Przebiegłam. 13 kwietnia, Warszawa. OWM


W tle muzyka: Rydwany ognia.

A wokół mnie tłum ludzi. Klepanie adidasów o asfalt. Powolutku zbieramy się do biegu. Teraz to wolniutki trucht. Biegacze rozmawiają ze sobą a konferansjer opowiada o tysiącach biegaczy. O tym kolorowym tłumie. O zapaleńcach. O ochotnikach. O walczących.
Jestem malutkim punkcikiem w tym tłumie. Takim mikrym elementem całości. Muzyka – lutnia, skrzypce, wibrafony. Tam-tamtam -tam tam tam… – subtelne dźwięki fortepianu. Wzruszenie mnie przeszywa, w gardle coś ściska, zbiera na płacz. Nie! Nie teraz!!! To początek. Ale jestem tu! Biorę czynnie w tym udział! Biegnę!
Wyciszam rzewność. Nakazuję wrażliwości spokój. To początek. Przede mną długa droga…

1.1Orlen

Przede mną i wszystkimi którzy stawili się trzynastego kwietnia 2014 roku pod Stadionem Narodowym w Warszawie, w wyznaczonych sobie strefach. Tak, tak: to święto biegania. Królewski dystans.  TO MARATON!
Dla pierwszaka, jak ja to ogromne przeżycie.
Wszystkie obawy, strach nasilający się ostatnimi dniami tuż przed godziną zero. Praca włożona w przygotowanie. Wyrzeczenia – o tak: również to. Pilnując planu treningów, dyscyplinując się, nie raz wybierałam,  podporządkowywałam siebie treningom. To wszystko teraz finalizuję. Stawiam się dobrowolnie na mój egzamin życia.
Przeczytałam w okresie przygotowawczym tylko jedną książkę. Właściwie to ją wchłonęłam. W kilkanaście godzin całego Skarżyńskiego ‘Maraton’. To tylko pożyczona książka. Trzeba nabyć na własność. Koniecznie! Tyle mądrości w niej.  Tak wiele istotnych dla mnie, początkującego, przygotowującego się do debiutu w maratonie, biegacza.
I dzisiaj, tej troszeczkę chłodnej, kwietniowej niedzieli, tego słonecznego poranka – jestem w tym niemal sześciotysięcznym tłumie biegaczy. I ruszamy.
Przepędziłam wzruszenie. Ogarnęłam się. Biegnę.
Biegnę!

Nie wiem, w którym momencie włączyć stoper. Takiż tu ścisk. Taki tłum. Decyduję włączyć go, gdy przekraczam linię czytającą czipy – mamy je mieszczone w numerach startowych.
I – i co teraz? Już kilka minut minęło od wystrzału startera. Już delikatnie swobodniej się biegnie, choć wciąż w dużej grupie. Gdy mijam pierwszy oznakowany kilometr, zerkam na stoper: 6:09. Sześć minut? Od przekroczenia linii czytnika. Wolno zaczynam.
Jak zatem będzie wyglądała całość, o ile w ogóle dobiegnę do mety? Analizuję: ostatecznie zdecydowałam się biec w takim tempie, by w ciągu czterech godzin dotrzeć do celu. Wyliczenie międzyczasów co 5km mam na opasce na prawej ręce. Z ulotki wynikało, że powinnam biec średnio 5minut 41sekund każdy kilometr. A tu taki czas na pierwszym kilometrze? Cóż – program komputerowy, który wyliczył moje założenia, nie brał pod uwagę startu w wielkim tłumie. Uspokajam się w duchu, wspominając zdania maratończyka Skarżyńskiego: PO-WO-LI. Lepiej zacząć wolniej! Dziesiątki kilometrów jeszcze przede mną. Co stracę teraz, nadrobię na ostatnich siedmiu kilometrach.
Zatem bez nerwów. Bez unoszenia. Bez poddawania się sile otoczenia.
Biegnij swoje! Trzymaj swojego czasu!

Koduję w moim mózgu mantrę: ‘trzymaj się sześciu’ – mijając oznakowanie drugiego kilometra. Stoper wskazuje kolejne sześć minut ruchu. Zatem to będzie moje tempo pierwszego maratonu. Trzymaj się sześciu!
Biegnę. W głowie zakodowane również zdania o wyprzedzaniu. Trochę mnie niepokoi to, że jednak wyprzedzam. Wsłuchuję się w siebie: oddech równy, siły czuję. Nie jest źle. Bardzo dobrze – oceniam – biegnę. Mogę wymijać. Nie powinnam za to ‘zapłacić’, jak określa to maratończyk Skarżyński, pod koniec biegu. ‘Trzymaj się sześciu’. Sześciu minut.
W ręce mam butelkę z wodą. Postanowiłam z nią biec. Będę uzupełniała na punktach. Co kilkaset metrów przekładam lub przerzucam butelkę z prawej do lewej, z lewej do prawej dłoni. Tak ma być. Będzie to również forma masażu dla całych przedramion by nie drętwiały.
Czwarty kilometr, piąty. Czas na wyświetlaczu przy tym punkcie pokrywa się – nie, nie za bardzo z tym, który mam wydrukowany na opasce. Pierwszych pięć kilometrów miałam pokonać w 28’26”, a tu już ponad 30’. Nic to, kobieto – strofuję w myśli siebie – na wyświetlaczu czas brutto. Rzeczywiście: stoper na moim zegarku niemal pokrywa się z czasem na opasce. Trzymaj się sześciu!!! Oto Twój cel. Sześć minut. I wytrzymaj z tym do końca.
Ach, Warszawo!

