Opowieść zagubionej duszy


Wybiegałam z niepokojem w duszy. Przede mną 19, 4km; trasę wyznaczyłam sobie sama – leśnymi dróżkami, dwa razy miałam przeciąć drogi krajowe. I dotrzeć do celu, skąd startował I etap tegorocznego ‘ZIMNARa’.

1.kompas

Dość dobrze znam pierwsze trzy kilometry, choć dawno tamtędy się nie przemieszczałam. Dotarłam bez problemu. Teraz odnaleźć ulicę Rzeczną, która ciągnąć się miała na odcinku około 1,7 km. Oj, nie łatwo było utrzymać się w pewności, biec bez zwątpienia, czy to właściwy tor. Ta uliczka miała doprowadzić mnie w ulicę Wesołą, by po kolejnych ponad 2 km wydłużyć się w ulicę Bagienną.
Leśne ostępy, nierówności nawierzchni, wąska ścieżka: oto, gdzie niosły mnie nogi. W oddali, pomiędzy drzewami prześwitywać zaczęły zabudowania. Niespodziewanie z lewej strony wyłaniać zaczęła się inna wąska dróżka. U jej wlotu słupek z tabliczką. ‘Ul. Bagienna’. Zatem mniej więcej trasa pokrywała się z tą odczytywaną poprzedniego wieczoru na ‘Maps Google’. Przede mną domki, szum drogi.

Drugi etap prawidłowo dobiegnięty.

A  teraz? Wyciągam karteczki, czytam notatki, przypatruję się wyrysowanym skrzyżowaniom. Jestem dobrze, ale dokąd dalej? Kojarzę któryś fragment trasy przeglądany wczoraj w Internecie ‘w lewo, 1,1km’.  Na pewno? Przede mną droga nr 907, zabudowania, jakaś dróżka za domkami – patrząc ode mnie, to niemal na prosto i w lewo.

Dokąd? Rozmyślam. Postanawiam, zgodnie z tym co świta mi w myślach – pobiec ten kilometr asfaltem i – jeśli rzeczywiście będzie – skręcić w prawo.

Biegnąc, mijam rozwidlenie dwóch dróg krajowych. I coś mi nie pasuje, ale nie pamiętam, czy wg mapy tak miało być, czy nie. Po kilku minutach biegu jest dróżka w prawo. Skręcam tam zatem. I biegnę. Powinnam teraz pokonać nią 1 kilometr, napotkać rozwidlenie i skręcić troszkę w lewo, odrobinę w prawo i pozostać na mojej prostej.

Dobiegam do rozwidleń co rusz. Przy którymś, gdzie dostrzegam ogrodzony jakiś obszar czegoś, postanawiam odbić lekko w lewo.

Biegnę, nasłuchuję, pytam siebie o prawidłowość wyboru.

Mijają prawie dwie godziny od wyjścia z domu. Powinnam być już u celu – tu wciąż dookoła las. Przede mną znów jakaś większa droga. I trzech rowerzystów.

          Cześć chłopaki, gdzie jestem? – dopytuję, gdy do nich dobiegam.

          W lesie – odpowiada jeden. Śmiejemy się wszyscy.

          A gdzie w tym lesie? Do Lublińca daleko? – uściślam. Jeden z nich wyciąga GPS, sprawdza i pokazuje.

          Jakieś 30 km do Lublińca.

          Co? Czyli na dwunastą nie zdążę? – zerkamy wszyscy na zegarki.

          Zależy jak szybko biegasz. Ale raczej nie – odpowiada inny. Oczywiście, że nie. W niecałe sześćdziesiąt minut raczej nie mam szans przebiec tylu kilometrów.

Śmiejąc się z siebie, mówię

          O ja gapa!  Ciekawe, gdzie niewłaściwie zakręcałam. W obecnej chwili jestem jeszcze dalej od celu niż w momencie wyjścia z domu.Gdzie zawinęłam taki łuk? Dokąd ta droga prowadzi? – dopytuję.

          Do Lublińca musiałabyś wrócić tą drugą, skąd biegłaś. My jedziemy na Kokotek. Tą – wskazując kierunek przeciwny do ich ruchu – dotrzesz do Mikołeski, Toszka….

          A, to wybieram Mikołeskę. Daleko stąd?

          Jakieś 4 kilometry.

          Dotrę tą drogą, czy nie?

          Biegnij tą, z taką nawierzchnią jak tu widać. Na rozwidleniu trzymaj się prostej.

          Skrzyżowanie nie jest jednoznaczne?

          Nie – odpowiada jeden z chłopaków, wskazując kierunki – w prawo na Toszek, w lewo na Brusiek. Trzymaj się prostej.

 Żegnamy się.

Uśmiecham się do mojej gapowatej duszy nawigatora i biegnę. Oby teraz nie odbić w niewłaściwym kierunku. Po kilkunastu minutach rzeczywiście rozwidlenie w czterech niesymetrycznych kierunkach. Ostro w prawo i prawo,  bardzo ostro w lewo, na wprost mnie rozjeżdżona, błotnista leśna droga. Tam się kieruję, by po pewnie około kilometrze wychwycić odgłosy zamieszkanego obszaru. Zaczynają majaczyć dachy, całe budynku pomiędzy drzewami, które rzadziej przede mną się rozstępują. Wbiegam w uliczkę między domami, dobiegam do skrzyżowania. Już znam te tereny. Przede mną około 6 km do domu.

Dobiegam do niego, śmiejąc się w sobie z siebie. Gdzie pomyliłam trasy? Kiedy zmyliłam kierunek? Wróciłam przebiegając ogromny krąg, trwający 2h46’.

Zaprawa bojowa przed maratonem. Do domu docieram w godzinie startu ZIMNARa, w którym tego roku nie jest mi pisane startować. Co przeżyłam, to moje. I nawet w dość dobrej formie pokonałam tak długi czasowo odcinek.

 Chyba warto byłoby zaopatrzyć się jednak w coś takiego jak GPS. Albo nauczyć się orientować przy pomocy kompasa i z nim biegać

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: