Kij w mrowisko


medalTo tylko część nagrody

Bieganie jest cudne.
Jak się już wyjdzie. Jak się już biegnie drugi, piąty, ósmy kilometr.
Jak się zaczyna ‘drugie kółko’ na siłowni, z trzech stacji ćwiczeń wzmacniających.
Jeszcze cudniejsze jest samopoczucie zaraz po. I tuż przed zakończeniem. I w trakcie biegu, gdy się rozmyśla ‘Wrócę do domu. Prysznic. Dobry napój. Musujący? I będę jeść i jeść’.
Czemu zatem tak trudno się zebrać i wyjść? Czemu przez długi kwartał tak ciężko było zmobilizować się, by zacząć racjonalny plan treningowy? Czemu ciężki był mózg, nogi, ubieranie. I każdy kilometr, na który się z przymusem wychodziło.
Czemu?
Przecież BIEGANIE JEST CUDNE!!!
Każdemu z nas w niejednej materii życia potrzebny rozsądek, równowaga. A ja, ja idę ‘na złość wszystkiemu i wszystkim’. Sobie również.
Przystąpiłam do treningów przygotowujących do Orlen Warsaw Marathon ad 2015 od pierwszych zajęć, a nawet zainaugurowałam je: wystartowałam jedną niedzielę wcześniej, niż one.
I czemu każdy kolejny trening był dla mnie mordęgą? Dlaczego ciało, myśli – były takie ociężałe. Dlaczego nie potrafiłam zmobilizować się, by zacząć trenować mądrze? A przecież prowadzące treningi dziewczyny tak dobrze prowadzą zajęcia! Tak – tak: DOSKONALE – przygotowują, wyjaśniają, informują. Tak mądrze prowadzą każdy trening, podkreślając istotność rozgrzewki, porządnego przygotowania organizmu do biegu. I potem – po bieganiu, pokazując i prezentując przeróżne ćwiczenia rozciągające tak ważne dla mięśni umęczonych długim i często ciężkim bieganiem.
Teraz – ‘za pięć dwunasta’ – rozważam i rozmyślam. Czasem ganiąc siebie, odrzucam złe myśli. Nastaw się pozytywnie! ‘Maraton biegnie się przede wszystkim głową’ – tak niegdyś napisał mi śląski ultramaratończyk.
Z takim też nastawieniem wybieram się w ostatni weekend kwietnia 2015 roku do Warszawy. Mam zamiar podjąć wyzwanie, które postawiłam sobie już w grudniu minionego roku. Obaw jest mnóstwo. Dopiero od miesiąca staram się bardziej rzeczowo trenować. Rozbiegać ospałe mięśnie, rozciągnąć je i rozruszać stawy.
Przykład – dzisiaj: wolny dzień od pracy zawodowej. Przede wszystkim wyspałam się do woli. Porządnie zaopatrzyłam organizm w odpowiednie śniadanko. Tym smaczniejsze, że przygotowała je, sama się oferując, moja niezastąpiona Córka.
Pies? Może nie – dzisiaj ładnie, słonecznie, ciepło. Będzie mnóstwo ludzi. Nawet na tych moich dróżkach leśnych biegowych. A niech! – decyduję się ostatecznie – zabieram go.
Wybiegam z podwórka wolniutkim, leniwym truchtem. Plan zakłada do 70 minut biegu w pierwszym zakresie, około 12-15 minut gimnastyki rozwojowo-rozciągającej i w sumie kilometr, czyli 10x100m siły biegowej. Wieloskoki na wzniesieniu.
Psa już za pierwszym kilometrem muszę czepiać na smycz ze względu na zbliżających się ludzi. W czasie całego biegu takich momentów jest kilka. Wyjątkowo posłuszny dziś mój czworonóg, od razu daje się ‘uwiązać’.
Sam bieg? Tak jak na wstępie pisane: cudny! Ten początek tak ciężki, ale każdy następny kilometr coraz bardziej satysfakcjonujący. Słońce radośnie grzejące, wiatr chłodzący. I te ptaki – choć trudne do wypatrzenia wśród sosnowych gałęzi – głośno świergoczące, momentami nawet i jazgoczące. Po pięćdziesiątej minucie moim zmysłom swoje dostojeństwo zaprezentował żuraw, sunący cichym lotem swych ogromnych skrzydeł nad czubkami drzew.
Dobieg do górek-wzniesień, miejsca, gdzie za kilkanaście minut zacznę męczące podbiegi. Najpierw porządne rozciągające i ogólnorozwojowe ćwiczenia. Po nich chwila koncentracji. Działam. Pierwszy bieg – niemal jak falstart. Rozpoczęłam spokojnie, skupiłam się na prawidłowym wyprowadzaniu nóg koordynując ich przemieszczanie z pracą przedramion. I co? I klapa. 30-40 metrów przed celem, przed samą górką wzniesienia. Porażka!
Wracam najpierw marszem, wyrównując oddech, potem truchtem. Ociężałym. Zawracam. Rozpoczynam drugą setkę: pierwsze metry w zwykłym biegu pokonując, po dziesiątym metrze rozpoczynam wieloskok. Raz-dwa-trzy- cztery, raz-dwa-trzy-cztery. Liczę milcząco, pracuję przedramionami, zmuszam do pracy nogi. Tym razem 20 metrów przed celem zakończyłam. Znowu marsz i trucht. Następna setka.
Och, ciężki to fragment treningu. Zmusiłam się do 11 odcinków. Za ten nieudany pierwszy.
Kończę siłówkę. Pozwalam sobie na kilka minut odpoczynku. Mierzę pokonane odcinki – no: w sumie cały odcinek miał 130 metrów. Jeśli każdy zaczynałam truchtem, do wieloskoku przystępując dopiero po 10 metrach, a kończąc od 40 do 20 metrów przed celem, to – hm – plan wykonany w 70-80%?
Niech tam. Już trochę ‘odetchnięta’, z wyrównanym oddechem – ostatni etap planu: 2km. W sam raz, by dotrzeć do domu.
Udało się? Trochę tak – czuję zmęczenie, czuję satysfakcję. Efekty?
Nie myślę. Biegam. Wierzyć w siebie, w swoją moc, w możliwości organizmu?
Cóż – okaże się. Obym ukończyła. Niemniej, dzisiejszy trening mnie satysfakcjonuje. Choć te podbiegi… Nie. Nie myślę już o nich. Bieganie jest cudne!

 

Reklamy

4 thoughts on “Kij w mrowisko”

  1. Trzymam kciuki za Twoje dalsze przygotowania, treningi.
    I choć zmęczenie będzie -nie poddawaj się 🙂

    Prze de mną pierwsza połówka w maju i też teraz już o niej intensywnie myślę, myślę jak rozłożyć treningi, jaką taktykę zastosować, czytam porady tych – którzy już taki dystans przebiegli 🙂

    Powodzenia 🙂 Serdecznie pozdrawiam 🙂

    1. Dziękuję Małgorzato za dobre słowa. Tobie również pomyślności. Czytaj, słuchaj, patrz – ale najbardziej to wsłuchuj się w siebie. To chyba najważniejsze w bieganiu.

    1. O, Kanarku. Dziękuję za odzew i Twoją aktywność. Będziesz trzymał mocno kciuki? Albo nie trzymaj – i tak, co ma być, to będzie. Uśmiechnij się.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s