Góry czarują. Gorce Maraton. 30 sierpnia 2014r.


Dreszczyk emocji mnie ogarniał, gdy umawiałam sobie miejsce noclegowe w Nowym Targu. To druga przesłanka, by już nie stchórzyć, nie zrezygnować, nie wątpić. Skoro postanowiłam, zapisując się i opłacając, skoro ‘przyklepałam’ mój udział bukowaniem miejsca noclegowego – już nie muszę myśleć i się martwić. Powinnam dać radę.
No i bezwzględnie pamiętać i konsekwentnie stosować: to twój trening! Tutaj bierzesz udział dla siły, chłonąc jednocześnie atmosferę jednej z lepszych imprez biegowych po górach.

1gorce
Dodatkowym atutem jest dla mnie łatwość zapamiętania trasy, choć to góry i wcale nie mały dystans. Po pierwsze: bieg szlakiem górskim. Nawet, gdyby znakowania były wątpliwe, pewna jest trasa właśnie z powodu koloru szlaku. 2/3 prowadzi czerwonym, ostatnia część zielonym.
Punkty kontrolno-żywieniowe: Lubań, Przełęcz Knurowska, Turbacz, by zakończyć w Nowym Targu na Długiej Polanie.
Prawda, ubiegłoroczny udział dodał mi doświadczenia. W tym biegnę dla pracy mięśni. Dla wzmocnienia sił i psychiki. Bardzo dobrze wiem, że nie osiągnę dobrego czasu. On nie jest moim celem w tym biegu.
Piątek – po pracy kilkugodzinny dojazd autobusami do Nowego Targu. Ostatnie zakupy prowiantu. Spacerek z centrum miasta do punktu noclegowego. Traktuję to jako formę aklimatyzacji. Rozpoznania i oswojenia z miejscem.
Sobota ranek – pobudka nie za wcześnie, ale tak, by jeszcze zdążyć się zgłosić w biurze zawodów.
Najpierw toaleta. Śniadanko. Gorąca herbata. Znów – podobnie jak wczoraj wieczorem – spacerek. Tym razem połowę krótszy, bo od miejsca noclegu do biura nie jest więcej niż dwa kilometry.
Odbiór pakietu.  Coraz więcej biegaczy dojeżdża tutaj, pod ‘goprówkę’. Nie jestem ostatnią, która zdecydowała się przed startem weryfikować się w biurze.
Sobota, godzina wyjazdu na start. Dwa autokary to mało. Około czterdziestu minut zajmuje kierowcom dowiezienie nas do Krościenka. To czas na rozmowy bądź ostatnie regeneracyjne chwile drzemki. Wysiadamy. Słoneczko przyjemnie świeci. Trochę chłodno. Głównie w cieniu.
Ostatnie pół godziny luzu. Koncentracja. Rozgrzewka. Powitania ze znajomymi. Chwile samotności.
Organizatorzy znakują linię startu taśmą biało czerwoną. Nawołują kwadrans, dziesięć minut i minutę przed startem. Odliczamy ostatnich 10 sekund. Bieg.
Od samego początku wzniesienie. Wg map, pierwszy odcinek gorczańskiego maratonu podbiega się około 800 metrów. Wybiegamy z poziomu nieco ponad 450 m. n.p.m. na Lubań, którego szczyt osiąga ponad 1100 m n.p.m.
Po kilku metrach biegu jedni informują się nawzajem o tempie biegu, inni zakładają, w jakim maksymalnie czasie chcą osiągnąć pierwszy punkt. Pogoda dopisuje. Zapowiadane były deszcze i nawet burze. Po południu. Może zdążę dobiec do mety przed jej rozpętaniem? Należałoby!
Szybki marsz asfaltem, który wznosi się, wyprowadzając w zalesiony szlak. Tam, gdzie w miarę płasko, biegnę. Wszelkie wzniesienia pokonuję chodem. Delektuję się aurą. Widokami, które na razie jeszcze z bliska ukazują okolice. Po kilku kilometrach, na przesiekach: panoramiczne widoki. Miast, domków, innych gór. Miejscami trochę zamglone dalsze obrazy.
W myślach przemyka, że wolno się przemieszczam. Taki plan! Nie możesz za szybko – strofuję siebie. Tutaj nie biegniesz na maksa. Pozwól członkom na relaks.
W górach relaks? Na tych podejściach, których do samego szczytu Lubania kilka dość znacznych?
Tak. Na tych podejściach. Owszem, oddech przyspieszony, ale idziesz stabilnie. Równomiernie. Powolutku, kamyczek za kamyczkiem. Omijaj korzenie. Truchtaj na płaskich i biegnij na zbiegach. Ostrożnie!
Ktoś na początku biegu mówił, że na Lubań wbiegnie w ciągu godziny. Mnie zajęło to jeszcze dodatkowych 25 minut. Łykam wodę. I dwie porcje izotonika. Z lekką obawą. Niesłuszną. Żadnych sensacji żołądkowych! Żadnych konfliktów z innymi przyjętymi napojami i czekoladą.
