Orlen Warsaw Marathon – 10. trening – dać z siebie wszystko


Trening – jak co tydzień: niedziela, zbiórka o 9, Alma ul Kościuszki.

15.02

Nic to, że późną nocą wróciłam z podróży, że ostatnich 10 godzin spędziłam w pociągu. Tym bardziej należy się ruszać. Szkoda tylko, że spania było mało. Cóż za problem: trening trwa ledwie godzinę,
półtorej. Potem się wyśpię.

Szybko do miejsca ‚przepaku’, który sama muszę organizować. Nie udostępniono nam szatni. Z miejsca przebrania biegusiem do miejsca zbiórki, oddalonego co najmniej kilometr. Widzę pod sklepem Almy liczną charakterystyczną, kolorową grupę. Jeszcze nie wybiegli. Jeszcze sprawdzanie
obecności przez wpisanie na listę, jeszcze ostatnie informacje od dziewczyn-trenerek o planie na dzisiaj.
Biegniemy na ‚Dolinę’ – kierunek Muchowiec. Rozgrzewka, przygotowujące ćwiczenia do właściwych zajęć. Ostatnie rozterki, czy damy radę. I nie tylko o siły fizyczne, kondycję biegaczy tutaj chodzi a
o nawierzchnię, o podłoże. Dzisiaj mają być ‚tysiączki’:kilometr w tempie maratońskim, bądź zbliżonym. Odpoczynek co najmniej 3-minutowy. I znowu kilometr, i odpoczynek. Tak osiem-dziesięć powtórek.

Pierwsze ‚sprawdzam’ mało ciekawe.
Nasz dotychczasowy odcinek bardzo niesprzyjający zadanemu treningowi. Nawierzchnia asfaltowa
niezwykle oblodzona, miejscami bardziej ośnieżona. Bardzo, bardzo niebezpiecznie. Zatem ‚sprawdzam’ kontynuujemy.
W ruchu: kontynuujemy ćwiczenia ogólnorozwojowe. Następnie trucht. Ktoś z grupy podpowiada: za drugim zakrętem już bardzo bezpiecznie. Tak, prawda. Docieramy do punktu, gdzie kolejna latarnia – jeden z wyznaczników odcinków – z numerem 45, staje się naszym punktem zero.

Beatka – główna prowadząca jeszcze raz informuje o charakterze tej części treningu. Włącza stoper i ‚odmierzacz dystansu’ – i biegniemy.

Rzeczywiście: na całej długości tylko w dwóch miejscach resztki śniegu i lodu. Topi się to jednak w tym radosnym promiennym słońcu  lutowego przedpołudnia. Samo chce się biegać, choć organizm ospały, leniwy, ciężkawy. To mój. Reszta grupy żwawo pokonała pierwszy kilometr. Nim dobiegłam, im mija już druga minuta relaksu. Gdy mój puls ledwie u wrót uspokojenia, oni już się zrywają do drugiego kilometra.

Ganię mój ‚owczy pęd’. ‚Czekaj!’ – wołam do rwących stóp za grupą. – ‚Jeszcze 40 sekund! Każdy swoim tempem!’- upominam siebie. W myślach. Gdy tylko trzecia minuta na stoperze, zrywam się do biegu, pod słońce, lekko w dół ciągnącym odcinkiem, który po trzystu metrach zamienia się w podbieg. Utajniony.
Gdybym nie biegła w tę stronę, nawet nie wiedziałabym, że kilkaset metrów pnie się w górę. Nachylenie kilkustopniowe. Widoczne to z kierunku przeciwnego. I na stoperze: dobiegam do naszej latarni z numerem 45, zaś stoper wskazuje 22 sekundy więcej. Więcej od tego czasu, który za pierwszym razem osiągnęłam, ‚w tamtą stronę’.

Scenariusz podobny: mój odpoczynek ledwie do pierwszej minuty dobiega, a grupa zrywa się do trzeciego kilometra. ‚Spokojnie’ – wołam ciszą myśli do swojego myślenia, do mięśni, do ciała – ‚Każdy wedle swoich możliwości’. Delikatnie, powolusieńku truchtam, uspokajając tętno, oddech. Wyciszając się, przygotowując na trzeci atak. Podbiegam pod linię startu wyznaczaną przez ‚naszą’,
czterdziestą piątą, latarnię. Jeszcze dwa głębokie wdechy i wydechy. Jeszcze kilka sekund po trzeciej minucie wypoczynku na wyzerowanie stopera, włączenie – i start.

