Pierwsze kroki na nowej bieżni


Od miesiąca? Chyba tak. Od miesiąca w moim mieście można potrenować na profesjonalnej bieżni. Takiej prawdziwej. Wokół boiska piłkarskiego. Czerwonej, tartanowej bieżni. Z precyzyjnie odmierzonymi czterema setkami.

bieznia
Pierwszy trening był rekonesansem nawierzchni. Wybrałam się po zmroku, bo tak doba pozwoliła trenować. Pierwszych kilkaset metrów, a może i kilka kilometrów nawet przy blasku lamp z sąsiedniego boiska. Tam trenowali piłkarze. Kolejne kilkadziesiąt minut przy skromniejszym oświetleniu z innego sąsiedniego boiska, przyświetlanego lampami solarnymi. Tak, tak. Moje miasto idzie z duchem nowoczesności.
Jakże wspaniale biegało się kolejne i kolejne kółko. Nawierzchnia amortyzowała. Nawet temperatura późnowieczorna była przyjemna.
Kolejny trening już konkretny: 4x2km w określonym czasie. Ten konkret musiałam nieźle ‘dokręcać’ – chyba tylko raz udało mi się ukończyć odcinek w bardzo przybliżonym czasie do zadanego. Myśli biły się: biec szybciej, by wykonać plan, czy biec wolniej, by ‘nie spalić’ formy?
Należałoby w końcu sprawdzić swoje tętno i wyczuć, który moment jest tym, kiedy nie powinnam już biec szybciej. Przez cały trening kołatały w myślach zdania wyczytane z biblii biegaczy długodystansowców – jednej z książek Jerzego Skarżyńskiego: pobiegniesz za szybko, zniszczysz cały dotychczasowy plan. Spalisz.
Niemniej radość biegu podkreślała świadomość miejsca jego odbywania. Pomimo trochę mokrej aury – w ciągu dnia padało – możliwe było wykonanie na koniec serii ćwiczeń rozciągająco-zaprawiających: głównie ‘deski’. Nawierzchnia bieżni przyjazna tym ćwiczeniom: bez obaw mogłam się położyć na tartanie, nie przemaczając ubrań.
Kolejny trening i znowu konkretne dystanse w określonym czasie. Tym razem czterdziesto-sekundowe biegi na 80% mocy startowej z podwójnym czasem truchtowego odpoczynku. Zakończenie jak poprzednio: ćwiczenia wzmacniające. Na ten trening na moich stopach moje bardzo lubiane wizualnie i ‘pierwszowrażeniowo’ Reeboki. Te do krosów. Ale i do sprintów uważam bardzo dobre. Z powodu bieżnika podeszwy: jak kolce. Tak mnie się przynajmniej wydaje. Uwielbiam te butki. Tak dobrze stopa się w nich czuje, gdy tylko ją wsunę w środek. Niestety, co już niegdyś wspomniałam, nie dobrałam odpowiedniego rozmiaru. O pół centymetra za małe! Do dłuższego chodzenia wygodne, przyjemne. Do szybkich biegów – uuu, bolą paluszki po zajęciach, bolą. Zwłaszcza pod koniec zajęć, gdy wykonuję cztery serie ‘deseczek’, kiedy to w podporze na przedramionach, stopy oparte na opuszkach palców. Uff, to boli. Wytrzymałam.
Po powrocie do domku stwierdziłam, że te Reeboki będą niestety tylko do spacerów wykorzystywane. Ach, jaka szkoda. Bo naprawdę są super! Takie leciutkie. Tak przyjemnie stopa czuje się, gdy tylko nałożę butki.
Wczoraj znów trening na bieżni. Znowu ciemno. Już dużo zimniej niż wtedy, gdy pierwszy raz tutaj biegałam. Doświadczona poprzednią wizytą mam na sobie raz, dwa, trzy, cztery warstwy na górze. Nie licząc sportowego stanika, założyłam koszulkę, dwie koszule-bluzy z długim rękawem i jeszcze na to jedna koszulka z krótkim rękawem. Wszystkie techniczne. Tak podpowiada doświadczenie: spocone ciałko bardzo odczuwa chłód, gdy czas spacerkiem wracać do domu. A bieżnia trzy kilometry od niego.
