Górska przygoda


górska przygodafot. Tomasz Makula; więcej zdjęć w galerii

Bieg górski. 16 listopada 2014r. 12.5 kilometrów. Niedrogi – oto argumenty, by się zapisać. By – pomimo zakończonego sezonu, pomimo wybiegania już swoich kilometrów w sezonie – pojechać w Beskidy i pobiec.

Jeszcze trzy dni przed startem miałam doskonały nastrój. Z uśmiechem i chęcią opowiadałabym o udziale, taktyce, zamierzeniach. O pobiegnięciu ‘ot tak’. Bo zorganizowane, oznakowane.
W dniu biegu gdzieś uciekło wszystko. Ulotnił się nastrój.
Dojechałam do Wisły Głębce pociągiem.  Do biura zawodów ulokowanego w Hotelu Podium  doszłam bez problemu: czarnym szlakiem, który łączy przedsionek Wisły Malinki z Głębcami.

Weryfikacja. Przebranie się. Czekanie. Dwie godziny.
Pogoda zsynchronizowała się z moim nastrojem: delikatny chłód, delikatne zachmurzenie.
Mało kogo, właściwie: nikogo nie znam. To dobrze. Ani siły, ani ochoty nie mam na rozmowy. Obserwuję wszystkich i wszystko. Przysłuchuję się rozmowom, choć nie docierają do mnie słowa. Jestem. Obok?
Pół godziny przed startem oddaję rzeczy do depozytu. Zdecydowałam się na krótka koszulkę. Ale długie getry. I niezawodne Salomony. Czas im na emeryturę. Zelówki niemiłosiernie zdeptane. Przyczepność starta niemal do zera. Ale jeszcze chronią stopy, zwłaszcza palce, przy zbiegach. Skutecznie bronią opuszki przed kamieniami, gdy biegnąc kopnę to jeden, to drugi czy zahaczę o wystający korzeń.
Gorzej, gdy na trasie trafi się dywan miękkich liści, jak doświadczyłam tego podążając czarnym szlakiem.
Przeurokliwie. Cudownie wręcz! Miejscami na długim odcinku szlaku dywan liści jesiennych mięciutki. Stopy szurając, zapadają się w bukowym brązie opadłym z drzew. Szłam po godzinie ósmej: mgły osiadały już, wilgoć powolutku schodziła, a jednak było miejscami ślisko. Jak będzie na trasie biegu?

Wyruszamy niemal punktualnie wg czasu podanego w regulaminie o godzinie 11ej. Start ulokowany na tyłach hotelu Podium. Biegniemy nawierzchnią wyłożona kostką betonową, zbiegamy do drogi asfaltowej. Nią dalej do wejścia na szlak leśny. Początkowy zbieg, po kilkuset metrach przemienia się w podbieg. Nie za straszny, a jednak odczuwalny.

Mój organizm, dość już wyeksploatowany, nakazuje marsz. Podporządkowuję się. Udział w tej przygodzie taki ma plan: chłonąć góry, relaksować się, odreagowywać nieprzyjemne nastroje i humory.

Biegnę. Idę. Wyprzedzana przez wszystkich, nie zrażam się. Wiem, co mogę. Czego nie powinnam już.
Trasa doskonale znakowana. Wyraźnie strzałki w zalaminowanych kartkach widoczne z daleka. Jest tak, jak mówiono mi w biurze zawodów: by się zgubić, naprawdę będzie trzeba się starać. Zgadzam się z tą opinią, pokonując kolejne wzniesienia, wypłaszczenia, zbiegi, których w pierwszej części trasy dużo mniej. Jakże tu pięknie!
Biegniemy żółtym szlakiem, który głównie lasem prowadzi, wzniesieniami. Wyprowadza nas na serpentyny dróżek asfaltowych pomiędzy rzadziutko rozrzuconymi gospodarstwami, częściej – polami i łąkami uprawnymi. Mijamy pasące się w jesiennej aurze łaciate brązowe krowy. To te holenderskie pewnie. Z dzieciństwa pamiętam przewagę czarnej maści tej zwierzyny. Teraz mniej takich, dużo tych brązowych.