Chwila oddechu, kilka wymienionych zdań. I dalej, dalej. Do przodu. W tym biegu ustalony limit. Przed nami odcinek 12 kilometrów, który należy ‘zdobyć’ w trzy i pół godziny od startu. Mam dwie godziny. Zdążę?
Rozmyślam, powolutku przemieszczając się do przodu. Powinnam zdążyć. Nie mam jednak pewności. Na wszelki wypadek nastawiam się psychicznie na ‘zgarnięcie’ z trasy przez organizatorów. W tym roku również – jak w ubiegłym – z lekkim niedowierzaniem patrzyłam na przebieg i profil trasy. Na wyznaczony do jej pokonania czas: półmetek w trzy i pół godziny. Zaś czas przejścia szlakiem górskim wg przewodników całych 40 kilometrów to prawie DWANAŚCIE godzin.
Truchtam do przodu. Na razie zbiegi. Tym się też pocieszam. Pamiętam z map, że do samej Przełęczy będą jeszcze jakieś podejścia. I są. Co najmniej dwa.
Zabawne dla mnie sytuacje: mijamy turystów, którzy rozmawiają między sobą, ale to słychać. Krytycznie odnoszą się do nas – górskich biegaczy. ‘To głupie, niemądre’ – teraz operuję swoim słownictwem, ale w takim tonie oceniali biegnących z numerkami. Przezabawnie było przy zbiegu szosą: pod gospodarstwem, na trawce, siedziała babciunia i wołał do mnie ‘Tyn pirsy to juz na mecie w garści piniądze odbiero za zwycięstwo!’. Uśmiecham się. ‘Wiem o tym!’ – odkrzykuję do niej. I dalej swoje robię – czyli wspinam czerwonym szlakiem, który z szosy poprowadzony wzdłuż płotku do góry. Mocne wzniesienie. Trudno, ale tak wesoło na duszy.
Dobrze kobieta mówiła. Biegnę prawie trzecią godzinę. I wcale nie wykluczone, że rzeczywiście zwycięzca już na mecie.
Kolejna chwila zwątpienia, gdy znów wspinaczka spowalnia mnie. Czuję się osłabiona, ale wola walki absolutnie nie gaśnie we mnie. Mobilizują mnie góry same w sobie. Szlak kamienisty, korzeniami przeplatany. Plackami kałuż i błota. Widoki! Co za widoki! Wymijam dziewczynę, która ciągle mnie wyprzedzała. ‘Daleko do Przełęczy?’ – dopytuję – ‘Już tylko trzydzieści minut mamy do limitu czasu’. Pocieszyła, że to powinno być ostatnie podejście do góry i już niebawem powinien być wyczekiwany punkt. Było jeszcze jedno podejście. Nie byłam w stanie ostatnich kilkuset metrów lekko w dół zbiec. To już doszłam.
Jakież tu pyszności: cola! Z jednej strony – ma cukier, jakąś kofeinę. Z drugiej – jest gazowana. Nie powinnam, ale piję ją. Proszę o dodatkową porcję, by dolano. Pychotkowe wafelki. Jakie dobre! Jakie lekkie! Jeszcze czekoladowego batonika kawałeczek. I banana. Mniam, mniam.
O, to ten punkt! Pamiętam z ubiegłego roku: to tutaj bardzo uprzejmi ludzie. My, biegacze, posilamy się, a pani dolewa wody do bidonów, podstawianych butelek. Zachęca kolejnego i następnego biegacza: ‘jedz, pij, a ja ci doleję na zapas’. DZIĘKUJĘ!!!
Już mogę dalej. Najadłam się, dodałam energii organizmowi. Już mnie nie zgarną! Już limitu nie ma. Jeszcze łyk wody. Proszę o dolanie do mojej butelki trochę coli. I dalej, dalej! Jestem kwadrans przed limitem, kiedy odnotowuje mnie pan za punktem żywieniowym.
Znowu trudny odcinek. Przed nami Turbacz. Około 500 m n.p.m. wyższy punkt od tego, z którego teraz wyruszamy. Dalej wiedzie nas czerwony szlak. Zachwycają widoki. Zbiegi i wzniesienia. Mocne spady szlaku, które wydają się nie do zbiegnięcia, a jednak nogi same ciągną w dół. Byle tylko nie utrącić kamieni, nie dać się im pociągnąć w dół. Czuć stabilność pod każdym przestawionym krokiem. Zbiec i złapać tam, daleko, nisko, równowagę i rozpędem pokonywać dalszą drogę. Zwolnić na podbiegu, który wymusza marsz. Wolniejszy i wolniejszy. Przyspieszony oddech, to moje sapanie. Dobrze, że znów wokół nie ma innych biegaczy. Strasznie dyszę, ciężko nogom wspinać się wyżej i wyżej.
Pamiętaj: to trening! Ćwiczysz! Nie przystawaj, zmuś się, do góry! Jeszcze! W taki sposób pokonuję wzniesienia. Wyrównuję oddech na górze i zbiegu. Dziwne, jak szybko mija ten fragment trasy. Już widać na wzniesieniu schronisko na Lubaniu. Zbiegam za innymi na szlak, teraz wijący się łąką. Jeszcze dziesięć minut temu wydawało się, że kolejne mocne podejście. To złudzenie. Perspektywa. Za drzewkami szlak skręca delikatnie. Schronisko niemal na wyciągnięcie ręki! I punkt z napojami.
