Półmaraton Parkowy, 8.09.2013


z pucharem

Biegło mi się niewiarygodnie dobrze.
Ale od początku:)

Masa ludzi. Przyjemne, słoneczne przedpołudnie. Biuro zawodów na ‘dzień dobry’ – sprawnie działające. Odebranie numeru startowego i koszulki, zweryfikowanie zgłoszenia. Tudzież – kto tam jeszcze chętny – opłacenie na miejscu startowego.

Szatnia, rozgrzewka.

Linia startu – na której ten tłum ludzi. Ileż nas: dwieście, trzysta osób? Trudno mi zliczyć. Stoję gdzieś w połowie luda. Wybiegamy.

Prowadzący imprezę, współorganizator – August Jakubik – zapowiadał: biegniemy nowo wytyczoną pętlą 7kilometrową. Starymi alejkami. Dróżkami już znanymi biegaczom parkowym.

Rzeczywiście – stwierdzam biegnąc – trasa wiedzie głównie asfaltem. W dwóch miejscach przecięta torami tramwajowymi. To feler: w którymś momencie przynajmniej jeden biegacz tutaj właśnie nieopatrznie nastąpiwszy na belki, przewrócił się.

Wzniesienia, wypłaszczenia, zbiegi – urozmaicenie. Kolorytu dodają tańczące centki: liście. Na szóstym kilometrze wiatr rozwiewa suchy, szeleszczący złotawy cieniutki dywanik. Rozesłany na całej szerokości ścieżki biegowej.  Urocze.

Jakiż dziwny dla mnie ten bieg. Obecne moje możliwości biegowe: półmaraton przebiegnę. Owszem. Organizm już wyuczony. Dzisiaj jednak nie nastawiam się na rekord. Na pytanie Marcina: jakie założenia biegu? – odpowiadam: przebiec. O to najbardziej mi chodzi.

Treningi? Jakież nieregularne. Nieprofesjonalne. To dyktowała codzienność. Istotne: że jednak się ruszam. ‘Coś tam biegam’. Uczyłam umysł mój i siebie już jakiś czas przed dniem biegu: nie przejmować się. Nie siłować z tłumem. Nie irytować wyprzedzającymi. Bo lepsi. Bo szybsi. Bo silniejsi.

Nie. Dzisiaj nie dla mnie walka o miejsce. Dzisiaj praca nad sobą. Przebiec.

Biegnę zatem. Już pierwsze kilometry zastanowienie budzą: dam radę? To początek. Gdzież tam trzecie kółko? A ja… – tak niespecjalnie biegowo się czuję. Dam… radę…?

Nie. Nie myśleć o tym. Biec. Myślom inny refren zadaję:  raz-dwa, raz-dwa. Biegnę. Dużo, bardzo dużo nas się stawiło: przede mną wielu biegaczy, rozciągnięty tłum już na kilkaset metrów. Skręcając, spoglądam na tych za mną: tam również jeszcze wielu biegaczy. Na odcinku stu, dwustu metrów ‘rozsypani’ za mną?

Biegnę na ile sił starcza. Przez chwilkę przemyka myśl: czy rezerwy nie wyczerpane? Zostawione drobinki sił na całych 21 kilometrów z malutkim haczykiem?

Za którymś zakrętem, na którymś kilometrze – nie liczę gdzie – usytuowany punkt z wodą. Jeszcze nie wykorzystuję go. Tym bardziej, że teraz trasa zbiegiem prowadzi. Wydłużam krok. Zarówno biegacze mnie wyprzedzają, jak i mnie samej udaje się wyprzedzić kilku.

W ucho wpada muzyka, przytłumione słowa konferansjera, gwizdek… – nie, to nie okolice naszej mety. To – jak później oceniłam: jakiś kilometr od naszej mety, czy też końca-początku pętli – odgłosy z meczu piłki nożnej. Na boisku w okolicach stadionu.

Wbiegamy na alejkę zielono-czerwoną. To ostatnia niby-prosta. Pierwszej pętli dla półmaratończyków, tudzież finiszu biegaczy na 7 kilometrów. Doping zebranych w tej okolicy ludzi, słowa Pana Augusta – mobilizują. Przebiegam linię i biegnę dalej. To dopiero drugie kółko. Szybkim rzutem oka na stoper stwierdzam 35.-36.minutę biegu.  Nie biegnę zatem rewelacyjnie. Byle wytrzymać! Dać radę!

Niebawem docieram do punktu nawadniania. Tego jakiś kilometr od startu ulokowanego. W biegu zabieram kubeczek z wodą. Malutkich kilka łyków wody. I dalej. Dalej. Nie zrezygnować. Dać radę. Przebiec założony dystans.

W okolicach trzeciego kilometra podbieg, ciągnący się kolejnych kilkaset metrów.