Monumentalne budynki. Przeszklone, wysokie budowle. Kibice. I kapele. Jakże to podnosi na duchu! Jakąż dodaje siłę! Chce się! Mam siły. Łyk, dwa wody na każdym kilometrze. Z gęsto ustawionych punktów nawadniająco-odżywczych korzystam, a jakże. To oczko czekolady. To kawałek banana. To pięć łyków izotonika. Już się przekonałam – jak na razie tylko do Powerade. Elektrolity!  –  tego w samej wodzie nie będzie. Nie przygotowałam sobie mieszanki miodowo-słono-cytrynowej.
Przygrywające kapele na co którymś kilometrze. Dopingujący Kibice. Samotne osoby bijące brawo. Samotnicy krzyczący, wołający, mobilizujący. Jutro głosu nie będzie miał chłopak w koszulce ‘Night Runners’. Jakże on dodaje otuchy! Podskakuje. Woła do nas. Krzyczy. Całym sobą dopinguje.
Miejscami maluszki malutkie: takie całkiem, w wózkach, czy już samodzielne kilkuletnie. Wyciągają rączki do przybicia piątki. Wołają swoimi głosikami tatusiów, po imieniu. WZRUSZAJĄCE.
Biegnij! Biegnij kobietko! Trzymaj się szczęściu!
Trzynasty, siedemnasty, dziewiętnasty kilometr. Trzymam się sześciu. Trzymam prostą sylwetkę. Wspominam słowa Trenerki-Agnieszki. Oddech, siły, równowaga.
Wspominam treningi, kiedy to już się nie chciało, nie było sił – ale jeszcze po bieganiu, lub na drugi dzień, zgodnie z zaleceniami pana Skarżyńskiego: ‘nie zapominajcie o sile! Gimnastyka siłowa! Wzmocnienie całej sylwetki. Bieganie to nie tylko mocne nogi’.
Tak, to prawda. Mądra prawda.
Kontrolowany czas na każdym kilometrze wykazuje: sześć minut, sześć minut kilkadziesiąt sekund, niecałe sześć minut. Dziwne, że te co pięć kilometrów międzyczasy takie zgodne: na moim stoperze z tymi wydrukowanymi na opasce. Staram się nie wnikać głębiej: pewnie zbyt późno włączyłam stoper. Nie rozważam tego.
Biegnę. Zaś mijając oznakowanie dwudziestego kilometra postanawiam liczyć, ile jeszcze przede mną. Wszak 22 kilometry już biegałam. I dawałam radę. Zatem tyle powinnam dobiec. Dasz radę! – cichutko sobie nakazuję. Nie myśl o tych kilometrach, które już za tobą. Dasz radę. Przed tobą jeszcze 20 kilometrów – niemo przekonuję siebie przy oznakowaniu 22 kilometra.
Staram się nie dopuścić do głośniejszej myśli słów o tzw. ‘ścianie’. Biegnij! Trzymaj swoje tempo. Podziwiaj widoki. Chłoń atmosferę. Od półmetka przez kolejnych 5 kilometrów biegniemy boczną drogą równoległą do drogi wojewódzkiej 724.
Przy dwudziestym ósmym kilometrze nadal zdziwiona jestem swoją siłą. Biegnę bardzo zachowawczo, jednak obawiam się, że gdybym przyspieszyła, nie dobiegłabym do celu.
Wyprzedzają mnie biegacze. Wyprzedzam  i ja. Pilnuję sześciu minut na kilometr. Odliczam dwunasty, jedenasty kilometr do celu. Od pięciu kilometrów znów w bardziej zabudowanym obszarze miasta biegniemy. Przygrywające kapele, co to jest za świat! Co za muzyka! Jakież porywające rytmy!
Przebiegamy przez kolejne skrzyżowanie, na którym piekli się młoda kobieta-kierowca, nie mogąc przejechać zablokowaną trasą. Policjant cierpliwie tłumaczy, dzielnie znosi nerwowe słowa zmotoryzowanej osoby.
Podziwiam młodziutkie osoby na punktach odżywczo-nawadniających. ‘Woda, woda’, ‘Powerade! Powerade!’ ‘Banany, czekolada!’ – krzyczą niezmordowanie. DZIĘKUJĘ Wam wytrwali Wolontariusze!
