Visegrad Maraton i dziesięć lat historii moich startów


x visegrad marathon Dziesiąty Visegrad Maraton (mój siódmy) trzyma poziom! Tu jest wszystko: jedyna w swoim rodzaju atmosfera, piękna trasa, najlepszy spiker na świecie. Tu są moi Przyjaciele.

Gdy decydowałam się na start w I Visegrad Marathonie (2006) miałam już za sobą starty w czterech biegach na tym dystansie. Krótko się wahałam, ostatecznie przekonał mnie kolega, który słusznie zauważył, że meta w Rytrze położona jest niżej niż start w Podolińcu, czyli, że trasa biegnie z górki, czyli, że to będzie bardzo łatwy bieg. Taaak, to nawet logiczne. Ukończyłam tę historyczną edycję na trzecim miejscu w swojej kategorii wiekowej (Ula, dzięki za cukierki mocy w chwili największego kryzysu) co zapewniło mi występ na pierwszym w karierze podium Czas? – bez rewelacji – około pięciu godzin, tempo takie, jak na poprzednich moich maratonach. No właśnie. Wielcy wymiatacze, których szczerze podziwiałam  twierdzili, że to najtrudniejszy ich bieg, wymagająca trasa, „odejmij przynajmniej pół godziny do wyniku na płaskim”. Te kalkulacje ośmieliły mnie bardzo i przekonały, że powinnam podczas kolejnych startów bardziej się postarać. Jeszcze w tym samym roku pobiegłam w Poznaniu – pół godziny szybciej niż na trasie w Beskidzie Sądeckim.

Po roku, już bardziej obiegana, mniej wystraszona, wróciłam do Podolińca. Było jak rok wcześniej: wspaniałe przyjęcie podczas pasta party, wyśmienity nocleg w pensjonacie w Rużbachach (w ramach opłaty startowej oczywiście), kultowa kąpiel w Kraterku. Następnego dnia znów honorowy start w Podolińcu, później wspinaczka na Vabec i szaleńczy z niego zbieg, seria krótkich ostrych podbiegów po polskiej stronie i dwukilometrowa ucieczka przed waleczną Rywalką (dzięki, Iwona!) na podbiegu do Perły Południa (gdzie ten kolega od „nisko położonej mety”?) Udało się: obroniłam miejsce w kategorii, znów wskoczyłam na podium, co ciekawsze – urwałam 2 minuty z ubiegłorocznej „płaskiej” życiówki z Poznania. Upał na trasie musiał nieźle dać się nam we znaki, skoro gdzieś w połowie podjęliśmy z Mirasem decyzję o starcie w Maratonie Komandosa – tak jak Visegrad przebiegliśmy go ramię w ramię od startu do mety. Wtedy też zrodziło się marzenie o górskim, nieasfaltowym bieganiu – zrealizowane już trzy miesiące później na Gorce Maraton.

Na trzeciej edycji upał był jeszcze większy. Podczas uroczystego pasta party umówiłam się  Laco Marasem na wspólny start w Zermatt Marathon.  Na trasie myślałam już tylko o chłodnej wodzie w Popradzie i o tym, że tuż za metą czeka basen (wstęp fundował organizator). Dumny plan „łamania czwórki w Visegradzie” przełożyłam na następny sezon. Warto było czekać: rok później, wbrew tradycji, było niespodziewanie wyjątkowo chłodno, idealnie do ustanawiania życiówki. Strach pomyśleć, na jaki poziom mogłam ją wywindować, gdyby nie Bieg Rzeźnika osiem dni wcześniej. Wtedy też, pierwszy raz w mojej biegowej historii, przywitali mnie na mecie Rodzice – piękna niespodzianka! Ich również urzekła niesamowita atmosfera. Visegrad Maraton zdobył nie tylko wyróżnienia portalu maratonypolskie.pl (Złoty Bieg) czy wyróżnienie i certyfikat Filipides za Bieg Transgraniczny. Grono wiernych biegaczy nadało mu status kultowej imprezy. Jak słusznie zauważyła jedna z uczestniczek: ” kiedy organizatorzy wkładają serce w imprezę i sami cieszą się tym, że sprawiają ludziom radość, to my staramy się ze swojej strony też dać jak najwięcej sympatii i atmosfera jaka przy tym się tworzy jest niezwykła„(Grażyna Popiel, via maratonypolskie) W niewiele zmienionym składzie spotkaliśmy się znów za rok. Wtedy też mogliśmy choć trochę odwdzięczyć się za szczególna gościnność: w spontanicznie zorganizowanej akcji biegacze wsparli tych mieszkańców Rytra, którzy najbardziej ucierpieli podczas czerwcowej powodzi.

Rytro trasaNa trasie nie musimy przepychać się łokciami. Jest mnóstwo przestrzeni i piękne krajobrazy.

Jasne, że są biegi realizowane z większym rozmachem. Maraton Wyszehradzki, choć największy na Sądecczyźnie, jest imprezą kameralną. Ale, według mnie, ta właśnie kameralność jest jego największym atutem: na trasie większość z nas walczy samotnie za to przy wybitnym wsparciu kibiców (to chyba jedyny znany mi przypadek uczestnika, który regularnie co roku przyjeżdża, specjalnie z Warszawy, żeby wspierać wszystkich bez wyjątku biegaczy) natomiast tuż za metą, po przywitaniu przez najlepszego na świecie spikera (dzięki temu, że nie wpadamy na nią stadami, Zenek ma czas, by o każdym powiedzieć kilka słów) zaczyna się prawdziwe biegowe święto. Ci, którzy choć raz byli w Rytrze wiedzą, co mam na myśli. Wiem, że zawsze spotkam tu przyjaciół. Dlatego, choć Organizatorzy utrzymują, że dziesiąta edycja była jednocześnie ostatnią, za rok też wrócę.

ZenusZenuś, Zenon Nowakowski, najlepszy spiker na świecie.

Visegrad Marathon RytroVisegrad Maraton, Rytro – zawsze będę tu wracać.

Reklamy

12 thoughts on “Visegrad Maraton i dziesięć lat historii moich startów”

      1. Już za dwa miesiące. Teraz stanie szlify formy. Będę startować w połowie września w Pile. Mam nadzieje, że z tym trzymaniem kciuków to nie tylko kurtuazja 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s