Jakież dziś cudne słońce! Jaka aura! Co za rześkie powietrze.
Truchtam-biegnę mój kilometr, nie widząc już nawet tam, w dole trasy, ostatnich biegaczy mojej grupy. Przebiegam ocienionych kilkaset metrów asfaltu, znowu podbieg. Ostatnie 100, 200 metrów? I kilkadziesiąt metrów znów w cieniu. Tym razem nie drzewa, jak tam, a most nad trasą biegu. Zatrzymuję stoper przy drugiej brzozie. Z tej strony kilometra to ona wyznacza koniec-początek biegu. Tutaj już nie sięgają numerowane latarnie. One tylko wzdłuż asfaltowej, długiej chyba na trzy kilometry, alejki rolkowo – rowerowej, którą upatrzyliśmy sobie na dobre miejsce do treningów biegowych.

Na ile teraz scenariusz podobny do poprzedniego? Co raz mniej. W momencie gdy ja zatrzymuję stoper, sprawdzam czas, zeruję, włączam na trzyminutową przerwę – moja grupa zrywa się do pokonania kolejnego kilometra.

Truchtam sobie wyciszająco. Głębszymi długimi wdechami-wydechami równam tętno. Kąpię się w promieniach zimowego słońca. I biegnę.
Kolejne kilometry co raz bardziej różnicują moją odległość, moje tempo biegowe, w stosunku do grupy. Mijamy się już nie na linii startu-mety, a w połowie trasy biegowej.

I ja myślę o maratonie?

Nie. Nie myślę. Teraz biegam. ‚Ile fabryka dała’.

Po ósmym kilometrze część grupy kończy na dzisiaj trening. Jeszcze kilkanaście minut rozciągania.
Postanawiam przebiec jeszcze ‚tam’ i wrócić. Dam z siebie wszystko dzisiaj. Wymuszam na nogach, na wspomagających moje tempo przedramionach, na kontrolowanej sylwetce: prosto się trzymaj! –
szybsze biegnięcie. Jest jakiś efekt: ‚tam’, czyli w dół biegnąc urywam kilkanaście sekund na tym dziewiątym kilometrze. Kilkanaście, w stosunku do najgorszego czasu jaki osiągnęłam. ‚Z powrotem’ – porównując z najgorszym czasem, pod górę biegnąc – ostatni kilometr przybiegam o osiem sekund szybciej. Zawsze coś!

Zastaję jeszcze rozciągającą się ‚grupę pościgową’. Tę najszybszą, która przebiegła dziesięć odcinków. Chwileczkę sama się rozciągam. Grupa zbiera się ‚do odwrotu’. Żegnam ich.
‚Porozciągam się jeszcze’. ‚Chodź z nami’ – mówi Beatka – ‚Pod Almą jeszcze się porozciągamy’.

Ruszamy. Znowu wolniuśko. Bo lód, nierówności. Niebezpiecznie. Nie mam siły! Do punktu zbiórki jeszcze trzy kilometry! Biegnę-truchcikam. Znów na dalekim końcu, bardziej i bardziej pozostawiając grupę przed sobą, by w ogóle stracić ją z oczu za kolejnymi zakrętami.
Pod Almę dobiegam w momencie, gdy ostatnie osoby jeszcze rozmawiają. Wymieniają się doświadczeniami, wrażeniami. Cierpliwa Beatka czeka na mnie. Podpowiada, jak i jakie rozciągające ćwiczenia wykonać.

Ostatnie zdania, ostatnie rozmowy. Idziemy każdy w swoją stronę.

Dałam z siebie wszystko dzisiaj! W porównaniu z całą grupą – słabeusz ze mnie. Ale warto było przyjechać na trening.

Reklamy

1 thought on “Orlen Warsaw Marathon – 10. trening – dać z siebie wszystko”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s