Przystępuję do dzieła głównego po jednym truchcikowym kółku: 8×1. Osiem razy kilometr. W określonym czasie. Grrrr. Muszę chyba wrócić do ‘poziomu przedszkola biegowego’. Obecny plan to założenie treningowe: dycha w czterdzieści minut. To zapewne jeszcze nie mój poziom – wnioskuję po trzech tygodniach treningów. Znowu rozterki: biegać szybciej, by zmieścić się w założonym czasie, czy jednak pilnować tętna, które monitoruję, o ile można uznać tę metodę za dobrą, na podstawie mojego oddechu. Każdy z tysiąca metrów zaczynam szybciej niż tempem spacerowym, jednak kolejne czterysta metrów już męczy, a ostatnie dwieście metrów dyszę jak lokomotywa.
Opieram się na rozsądku. Ciesząc się z miejsca: z tej pierwszorzędnej bieżni, nie chcę psuć nastroju treningu przemęczeniem, nieodpowiednim tempem biegu. Poszczególne kilometry kończę do dwudziestu sekund dłużej, niż ustawiłam mój minutnik. A i tak ten czas ustaliłam na ten skrajnie długi, jaki dopuszczał trening. Trzeci, siódmy i ósmy kilometr udało się ukończyć odpowiednio: o 10 sekund wolniej, w ustalonym czasie i – to chyba dobrze, albo i bardzo dobrze – pięć sekund szybciej!
Co za radocha móc trenować w takim miejscu bez stresowania się. Bez bicza czasowego, który zawsze nade mną wisiał, gdy tego typu treningi odbywałam na bieżni w Katowicach. Wtedy musiałam wyrobić się w czasie, by zdążyć na pociąg do domu.
Hm – uśmiecham się, tak się chwilkę zadumawszy…
Wyczytałam niegdyś, że ta nasza kaletańska bieżnia będzie bardziej służyć… ‘do fotografowania przed wyborami’. O Królu Ptysiu! –jak to ktoś pięknie wykrzyknął kiedyś – rety… W czasach, kiedy naprawdę wielu ludzi chce się ruszać. Szuka miejsc, by wygodnie, bezpiecznie i przyjemnie poruszać się. Bardziej konkretnie popracować nad kondycją, techniką, jakością swojego ruchu, biegu. W czasach, kiedy warto pracować z maluchami, starszymi i najstarszymi na czymś przyjemniejszym, niż beton starego boiska /to moje doświadczenia z lat epoki prehistorycznej, gdy byłam w podstawówce; na czymś takim biegaliśmy sześćdziesiątki. Dłuższych dystansów nie było szans/ – ma ktoś odwagę powiedzieć w taki sposób o jakimkolwiek obiekcie sportowym???
Bieżnię całkowicie wykończoną udostępniono z początkiem października. /http://www.kalety.pl/index.php?id=1&n_id=1943 / Osobiście biegałam na niej już kilka razy: 4, 5, 6? Nie liczyłam, musiałabym zerknąć w mój plan treningowy, a nie mam go przy sobie. Ja przychodziłam – ktoś tam już biegał. Kończyłam bieganie – ktoś następny przychodził. Wychodziłam z terenu stadionu – to tam usytuowana bieżnia, na Stadionie Unii Kalety – ktoś dobiegał, by na niej potrenować.
Radość z doskonałego miejsca do treningów. Przyjemność z nawierzchni. Wykorzystanie przez amatorów – bo na razie to głównie my, nieprofesjonaliści i indywidualiści sportowcy – to chyba naprawdę dowód na bardzo dobrą decyzję włodarzy miasta o budowie takiego obiektu.
Za kilka miesięcy, rok, kilka lat – popatrzymy, poobserwujemy. Na wykorzystanie bieżni, na jej stan. I wtedy ocenimy, czy warto było? Jak dla mnie – na chwilę obecną, WARTO!!!
W końcu też uczniowie naszych kaletańskich szkół będą biegali w miejscu, które samo woła i zachęca do ruchu.

Advertisements

2 thoughts on “Pierwsze kroki na nowej bieżni”

  1. Takie bieżnie są bardzo fajoskie, i świetnie że to macie.

    Trochę nie na temat, trochę na: U mnie w mieście w paru miejscach zainstalowano proste urządzenia gimnastyczno-rekreacyjne, typu stepper (jeśli tak to się pisze, pewno wiesz o czym mówię), i one się cieszą wielkim powodzeniem wśród użytkowników w każdym wieku. Czyli cośtam do kogośtam powoli dociera.

    Z drugiej strony biegania po Łonie Przyrody nic nie zastąpi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s