Buty na czarną godzinę


Pierwszą sytuację podbramkową spacyfikowałam, ratując się wybieganymi, wręcz zabieganymi butami. Ileś tam set kilometrów, kilka lat eksploatacji: intensywnej, aktywnej. W ostatnim kwartale treningów już wręcz buty krzyczały i wyły ‘DOŚĆ. MY JUŻ DOŚĆ’.
Zmuszona jednak byłam je zabrać i użyć na docelowym starcie. A był to maraton. I starałam się nie skupiać na nich, nie myśleć i nie analizować ‘dam radę, wytrzymam’. Nie miałam wyjścia. I choć po 37 kilometrze przez chwilę wyraźniej buty dały do zrozumienia, że już naprawdę są do cna wyeksploatowane, przełamałam odczucia i dobiegłam.
Zapłaciłam, a jakże, za upartość i brak zorganizowania. Za nieumiejętność konstruktywnego działania. Pobiegłam gorzej. Zawiodłam siebie.
Potem były treningi do niby mojego kluczowego startu tego 2015 roku. Również głównie w tychże wydeptanych, zabieganych adidasach. Znowu twierdziłam, że nie teraz, nie dziś, nie jutro i nie za tydzień zaopatrzę się w nowe, porządne, przeznaczone na asfalt i długie bieganie buty.
Aż w końcu dwa tygodnie przed startem mobilizacja nastąpiła. Nabyłam drogą kupna Adidas Duramo. Owszem – jak dla mnie – but dobry, ale tylko na krótsze wybiegania. Asfalt? Tak. Do godziny. Każdy moment powyżej tego czasu – nie. Nie dla moich stóp w tych butach. W tym okresie treningowym doświadczyłam dłuższego wybiegania. Miało być około 30 kilometrów. Miało być powyżej dwóch godzin ciągłego ruchu. Było. Ale stopy same oznajmiły: NIE.
Dwa dni wątpliwości, rozważań. Rozmyślań ‘dotrzemy się’, ‘trzeba czasu’. Owszem: krótki, do czterdziestu minut, trening biegowy, siła biegowa w postaci wieloskoków, przebieżki – tak. W takim celu, dla mnie, mogą być Duramo adidasa. Przedostatni trening 70minutowy. I ostateczna decyzja: absolutnie nie. Nie dam rady. W tych butach nie przebiegnę maratonu.
Prosto z biegania poszłam do SklepuBiegacza w Katowicach. Profesjonalna konsultacja, wnikliwe rozeznanie. I sugestia: Asics Cumulus 16. Ewentualnie 15. Ale… pięćset złotych bez złotówki? Jak najbardziej uprzejmie podziękowałam Edycie Wilk, która poświęciła mi w tym sklepie pewnie z czterdzieści minut. Nie kupiłam. To naprawdę astronomiczna kwota.
Ach – jaka szkoda. Pierwsze wrażenie: odczucie super wygody. Nawet na wyraźnie wyczuwany wewnątrz, przy palcach, szew zaczęłam spoglądać przychylniej. W końcu but do biegania, długiego biegania, należy dobrać z odpowiednim ‘zapasem luzu’ – do około jednego centymetra złudnie większy – to… chyba…, może… nie będzie przeszkadzało? Nie narazi na obtarcie.
Nie kupiłam. Może gdy przecenią? Tyko kiedy??? Już wtorek, a ja na niedzielę potrzebuję.
Myślałam, myślałam i myślałam. Na drugi dzień szukanie alternatywy i ratunku. Za połowę wartości Cumulusów, tych mierzonych we wtorek, nabyłam drogą kupna Nimbus 14. Po pierwsze – nie ma (a przynajmniej nie są wyczuwalne przy palcach, wewnątrz) szwów. Po drugie – podobnie jak Cumulusy –  wygoda. Jaka przyjemność dla stopy. Jak miło… Choć żal – dałam za nie dwie wartości Duramo.