W którymś momencie, chyba około pięćdziesiątej minuty mojego biegu, punkt kontrolny, gdzie spisują dobiegających. To jeszcze nie nawrót – informują, gdy któryś z biegaczy dopytał. Jakaż jednak niespodzianka: przebiegłszy jeszcze kilkadziesiąt metrów, skręciwszy kolejny raz – zbieg, zbieg, i jeszcze wyraźniejszy zbieg. Jakże radośnie! Jak cudnie przestawiać stopy, uważając na kamienie, topiąc się do kostek w liściach bukowiny. Maleńkie jodełki – samosiejki, albo pomiędzy dużymi już drzewami specjalnie dosadzone – jakże ta aura przypomina mi Solinkę. Bieszczadzką, niemal zapomnianą osadę, zagubioną pomiędzy zalesionymi górami. Tam właśnie przewaga buczyny i jodły. Ach! Co za miejsce! Jak cudnie szurać nogami w opadłych liściach buków. W tych brązowiejących, szeleszczących. Jak cudnie napawać wzrok świecącym igliwiem soczystej zieleni jodły. Chwila głębokiej nostalgii, tęsknoty – i już znów myślami i ciałem ponownie jestem w beskidzkich górkach. Biegnę, niesiona radosnymi nogami, które – tak męcząc się w pierwszej części trasy – teraz, pomimo już troszkę wyczerpanych sił, same niosą, gnając w przód. Po kolejnych metrach, zakrętach, zbiegach zalesioną częścią, doskonale oznakowaną – wybiegamy w znane już miejsce. Czyli pętelka obiegnięta. Czyli już bliżej mety, niż dalej, choć to jeszcze kilka kilometrów. Ha! Nie tak dużo: przebiegłszy asfaltowymi serpentynami, tymi dróżkami, które już prowadziły nas w tę stronę, łyknąwszy wodę z punktu ulokowanego właśnie w pomiędzy zakrętami nagiej od drzew części trasy, znów wbiegamy w zalesiony odcinek. Na drzewie kartka: 2 km.
Podbieg, który tak męczył w tę stronę, teraz napędza biegnących, na pewno mnie. Znowu kartka: 1 km. Po kilkudziesięciu minutach od tej poprzedniej.
Cudnie! Cudnie! Doskonale!
I wcale nie zraża mnie czas. Nie przyjechałam tutaj bić rekordów. Tutaj nie ściganie dla mnie. Tu chłonięcie. Piękno gór. Ładowanie akumulatorków, by żyć, funkcjonować. By zbierać zrujnowane myśli. By odbudować samoocenę. By wzmocnić fundamenty Siebie.
Druga część trasy, ta zbiegowa, niewiarygodnie szybko dla mnie mija. Dobiegam do miejsca, z którego wyraźnie słychać prowadzącego całą imprezę konferansjera. Stojący przy rowerze człowiek wskazuje: tutaj, po schodach do góry. Skąd mam siły, by co dwa stopnie wskakiwać? Skąd mam siły, by finiszować szybciej?
To z gór. Z tych liści rozrzuconych. Z możliwości brodzenia w mięciutkiej ściółeczce brązu szeleszczącego. To koi.
Oczywiście, jak zawsze, jak po każdym biegu: żal mi, że nie osiągnęłam lepszego czasu. Nawet pomimo założeń. Nawet pomimo planu. Godzina z dwudziestoma pięcioma minutami na dwanaście i pół kilometra trasą górską nie jest zadowalającym wynikiem.
Dziś on nie jest dla mnie, nie ma być!, ważny. Dzisiaj istotne, by chłonąć atmosferę gór. Ich urok. Możność bycia w nich. Swobodnego biegania. Swobodnego: zapewniony depozyt, oznakowana trasa. Nie grozi zagubienie się. Nie grozi przeziębienie: po biegu mogę się przebrać w suche ubranie.

Bardzo dobrze, że zdecydowałam się na udział w ‘Górskiej Przygodzie’ zorganizowanej przez http://www.sportpelenpasji.pl/

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s