2007.09.01 Maraton Gorce po raz pierwszy


To był dobry dzień – Gorce po raz pierwszy, górski maraton po raz pierwszy, wysokie miejsce w Open Kobiet po raz pierwszy:)

W drogę wyruszyliśmy w piątek o 17. O 21 dotarliśmy do Nowego Targu, dość szybko znaleźliśmy pensjonat bardzo dogodnie położony nieopodal miejsca weryfikacji. Zakwaterowali się tam również inni maratończycy więc wieczór upłynął szybko i miło.
Poranek był rześki, co odnotowaliśmy z radością (dobrze pamiętałam poprzednie treningi w upale) Podjechaliśmy na miejsce mety, do bardzo sprawnie obsługiwanego biura zawodów, odebraliśmy numery startowe (21 i 22) oraz upominki (mapy i pocztówki) W pensjonacie jeszcze ostatnie przygotowania, omówienie taktyki, rzut oka na mapę (trasa ledwo się na niej mieści) oraz profil (OMG) i w drogę.

profilGorce
Na zbiórce organizator omówił trasę zwracając uwagę na jej newralgiczne punkty (natychmiast zapomniałam, gdzie ewentualnie można się zgubić, co się oczywiście później zemściło) oddaliśmy plecaki i zapakowaliśmy się do busika, żegnani przez Anię, która została by wziąć udział w marszu Nordic Walking. A później jechaliśmy i jechaliśmy. Najwyższe szczyty przykrywały chmury. Może to i dobrze-dzięki temu przedstartowy stres był trochę mniejszy. To miała być Tomka i moja pierwsza wizyta w Gorcach, nie wiedzieliśmy zbyt wiele o trasie. Ja z premedytacją zdecydowałam się na jej rozpoznanie w boju; obawiałam się, że wcześniejsze rozeznanie mogłoby mnie skutecznie zniechęcić do porywania się na ten wyczyn.

Na miejscu startu (w Krościenku, na szlaku na Lubań) mamy dobre warunki do rozgrzewki, co oczywiście wykorzystujemy. Rozglądam się niepewnie wśród zawodników-co ja robię w tym towarzystwie? Dostrzegam swoją rywalkę z Podolińca-Iwonę, jednak dziś nie zamierzam się z nią ścigać. Kilka słów wyjaśnień, 10 i startujemy.
Zaczyna się podbieg-będzie się ciągnął jeszcze prawie 10km. Założenie mam proste-dobiec do pierwszego punktu z wodą na Lubaniu (1211m) Pnę się w górę, przede mną coraz bardziej się oddalając leci Tomek. Podbieg nie męczy jakoś strasznie-treningi na hałdzie zrobiły swoje, co jakiś czas odpoczywam w marszu.
Zaczyna kropić drobny deszcz-dobrze, daje się wyprzedzić dwóm biegaczom-źle, podbieg staje się mniej stromy-dobrze, odwracam się i widzę za sobą kolejną zawodniczkę-źle, przyspieszam bez większego wysiłku-dobrze. Na trasie pojawia się radośnie dopingująca dziewczyna w pelerynie a zza zakrętu wyłania się stolik z napojami-bardzo dobrze; chwytam kubek, dolewam wody do butelki i lecę dalej. Ścieżka, która jeszcze niedawno prowadziła pionowo w górę, teraz równie pionowo opada w dół-jak się po tym poruszać? Chwilowo dostaję skrzydeł;, gnam na złamanie karku, na szczęście zbieg stopniowo się wypłaszcza. Zwalniam, daję się wyprzedzić kolejnej grupie biegaczy. Przedzieram się przez zwalone na szlaku drzewa, brnę w błocie, marznę. Sytuacja nie jest beznadziejna-wiem, że na Przełęczy Knurowskiej czeka na mnie plecak a w nim sucha koszulka, czekolada, sok, tabletki przeciwbólowe i banany. Kiedyś w końcu tam dotrę. Ten samotny marszobieg daje mi okazję do refleksji, zadumy, wpadam w jakiś rodzaj medytacji. Wyrywa mnie z niego szelest w krzakach. Zając? Dzik?! Niedźwiedź??!! Uffff-to tylko fotograf celuje we mnie olbrzymim obiektywem. A po chwili upragniony punkt z depozytem. Zerkam na zegarek-3:00; pół godziny przed limitem czasu. Chwila rozmowy, dostaję rozpakowany plecak, uzupełniam wodę, Dziękuję za miłą i sprawną obsługę, upewniam się, jak dalej prowadzi trasa i wyruszam czerwonym szlakiem na Turbacz. Według słów organizatora ten odcinek zweryfikuje wszystko. Faktycznie, znów pojawiają się niemal pionowe odcinki. Pozdrawiam nielicznych turystów. Ciekawe, co myślą o mnie ubranej w krótka koszulkę i lekkie adidaski, zaopatrzonej tylko w marniutką butelczynę oni-z plecakami, w porządnych, górskich butach, przygotowani na załamania pogody i temperaturę zbliżoną do 5C.
Docieram do Gorczańskiego Parku Narodowego. Szkoda, że pogoda nie sprzyja podziwianiu krajobrazu. Dorodne jeżyny kuszą z krzaczków, ale i na nie nie teraz pora-trzeba tu będzie wrócić!
Z mgły wyłania się jakiś budynek. To schronisko pod Turbaczem. Ostatni punkt z wodą. Teraz ma być już tylko z górki. Odbieram gratulacje (zasłużone?) od panów z punktu, dowiaduję się, że jestem czwartą albo piątą kobietą. To dobrze, pobiegnę bez presji, że któraś mnie jeszcze wyprzedzi. Biegnę więc, ciesząc się drogą i pokonanym dotychczas dystansem. Humor trochę mi siada, gdy uświadamiam sobie, że nieopatrznie zgubiłam zielony szlak; trudno, nie zamierzam się cofać pod górę w coraz głębszym błocie. Docieram do asfaltu, odnajduję oznaczenia organizatora. Jestem w domu! Czuję, jak rosną mi skrzydła-chyba za bardzo oszczędzałam się na trasie, mam jeszcze zapas sił na finisz. Z oddali macha już do mnie Ania, spiker wyczytuje mój numer i nazwisko. META!

p.s. Uzyskany czas (najdłuższy w mojej biegowej karierze) daje mi trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej kobiet!

Reklamy

4 thoughts on “2007.09.01 Maraton Gorce po raz pierwszy”

  1. wow, to niezłą masz już historię biegową, Aga! ja w 2007 dopiero zaczynałam truchtać, a wydaje mi się, że już wieki biegam;P

    jedziesz w tym roku na Gorce?

    1. Widzisz – przed Tobą przyszłość a ja mam już „historię biegową” 🙂
      Jeśli wszystko sobie dobrze poukładam, to tak – chciałabym znów tam pobiec. Bardzo lubię tamtejsze tereny.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s