Teraz chodzić i używać ich do samej niedzieli. We czwartek, zgodnie z planem: 70 minut biegania w pierwszym zakresie. Potem dziesięć przebieżek.
Pobiegłam. Rozkoszowałam się miękkością i amortyzacją. Cieszyłam lekkością każdego kroku. Co za przyjemność!
Wieczorem chwile zwątpienia i kolejnych rozterek: bolą mnie… pięty. Co tego powodem? Buty te nowe, czy te stare, skorygowane nowymi, spowodowały taki uraz?
Następnego dnia wyjście na szybkie zakupy. Przejście gdzieś tam po coś. Za każdym razem zakładałam Nimbusy 14. Wieczorem, zwłaszcza po dłuższym nieużywaniu kończyn dolnych – czyli np. siedzeniu, leżeniu – jeszcze bardziej odczuwalny ból pięt.
W sobotę – zrezygnowałam z sugerowanego w planie, ale nie obowiązkowego rozruchu. Podobnie do dnia poprzedniego – jakiekolwiek gdziekolwiek wyjścia – w Nimbusach14.
Problem ze spaniem: nie tylko pięty, ale i łydki, mięśnie – pobolewają. Nogi ociężałe, ołowiane. Niemoc uśnięcia pewnie uwarunkowana stresem jutrzejszego startu.
Ech, co to będzie. Co to będzie.

Niedzielna pobudka bardzo wcześnie. Niedospana, ale tylko trochę. 20 minut starczyło, by ogarnąć wszystko i wyjść do pociągu. Po półtorej godzinie wysiąść i umiarkowanym tempem rozruszać członki przez 40 minut. By dotrzeć do biura zawodów.
Hm : 6:47. Na zegarze. A tak ciepło na dworze! Co będzie potem??? Bieg ustalono na godzinę 9.
Zweryfikowana, przebrana, usiadłam w cieniu rozmyślając o biegu, Nimbusach14 i taktyce. Co to będzie, co to będzie…?
Pod Szyb Prezydent odwozi nas, biegaczy, podstawiony przez organizatorów z parku chorzowskiego autobus.
Upał, słońce, mało cienia, toi-toie. To one są oblegane. Biegniemy za pół godziny. Dziesięć minut przed startem wspólna rozgrzewka.
Jak się rozgrzewać w ten upał. Ile jest teraz stopni? Rozgrzewam się. Nie ma co. Upał niczego nie usprawiedliwia. Trzeba rozruszać, ‘naoliwić’, stawy. Przezornie ukryłam się w miejscu zacienionym. Przezornie zaopatrzyłam się w butelkę wody, choć jeszcze wczoraj zastanawiałam się, czy ją brać. Biorę.
Stresuje mnie obecność siostry i szwagra z dziećmi. Bo… Bo będzie głupio, jak nie ukończę. Dziwnie się czuję. Boję niemiłosiernie. Co rusz przywołuję mantrę ‘maraton odbywa się najpierw w głowie’. Trudno ją całą ciągle powtarzać. Trudne warunki. Nie chcę też rozmyślać, czy dam radę – jak się spiszą Nimbusy14? Jedno bieganie siedemdziesięciominutowe to zdecydowanie za mało. ‘Nie testujcie nowości na maratonie’.
Ech. Ech. ECH!!!
Rozpraszam stres usiłując zagadać półtoraroczną siostrzenicę. Ona niechętna – szykuje się do snu. Siostra coś mówi, podpowiada, sugeruje. Szwagier dopytuje. Rozważamy, jak ciągnie pierwsza z trzech części trasy. Ta, która wiedzie dzielnicami sąsiadującymi z tą, w której mieszkają.
Napięcie wzrasta im bliżej godzina startu. ‘Przepraszamy państwa, ustawiamy się z drugiej strony dmuchanej bramy’ – podpowiada konferansjer tłumowi, który ustawił się tak, by napis ‘start’ był przed nimi. E tam, taki niuansik.