Trzydziesty siódmy kilometr. Coś oddech zaczyna szwankować. Zwolnić? Nie. Nic z tego. Łyk wody z butelki, którą systematycznie uzupełniam na co którymś punkcie nawadniania. Praca przedramion. Wyprostowana sylwetka. Biegnij! Biegnij! Jeszcze piątka przed tobą. Dasz radę. Przecież to tylko pięć kilometrów. Takie odcinki biegasz bez żadnego problemu.
Kluczymy uliczkami Śródmieścia. Monumentalna budowla stadionu spomiędzy budynków spoziera na nas. Pamiętam, że to jeszcze nie finał. Szczegółowo przyjrzałam się mapie. Prześledziłam ostatnich kilka kilometrów, by nie ulegać złudzeniom. By wytrwać do samego końca. By mieć siły dobiec ostatnie metry.
Wspaniały most Świętokrzyski. Stalowe liny. Widok jakby swobodniejszy, nie ograniczany budowlami. Z tłumu Kibiców wołają ‘już blisko! Wytrzymajcie! Dacie radę!’.
Kto z nich biega? Kto z nich wie, że to ostatnie ‘blisko’ jest najdalsze? Takie trudne? Ciężkie? Że właśnie w tym momencie najbardziej trzeba nad sobą pracować, by wytrwać. Do samego końca. Przynajmniej w moim przypadku tak jest.
Moja mantra ‘trzymaj się sześciu’ musi teraz przejść próbę wytrzymałości. Tak chciałoby się zwolnić. Nie teraz! Przyspiesz. Troszeczkę. Nic to, że teraz podbieg. Wytrwaj! Odrobinkę zwolnij na wzniesieniu. Teraz szybciej. O pół, całą, dwie stopy. Wyprzedzaj. Jak najbardziej! Już się tego nie bój. Wytrzymaj! Łyknij wodę. Ech, ta prosta. Słyszę konferansjera, Kibiców. Muzykę.
Tuż pod zabudowaniem mety zegar. Jeszcze trójka z przodu jest. Przed sobą mam ze sto, albo i sto pięćdziesiąt metrów.
Trójka. Pięćdziesiąt osiem. Czterdzieści.
PRZYSPIESZ!!! Jeszcze! Wytrzymaj. Osiemdziesiąt sekund. DASZ RADĘ! Wytrwaj. Jeszcze szybciej. Nie rezygnuj!
Po bokach wybuchy. Konferansjer zauważył, że to bardzo wystraszyło finiszujących. A to tylko sprężone powietrze! Woła do nas. Przebiegam linię. Nie jestem pewna, czy to już meta? Czy to już koniec? Chyba tak – zwalniają wszyscy. Wyłączyłam stoper: poniżej czterech godzin!
Podchodzę kilkadziesiąt kroków. Zakładają mi medal. Dobiegłam? Dobiegłam!!! Do samego końca. Wytrzymałam. Dałam radę.
Kilka metrów dalej  Wolontariusze otulają mnie  folią NRC. Bardziej wzrusza mnie ich praca. Ich wytrwałość. Ich troska. Ktoś podaje wodę, ktoś proponuje Powerade. Ileż godzin oni tutaj już są, a ile jeszcze będą?
DZIĘKUJĘ.
Przebiegłam… Czy mogę powiedzieć, że jestem MARATOŃCZYKIEM?
3:59:26 a 3:53:36. Brutto – netto.
Uśmiecham się, zerknąwszy teraz, gdy piszę, na wyniki z Orlen Warsaw Marathon: strata 1:52:31. Najlepszy maratończyk zatem kończy drugi maraton, gdy ja ledwie wbiegam na metę… Ot, cuda natury.

Dzisiaj, we wtorek, drugą dobę po przebiegnięciu, zastanawiam się nad jednym: dlaczego jestem ciągle głodna? Czy to efekt tego wyczynu?
Odciski – nie. Zakwasy – prawie nie. Tylko ten głód trudny do zaspokojenia.
AGNIESZKO! Nasza Trenerko spotkań przygotowujących do tego maratonu, mojego debiutu – chylę przed Tobą czoła. Składam OGROMNE dzięki. Za Twoją wiedzę, za  Twoje porady. Za Twoją Agnieszko wiarę – we mnie, słabego człowieka.
Przebiegłam maraton.

Reklamy

11 thoughts on “Przebiegłam. 13 kwietnia, Warszawa. OWM”

  1. Klaudio, gratulacje! i bardzo się cieszę że Ci tak dobrze poszło. I nawet nie wykluczam, że byłaś jedną z osób którą dopingowałem, wpadłem na trochę pokrzykiwać do tych co biegli na 4 godziny. Pozdrawiam, i pisuj częściej.
    k.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s