Na asfalcie


7 czerwca. Sobota w pracy: rozbity dzień a  myślach chaos.
Wybija godzina wyjścia z murów. Co dalej?
Zaglądam do szafki pod biurkiem: mam koszulkę, spodenki, buty: Reebok ZSeries, których używam jako obuwia zmiennego do poruszania się pracy. Przestrzegano przed upałem, niestety czapeczki z daszkiem już nie zdążyłam zorganizować.
Nie zastanawiam się więcej. Szybkie przebranie. Butelka z wodą do garści. I jeszcze kartka z rozpisanymi ulicami miast, przez które będę biegła. By wiedzieć mniej więcej w jakim kierunku podążam. By nie błądzić. By jakoś wrócić.

kompas

Przemieszczam się ulicami Katowic szukając  schronienia przed piekącym słońcem w cieniu drzew i budynków.
Nowa dla mnie przestrzeń, nie znane dotychczas miejsca: kolejna lekcja nawigacji i orientacji w terenie. Przyjemność. Niewiarygodna wolność i radosna moc, pomimo spowalniającego upału.
Trasę wymyśliłam ‘tak sobie’ wpisując na  http://www.google.pl punkt A jako start i B jako meta. By sprawdzić znowu swoje umiejętności nawigacyjne. By pobudzić szare komórki i refleks. Wszak biegnąc i jednocześnie mając zadane ‘w prawo’, ‘w lewo’, ‘przez schody’, ‘czwarty zjazd z ronda’ – zmuszam się do szybkiego decydowania, do ciągłego obserwowania i wybierania. Zwłaszcza, gdy odcinki ciągną się nie kilometrami, a metrami. Tak mam wskazaną trasę: to 40m prosto, 350 po skręcie w lewo, by skręcić w prawo i biec 400m. Tylko pięć odcinków jest dłuższych niż 1400m.
Ciekawość tego, co za horyzontem. Siłowanie się z sobą, by biec na jedenastym kilometrze kilkaset metrów pod górę. Szybka decyzja, bo należy przebiec 200 metrów jedną ulicą, skręcić w kolejną na 140 metrów, by znów skręcić i dalej kluczyć, aż dobiec do dłuższej prostej. I nie pomylić kierunków, skrętów. Nie każda ulica opisana. Nie wszędzie czuję pewność prawidłowego wyboru.
Systematycznie uzupełniam wodę, łykając ją co jakiś czas. Cieszę się obserwowanymi widokami, zabudową śląskich miast, zaskakującymi połaciami zieleni wśród betonu, cegieł.
Dobiegam do centrum punktu B. Nawet nie śniło mi się, by takie trudności wymyślić: ostatnie kilometry przeważnie pod górę. Głównymi arteriami śląskich dróg. Brak drzew. Brak cienia. Dobiegam do mojego celu u stóp przepięknego zamku, do którego – to wisienka na torcie mojego biegu – muszę się wspiąć. Tak czynię ostatkami sił. Zrzucam z ramion plecak, kładę obok butelkę po wodzie. I kładę się sama na tej soczystej zieleni traw przyciętych niedawno. Wyrównuję oddech. Wyciszam rozbuchane tętno. Uśmiecham się do słońca, do błękitu nieba. Do siebie.
Cieszę się. Z przebiegniętych kilometrów. Z aury, z miejsca, w którym jestem.
Jest pięknie. Dzięki szybkiej, konkretnej decyzji u schyłku spędzonej w pracy soboty.

Reklamy

3 thoughts on “Na asfalcie”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s