Odliczanie, startowanie. Bardzo rozmyślnie ustawiona przy końcu biegających, rozpoczynam marszem. Przekroczywszy linię startu – matę pod którą czytniki czipów umieszczone – zbieram się do truchtu. Wolniutkiego. I takim tempem, z innymi biegaczami, przebiegam pierwsze kilometry. W tłumie gubią się pierwsze podbiegi, tyle razy już przechodzone przeze mnie. Kluczymy rozkopanym rynkiem chorzowskim, uliczkami wokół niego, by powrócić piątym kilometrem pod bramę Szybu i dalej już biec wytyczonym szlakiem ulic.
Treningowo biegając, choć planowałam, nie zdążyłam obiec tej części – nazwałam ją pierwszą z trzech – trasy. Samo się narzuca: pierwszych 16 kilometrów wiedzie właśnie przez Chorzowy: Miasto, jego rynek, Stary. Kolejne dwie części, to dwie pętle w Parku Śląskim.
Wracamy do Szybu, po czym udajemy się w rejony Chorzowa Starego, pewnie zahaczając o granice Batorego.
Pierwszy i trzeci punkt z wodą – ten przy Szybie – sama woda. Drugi – ulokowane są co mniej więcej pięć kilometrów – drugi dla mojej grupy, która dociera do niego w pięćdziesiątej drugiej minucie – okazuje się mało przyjazny. Bananów w bród – ale wody ni grama. Jedna z wolontariuszek woła ‘mogę dać moją prywatną, dam moją prywatną’ – nim jednak sięgnie po nią, przebiegamy dalej. Może zdążyła podać następnej grupie, tej za nami.
Trasa o tyle ciekawa, że część z nas poznaje miejsca, których zapewne nie zwiedzi nigdy. Obiegliśmy – tak myślę – całą, albo przynajmniej dużą część – elektrociepłowni CEZ Chorzów. Przebiegaliśmy wzdłuż części Elektrowni Chorzów i Zakładów Azotowych. Wbiegliśmy w uliczki Chorzowa Starego, zapoznaliśmy się z ‘Doliną Górnika’ przebiegając całą linię brzegową tamtejszego zbiornika wodnego. Zdumiało mnie, kiedy przebiegaliśmy przez sam taras Restauracji Bartek.
Uliczki i ulice – ciągle podbiegi i zbiegi. Ciągle słońce i niewiele cienia. To dopiero czwarta część całości, a umęczyła już niemiłosiernie. Ponownie wbiegliśmy w bardziej cywilizowane, zabudowane gęsto ulice Chorzowa. Obiegając Kościół św. Marii Magdaleny, znów wkroczyliśmy w strefę Szybu Prezydent. To tutaj, u początku wbiegu w ulicę Kościuszki dopingowała mnie rodzina filmując i fotografując umęczonych biegaczy. Szwagier zaś, już zainfekowany bakcylem biegania, ‘podciągał’ mnie kilkaset metrów. Zagadywał, oferował banana, wodę. Dopytywał, wypytywał – a ja nie miałam siły wypowiedzieć jednego słowa. Zamieniłam jedynie butelki – moją już prawie na wykończeniu – na tę, którą mi podał. Cięższą, bo pełną, ale lżejszą, bo mniejszej pojemności. ‘Który kilometr?’ – nawet na to nie potrafiłam odpowiedzieć. Tylko czułam, że to coś koło szesnastu. Tak było pisane w rozpisce na stronie maratonu.
To był piętnasty kilometr. Chwilę po tym, jak szwagier zawrócił, dobiegaliśmy do punktu z napojami. Za nim oznakowany 15 kilometr. A gdzie koniec???
