkowo długi i płaski odcinek , który kończył się na zakręcie, by znów piąć się stromo wzdłuż torów kolejowych. Tuż przed nim ustawiono punkt odżywczy, z którego wzięłam kubek wody. Podchodziłam, popijając, a tempo spadło do wyjątkowo relaksacyjnych 12 minut na kilometr. Choć nie byłam najszybciej wchodzącą osobą, w porównaniu z innymi biegaczami i jak na mnie poruszałam się całkiem żwawo. W pewnym momencie nachylenie drogi nieco zmalało i zmieniła się na wierzchnia: z szutru, w którym się grzęzło, na sprężyste drewno mostku. Zaczęłam biec i zobaczyłam Marka dokładnie w momencie, gdy marzyłam, by go zobaczyć. Do wielu zawodników na ostatnich metrach dołączali bliscy, żeby wesprzeć ich i dodać sił, lecz ja spodziewałam się go raczej na mecie. Powiedział mi, że mam przed sobą spory kawałek, ale da się go przebiec. Ostrzegł mnie też przed „mylną” metą, balonem, który jest tylko przejściem. Gdyby nie słowa Marka w końcówce biegu zabrakłoby mi chęci i motywacji…
Prosta do mety prowadziła w dół. Gdy wdrapałam się na ostatnią górkę, złapałam oddech i się rozpędziłam. Przeskoczyłam kilka skał i minęłam trzech zawodników. Przez fotokomórkę dosłownie przeleciała. Czas zatrzymał się na 4:33:19 (po kilku godzinach otrzymałam SMS z potwierdzeniem i miejscem: 51 miejsce wśród kobiet oraz 17 w mojej kategorii wiekowej. Na mojej szyi zawisł medal. Aby opuścić metę, należało jeszcze poczekać w kolejce – podawano rosół, napoje, woda i najważniejsze, odbierało się koszulkę z napisem FINISHER – drugą prócz medalu nagrodę i potwierdzenie ukończenia wyścigu. Wreszcie znalazłam Marka i się rozpłakałam. Ale po cichutku, bo przecież byłam bardzo szczęśliwa. Wciąż zastanawiałam się, czy to nie sen, że tam jestem i że właśnie pokonałam 42 kilometry pod TĘ górę.

Te zawody zapamiętam na zawsze. Powodów jest wiele, począwszy od tego, że nie wiem, czy kiedyś jeszcze wezmę udział w zawodach tej rangi (a chciałabym)!
Organizatorom udało się stworzyć wspaniałą atmosferę wyjątkowego święta sportu. Choć biegłam sama, na całej trasie czułam wsparcie i życzliwość kibiców. Może dlatego, że wołali do mnie po imieniu, widząc je wypisane na numerze z przodu i z tylu na koszulce, która dostałam na urodziny od przyjaciół… Pamiętam pana, na jednym postoju przypominającego mi o tym, żebym piła – trink, Anna, tirnk! – budziło to we mnie poczucie bezpieczeństwa, czułam troskę organizatorów o to, bym bezpiecznie dotarła na metę. Pogoda dopisała, choć zapowiadano burze i deszcze. Ukończyłam ten bieg, co dla mnie samej było niespodzianką. Może pora wreszcie w siebie uwierzyć?

Reklamy

7 thoughts on “Z widokiem na Matterhorn – Zermatt Marathon 2015”

  1. Zafascynował mnie Twój wpis. Bardzo dokładnie wszystko opisałaś od początku do końca. Pozytywnie zaskoczyła mnie Twoja motywacja, determinacja i duch rywalizacji. Ale przecież są to cechy rasowego maratończyka. Gorące gratulacje. Życzę dalszych coraz lepszych czasów i kolejnych cudownych maratonów!! 🙂

  2. Gratulacje!! Podziwiam i zazdroszczę – wytrwałości i okoliczności w jakich organizowano bieg 🙂 Zmotywowałaś mnie do częstszego biegania.. marzy mi się przebiegnięcie półmaratonu i maratonu. Pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s