W którymś miejscu za Przełęczą Knurowską wnikliwie spoglądałam na kierunkowskazy, na których informacja, że Turbacz za godzinę i kwadrans, za czterdzieści pięć minut, za dwadzieścia. A tu – raptem całość pokonało się w czterdzieści minut. W jakim tempie przebiegali ci co już dawno przede mną? Jeszcze szybciej! Oto zatem odpowiedź na moje wątpliwości o czasie pokonania trasy. Da się!
Przystaję przy punkcie z piciem. Tutaj również cola. Pozwalam sobie jednak tylko na jedną porcję izotoniku, wodę. Chrupię marsa. Trochę rozciągam umęczone mięśnie nóg. Zamieniam kilka zdań z wolontariuszami i innymi biegaczami. Pozwalam wyprzedzić się innym.
Ruszam w dalszą drogę, potwierdziwszy, że teraz już tylko zielonym. Cel niebawem. Takie pokrzepiające: kierunkowskaz ‘Kowaniec’. To tak, jakby miał być zaraz za zakrętem, nie za 7,5 kilometra. Biegnę, bo tu zbiegi. Po kilkudziesięciu minutach woła za mną kibic, dopingując ‘Już tylko dwa kilometry!’.
Ee, przesadza, pociesza – nie chcę wierzyć. Tylko dwa do końca? Coś w tym musiało być, bo niebawem wbiegam w ścieżynkę między płotem a drzewami, która wnet wyprowadza na asfalt. A asfalt to już prawie meta.
Dobrze zaznaczam: ‘prawie!’. Nawet nie zwalniam. W ten sposób dowodzę sobie, że od ubiegłorocznego startu coś poprawiłam w formie. Po tak nierównych trasach, dałam radę biec – to chyba był kilometr? – asfaltem. Dobiegam do większej ilości zaparkowanych wzdłuż drogi samochodów. Od jednego z nich odeszła kobieta i dopinguje ‘Brawo! Dziewczyna biegnie! Za tym niebieskim samochodem w lewo i do góry!’. Uśmiecham się do niej. Rozpoznaję Panią Wolontariuszkę z Przełęczy Knurowskiej. Tę miłą, uprzejmą. Uśmiechniętą.
Wbiegam na dukt leśno-łąkowy. Ufff, co za mordęga! Kto to wymyślił! Tyle do góry? Na sam koniec? Ciężko. Morderczo ciężko. Słabnę tak bardzo, że przez chwilę nawet wątpię, czy dotrę do mety! Mobilizuje mnie dzwonek, którym ‘popędza’ biegaczy stojący tam u szczytu jakiś człowiek. I jeszcze nie meta! Jeszcze kilka metrów w górę. Jeszcze drzewa zasłaniające ścieżkę, która skręca w prawo. Rety, co za…! Zbieram się do biegu. To ostatnia prosta. Okrutnie ciężka, ale biegnę. Przekraczam linię mety.
Ła… Dobiegłam. Długo pokonywałam ten gorczański maraton. Czuję niedosyt, że może mogłam szybciej? Że może mogłam się postarać, że może mogłam… . CISZA!!! To był trening. Gdybyś mogła, bo byś to zrobiła. To była praca na przyszłość. Zrobiłaś tak, jak założyłaś. Trasa pokonana, mięśnie poruszane. Teraz ciesz się metą. Idź jeść. Rozmawiaj. W moje ręce trafia lista pierwszych, którzy przybiegli. Szukam: jest Marcin! Jest na podium w swojej kategorii wiekowej. Świetnie!
Uśmiecham się: przed startem powiedziałam mu ‘obstawiam, że będziesz na podium’. Tylko się żachnął. Jest! Udało mu się!
Odbieram moją porcję makaronu z mięskiem i idę na dwór do stolików. Zajadam. Podszedł Marcin. Gratuluję mu.
Tak oto mija nam sobota. Dołączam po posiłku do niego i pozostałych znajomych, którzy już dawno na polance opalają się i wypoczywają po tym ciężkim biegu. Tli się we mnie zazdrość za ich wyczyny – siedząca z nami koleżanka Marcina, Ania, przybiegła jako druga wśród kobiet. Wyciszam tę moją zazdrość. Gorce Maraton to ciężki bieg. Mocno obstawiany zaprawionymi biegaczami. Raczej wątpię, bym kiedyś go przebiegła szybciej. Ale: kto wie? Może, kiedyś…

40 kilometrów.  Góry czarują.

Gorce Maraton. 30 sierpnia 2014r.

Advertisements

3 thoughts on “Góry czarują. Gorce Maraton. 30 sierpnia 2014r.”

  1. Gratuluje wytrwałości. Taki trening to najlepszy trening, bo daje nam najwięcej, Ćwiczymy mięśnia, obeznanie z tresą i z własnym organizmem jak zachowa się podczas startu. Bo każdy start jest inny od treningu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s