Mijając Szyb, skręciliśmy w ulicę Parkową, by po kilkuset metrach wbiec na teren Górnośląskiego Parku Etnograficznego i tu, pewnie główną aleją-ścieżką asfaltową pokonujemy ze dwa, czy może trzy kilometry. Stąd już do Parku Śląskiego. Druga i trzecia część maratonu. Czyli dwie pętle po 12 kilometrów. Czyli przekonanie się, czy to, co irytowało mnie przy próbie zapoznania się z przebiegiem trasy na treningach, będzie dobrze poprowadzone i oznakowane. Czyli męczące bieganie dalej, bo znowu podbiegi i zbiegi.
Aleją Harcerską wbiegamy w główną trasę parku – Promenadę gen. Ziętka. Czujnie rozglądam się, w którym momencie należy skręcić. I gdzie. Aleja Fali po kilku: -set, czy -dziesięciu, metrach? Chyba dwie, trzy, najwyżej cztery setki pokonujemy Promenadą, by wbiec w zawijasy pętli. Aleja Fali to fragment parkowej mili. Dobrze, że poprowadzona w przeciwnym kierunku – biegniemy z górki. Jednak nie ma lekko – Aleja Klonowa wyprowadza nas w ścieżkę Alei Łani: słoneczko przygrzewa, choć listki drzew rzucają cień na asfalt. I – choć to niewielkie, ale jednak: wzniesienie! Ufffffff – nie daję rady, zmuszam się do biegu, który bardziej na truchcik, taki ciężki wygląda. W końcu niestety poddaję się przechodząc w marsz. O! tabliczka: 20 kilometr. Znów zrywam się do biegu, bo w dół prowadzi teraz trasa. Kilka minut później najpierw tylko słyszę pikanie, nie potrafiąc zlokalizować kierunku, po czym sama przedeptuję matę – PÓŁMETEK! Tutaj pomiar międzyczasu.
Upał wcale nie ustępuje. Zmęczenie się nasila. Drugie tyle kilometrów przede mną i innymi, którzy moim tempem biegną. Wybiegłszy znów na główną trasę Parku – Promenadę Ziętka – po raz kolejny się poddaję przechodząc w marsz. I… I tak już niemal do końca zostaje. Zmuszam się do truchtu-biegu tam, gdzie w dół trasa. Zmuszam się do ucieczki od nasłonecznionych miejsc.
Siostra macha do mnie dzielnie dopingując. Wraz z siostrzeńcem wyciągają kciuki do góry. ‘Dasz radę!’ – wołają. Owszem – tylko marszem – odpowiadam ledwie-ledwie. Pięć kroków od nich szwagier idzie z córeczką. O – nawet uśmiecha się do mnie maleństwo. Macham jej, starając się przestawiać w biegu, w tym ciężkim upalnym słońcu, kolejne kroki. Już sił nie mam. Nie. To nie mój maraton, choć miał być! Toż ten maraton miał być głównym startem tegorocznym.
Minęłam oznakowany na asfalcie 40 kilometr. Oto przede mną jeszcze jedna pętla. Oto jeszcze 12 kilometrów. Oto jeszcze – hm: mogłaby być tylko godzina. Ale nie będzie. Wiem o tym doskonale. Znowu wbiegam w zawiłe odcinki alej: Fali, Klonowej, Łani. Nie – wnioskuję – absolutnie nie jestem przygotowana na ten bieg. W tej temperaturze
Lekko nie jest. Podziwiam biegacza, który mnie wyprzedził. Nim ja pokonam kolejne metry Alei Klonowej, Promenady Ziętka – słyszę konferansjera, Pana Augusta Jakubika ‘mamy dziesiątego maratończyka. I jeszcze ani jednej kobiety. Czekamy na pierwszą kobietę.’
Och – jakże chciałoby się już finiszować. Wbiec w tę strefę, gdzie koniec tego męczącego, tak wyjątkowo dzisiaj męczącego, biegu.
