2008.09.06 w Gorce po zwycięstwo


Wtedy, pierwszy raz w Gorcach,  gdzieś za Przełęczą Knurowską we mgle w drodze na Turbacz obiecałam sobie: jeszcze tu wrócę! I oto jestem:) Po dość długiej podróży (korki) , wygodnym noclegu w goprówce (100m od Biura Zawodów) i sprawnej rejestracji wraz z Kolegami – Sławkiem, kólą i Mirasem staję w Krościenku na starcie IV Biegu Górskiego. Jak będzie w tym roku? Co za niespodzianki czają się na trasie? Mnóstwo pytań: normalny przedstartowy niepokój. Krótka odprawa, notuję w pamięci (i natychmiast zapominam) gdzie na trasie powinnam uważać, żeby znów się nie pomylić. Wybija 10, Szymon Sawicki-pomysłodawca i Organizator imprezy daje sygnał do startu. Ruszamy. Droga od razu się wznosi, po jakichś 200m biegnie (i niknie z oczu) chyba tylko czołówka. Pozostali zawodnicy w swoim tempie maszerują. Kóla zmyka nam od razu, Sławek odczekuje grzecznie jakieś 300m i też wyrywa do przodu. Utrzymujemy przez jakiś czas kontakt wzrokowy z jego oddalającymi się plecami. Taktyka na najbliższe 10km? Dotrzeć w przyzwoitym czasie (i w przyzwoitym stanie) do punktu na Lubaniu. (1211 m npm) Przyzwoity czas na płaskim oznaczałby dla mnie jakieś 50 minut, tutaj wyznaczam sobie 1.5 godziny. Nie dam się sponiewierać już na samym początku! Wystartowaliśmy tradycyjnie z końca stawki, więc co pewien czas wyprzedzamy kolejnych zawodników, co dość skutecznie podbudowuje nieco już nadwątloną psychikę. Na zacienionych odcinkach staramy się biec, w słońcu dajemy z siebie wszystko, by nie zostawać w tyle. Upał już daje się we znaki, trochę ulgi przynosi chłodny wietrzyk od Taterek: widzimy ich poszarpany kontur po lewej stronie i napawamy się tym widokiem. Trasa tego biegu jest chyba najpiękniejsza w Polsce, widokowo ustępuje może tylko Biegowi Rzeźnika. I chyba tylko Biegowi Rzeźnika ustępuje w trudności, o czym jeszcze nie raz się dzisiaj przekonam. Kilometry nieśpiesznie lecz systematycznie mijają, podbieg łagodnieje, niepostrzeżenie mija godzina i 18 minut (na asfalcie w mieście zdążyłabym już potwornie się wynudzić) dobiegamy do stolika z napojami. Nie tracimy cennego czasu, wlewamy w siebie orzeźwiający płyn i w drogę. Kilka razy przetasowujemy się z Petem, momentami mkniemy niemal na złamanie karku, Miras co jakiś czas zahacza głową o niżej podwieszone gałęzie (ja na szczęście nie mam tego problemu) Do Przełęczy coraz bliżej a tam już czeka chłodna woda, posiłek i ukojenie. Miras każe mi lecieć więc lecę: profil trasy akurat temu sprzyja, poza tym maszeruje mi się coraz gorzej. Zawinięta skarpetka coraz bardziej uwiera a podczas biegu stopa trochę inaczej układa się w bucie i jest to trochę mniej dotkliwe. Biegnę. Na przepaku mam plastry i tabletki przeciwbólowe (hehe, następnym razem przypomniałam sobie o nich jakieś 500m za punktem, nie było sensu wracać) trzeba tylko do nich dotrzeć.

Na Hali Długiej przystaję na chwilę: rok temu widoczność ograniczała mgła, teraz mogę sobie powetować tę stratę. Może i stracę cenne sekundy z wyniku wyścigu ale to chwila, którą chcę jak najdłużej zatrzymać. To jest cudowny, inny świat. Przeganiam zmęczenie, nie czuję upału. Rozkoszuję się pięknem, ładuję akumulatory. Z nowymi siłami napieram w stronę coraz lepiej widocznego schroniska. Z daleka słyszę doping obsługi usytuowanego tu ostatniego punktu odżywczego, to dodatkowo dodaje sił.

Mam ogromny szacunek do wolontariuszy obsługujących punkty. To są ludzie, którzy za friko, w swoim wolnym czasie bezinteresownie robią coś dla innych. Dziś mam wrażenie, że robią to specjalnie dla mnie. Ogromnie dziękuję. Wchłaniam ze trzy kubki Maxima, oblewam się orzeźwiającą wodą z kubła, łapię swoją butelkę napełnioną w międzyczasie chłodną wodą i ruszam na ostatni etap trasy. Teraz koncentruję się już na tym, by nie pomylić szlaku. Niby jest oznaczona i nie można się zgubić, ale znam swoje możliwości w tym zakresie. Nie chcę zdobyć tytułu Frajera imprezy więc kilka razy na rozstajach pytam o drogę napotkanych turystów, potwierdzają, że jestem na właściwym szlaku. Lecę:)
Wpadam na asfalt, droga ucieka spod nóg, mijam goprówkę, widzę już metę, przyśpieszam. Ostry zakręt i niemal wpadam w ramiona Kolegów z Drużyny. Fajnie znów być w komplecie:)

Już kilka dni przed startem Kapitan kóla, mój biegowy brat, zapowiedział, że trzeba się będzie szybko zwijać. Posłusznie zastosowałam się do polecenia i gdy tylko okoliczności na trasie sprzyjały szybko się zwijałam. Zaowocowało to tym, że panowie zaraz po biegu raz dwa się oporządzili i spakowali,  obiecali pisać z trasy, pożegnali i pognali do domu- zwinęli się błyskawicznie. Ja tymczasem ulokowałam się na trawce w okolicach mety, by w miłym towarzystwie znajomych poczekać na wszystkich pozostałych zawodników do podsumowania imprezy, dekoracji i losowania nagród. Pierwszy raz w swojej biegowej karierze miałam stanąć na najwyższym stopniu podium w generalce.

IGorce

2 myśli na temat “2008.09.06 w Gorce po zwycięstwo”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: