Listopadowy początek


W ciągu mijającego tygodnia tylko raz udało mi się wyjść na trening. Ten mój. Nocny. W asyście psa.

Zaś pierwszy listopadowy weekend…Taki nostalgiczny, refleksyjny. I pozwalający wyjść w ciągu dnia, gdy jeszcze jasno – pobiegać.

W piątek trzymałam się całorocznego planu. Bieg szybko-wolno. Po kwadransie czy nawet i prawie dwudziestu minutach rozgrzewki biegowej, uruchomiłam stoper, by przeplatać 4’48” szybszego biegu z 2’30” truchtu. Dwanaście razy.

Pogoda sprzyja samotności na trasie. Szum wiatru, jakichś ptaków, które zapomniały, że to już późna jesień. Ich świergot niespodziewany. I te kolory: drzewa jeszcze nie zgubiły wszystkich liści. Młode dąbki brązowieją liśćmi. Zieleń iglaków.

listopad

Niedziela biegowa jeszcze przyjemniejsza. Udało mi się pobiec przed południem. Wzięłam psa. I smycz. Szukałam tras, by jak najmniej ludzi po drodze. Wygodniej biec, nie prowadząc na smyczy czworonoga. Nie nauczyłam go i już pewnie nie przyuczę go do biegu przy nodze. Po kilkudziesięciu minutach, gdy już się wyhasa, wybiega, wypłoszy i przegoni zwierzynę – sam wtedy biegnie, umęczony, tuż za moją prawą nogą.

Pierwsze kilometry i pierwsze zdziwienia: mijam pana z młodym labradorem. Kilkaset metrów dalej – mijamy się: inny biegacz i ja. Pozdrowienie ręką, uśmiech i milczący bieg dalej.

Niedzielny trening ma być dla biegania. Tylko stoper włączyłam tak sobie, by mierzył czas. Dzisiaj żadnych technicznych ćwiczeń. Dzisiaj symbioza organizmu z naturą. Chłonięcie piękna naszej jesieni. Poznawanie  nowych tras. Skoro jasno, cały dzień – choć krótki, listopadowy – ale zakładam, że nawet jak się zgubię, co najmniej tą samą drogą wrócę, jeśli nie wybiegnę zataczając kółko w okolice domu.

Znów rozkoszuję się jesiennymi kolorami. Miejscowym świergotem ptaków. Z zaskoczeniem i chwilowym lękiem, gdy niemal nad moją głową z konaru dębu zerwał się olbrzymi jastrząb. Poszybował najpierw nisko, tuż nad młodziutkimi brzózkami, by wzbić się nagle do góry i cichym dla mnie lotem mknąć tam wysoko, wysoko- ku błękitowi nieba.

Wszystko w środku się uśmiecha na widok panoramy: przede mną kolejny młodniczek brzozowy, rozświetlony nieśmiałym przedpołudniowym słońcem. Jakiż blask bije od nie opadłych jeszcze liści.

Biegnę nieznaną sobie drogą leśną, by w którymś momencie stąpać po miękkim dywaniku igieł. To modrzewie osypały swój brąz, ozdabiając pobocze czarnego żwiru drogi.

Czterdziesta piąta minuta – i niespodziewanie wybiegam w znane sobie okolice. Z nieznanej dotychczas strony. Jeszcze dwie części takiego czasu serwuję mięśniom. Chłonę i wykorzystuję aurę.

A mózg od dłuższego już czasu skanduje w rytm tupiących stóp ‘pamięć biegowa’. Bo jakże inaczej nazwać możliwość ponad półtoragodzinnego biegu? Z delikatnym tylko odczuwaniem zmęczenia?

Liczy się tu i teraz. Istotne zdecydowanie. I jakże lżej na duszy. Lepiej. W ten nostalgiczny, smutkiem i zadumą pleciony listopadowy początek…

Advertisements

3 thoughts on “Listopadowy początek”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s