Biegnę dalej, tracąc nasłuch strefy mety. Promenada Ziętka wyprowadza po kilkuset metrach w rejon Rosarium. Stamtąd jeszcze zakręt do Żyrafy. Znowu ucieczka od nasłonecznionego, gorącego asfaltu. W cień. W zbieg, bo stąd w dół prowadzi trasa. Na asfalcie zielonym sprayem wypisany 36 kilometr. Gdybym…, gdybym biegła, gdybym miała te brakujące siły, więcej mocy w sobie, więcej hartu ducha – byłoby przede mną 36 minut biegu. Ale nie jest. I nie będzie. Nie dzisiaj!
Znów podbieg, esy-floresy Promenadą, podbieg. Punkt z wodą i izotonikiem. W długą teraz po zasileniu elektrolitami. To Aleja Leśna, która ciągnie kilometr, dwa, trzy? Zbieg i podbieg. Podbieg, podbieg, zakręt. Most – znowu picie. Jeszcze jeden akcent w górę – i zbieg. Mocny i mocniejszy. Niestety – sił starcza ledwie. Te zbiegi, te miejsca, które w dół ciągną, mocy starcza na krótki odcinek biegu. Znów w marsz przechodzę. Chcę koniecznie ukończyć ten maraton – wolno, wolniutko, ale tak, by nie zgrzać bardziej i bardziej umęczonego organizmu. Jak przyspieszyć? Jak więcej z siebie dać?
O – 39 kilometr. Pomarańczowy spray na asfalcie. Mobilizuję się do biegu. ‘Jeszcze trzy kilometry sto dziewięćdziesiąt pięć metrów.’ – mówię do siebie. Jeszcze tylko-aż trzy kilometry. Pierwszy z nich w pięć minut z dużymi sekundami pokonuję. Kolejny – już ponad siedem minut. Bieg przeplatam marszem, który tylko mnie wydaje się szybkim.
Wyprzedzam chodem kolegę. Jestem w stanie tylko ręką machnąć w pozdrowieniu. Znowu spray na asfalcie: 41 kilometr. Docieram do Promenady, kolorowy odcinek asfaltu zmuszam się pokonać biegiem. Wolnym – ale biegiem. Co i rusz ktoś z kibiców podpowiada ‘już tylko osiemset metrów’. ‘Jeszcze pięćset’ – ktoś następny mówi. A ja w głowie tylko jedno tłukę: tysiąc sto dziewięćdziesiąt pięć. I tak po każdych kilku krokach ‘tysiąc sto dziewięćdziesiąt pięć’. Mijam boisko piłkarskie, gdzie publiczność bije brawo, bo pewnie strzelił ktoś bramkę. Mijam wjazd, gdzie kierunkowskaz ‘Stadion Śląski’. Mijam wzniesienie na dwa pięć kroków – skrzyżowanie z Aleją Harcerską. Biegnę, choć tak chcę już nie biec. Widzę już baner ze wskazaniem kierunku końca biegu. Strzałką w prawo. Dobiegam do strefy mety, gdzie kilkadziesiąt metrów od jej linii z imienia i nazwiska wymienia mnie prowadzący – Pan Jakubik.
Dobiegam, przekraczam, wyłączam stoper. Zmęczona bardziej psychicznie.
Cóż to było? Półmaraton i pokonanie trasy maratonu. Tyle. Bo to nie był bieg.
To miał być start roku, a jest…
‘Biegaj dla radości’ – mówiła na starcie siostra, gdy odpowiadałam, że ciężko dziś będzie.
Tak: biegać dla satysfakcji. Dla radości. Dla siebie.
Nie dla startów. I nie maratony. Nie. Zdecydowanie. Nie jestem do tego. W tym roku starty już tylko w tych biegach, gdzie się już zgłosiłam. Absolutnie ani jednego więcej.
Ale – ale muszę pokłony bić projektantom Nimbusów14. Te buty są super!
Dzisiaj – wtorek. Druga doba po tym morderczym dla mnie biegu. I nie mam odwagi nałożyć innych butów. Chodzę cały czas w Nimbusach14. Czyżby to buty na czarną godzinę? Dla mnie na pewno.

Reklamy

1 thought on “Buty na czarną godzinę”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s