Zrównuje ze mną jeden z biegaczy. Jakiś mechanizm podpowiada, narzuca, wymusza – i zmieniam tempo biegu. Działają siły zewnętrzne – rytm przez chwileczkę zaburzony, by podporządkować się silniejszemu. Czuję, że biegnę w inny niż dotychczas sposób. Staram się nie przyspieszać, ale utrzymać rytm sąsiada-biegacza. ‘Czy on mnie podciąga?’ – myślę. Ale poddaję się temu działaniu. Troszeczkę inaczej oddech, troszeczkę inaczej kolejne kroki stawiam. Tak wygląda wspólne bieganie? Tak trenuje się szybkość? Wytrzymałość?

Nie wiem – ale wspólnie biegniemy tak przez dłuższy odcinek. Długi. Bo razem mijamy linię mety/pętli. To kilka kroków on mnie wyprzedza, to ja zrównuję do niego. Punkt z wodą. Mój ‘sąsiad’ wyminął go, ja na pięć łyków zwolniłam tempo. Na kilkanaście kroków przeszłam do marszu. I znowu bieg. Kolega-sąsiad trochę się oddalił. Nie zrywam się szybkim krokiem, ale powolutku, powolutku – po kilkudziesięciu metrach jestem za nim, przy nim.

Szukamy cienia. Słoneczko przyjemne, ale jednak w biegu za gorąco z nim. ‘Gorąco w słońcu’ – tyle w czasie wspólnego biegania słów pada między nami. Dobrze się biegnie milcząc, czując obok drugiego. Wspierającego, podciągającego. Przynajmniej tak jest z mojej strony.

Zbieg. Nogi prowadzą same. To już ostatnie okrążenie. Można odrobinkę przyspieszyć. Nie za wiele: i nie ma na to sił, i nie ma takiego planu. Dobiec! Nie przejść teraz do marszu. Nie pozwolić na rezygnację.

Dwa kółka to 14 kilometrów, minęłam już tabliczkę z prawej ‘10km’. Kalkuluję: który to zatem kilometr? 14 i 3 – to siedemnaście. Tak? Zatem jeszcze ponad 4 do pokonania. Trudny podbieg. Punkt z wodą – ten drugi. I zbieg. Przyspieszam. ‘Byle nie za wcześnie’ – karcę siebie. Oby starczyło sił na finisz. Wytrzymać w biegu do końca. Kolejny malutki podbieg, zbieg dłuższy, podbieg, zbieg. Znowu okolice stadionu, gwizdy – to mecz. I kolorowa alejka. Jeszcze bardziej – nie, nie ja, to nogi same, to mięśnie, to jakby organizm sam, zostawiwszy myślenie obok – przyspiesza. Wyprzedza. Ktoś tam z tłumu woła mnie po imieniu, dopinguje. Ktoś z biegaczy wita mnie. Boję się, że każde wypowiedziane teraz przeze mnie słowo zwolni moje tempo. Wręcz zatrzyma w miejscu. Zatem milczę, pozdrawiam ręką, biegnę. Wymijam słupki wygradzające umieszczone na trasie. Jeszcze tyle przede mną? Jeszcze nie tu meta? Nie mam siły, ale biegnę. Minimalnie przyspieszam. Nie – myśli nie. To organizm, to mięśnie, to nogi. Jakby fizyczny obiekt przemieszcza się, myśli zostały gdzieś tam, z tyłu. Z tym moim sąsiadem, który już dawno mi nie towarzyszy. Nie wiem, gdzie został.

Jeszcze przyspieszam. Jeszcze wytrzymać. Buch. Jest. Przekroczyłam linię. Wyłączam stoper. Dobiegłam. Dałam radę. Stoper. Stoper? Czas: … ???  Naprawdę? Jedna godzina, czterdzieści sześć minut, czterdzieści osiem sekund. Naprawdę??? Niewiarygodne. Mój rekord. Jeszcze tak połówki nie biegałam. Urwać pięć minut na takim dystansie?

Niesamowite. Nie mam prawa nie być z siebie zadowolona.

Cóż za przekora. Co za… – nie wiem co. Jak to jest? Jaka prawidłowość? Gdzie logika?

A może jakiś sens jest w tym wszystkim. Myślę teraz o treningach. O systemie ćwiczeń, o planach zajęć. W tym roku tak dziwnie: nie mam planu, nie mam szczegółowych dni, nie mam rozpisek. Pisałam już wyżej: trenuję, czy też tylko – biegam, kiedy mam możliwość. Nie jest tego dużo. Sumując tygodniowe kilometry – nie ma ich wiele.  A tu taki rezultat.

A tych ludzi:  654 brało udział w biegu – i chodzie.  496 osób biegło połówkę, w tym 73 kobiety. 128 osób przebiegło 7km, w tym aż 50 kobiet. Nordic Walking – 7 km – przeszło 30 osób, w tym 2/3 kobiet.

Reklamy

2 myśli w temacie “Półmaraton Parkowy, 8.09.2013”

  1. Jej, tylu ludzi biegło??? Wiesz, byłam z Ciebie dumna jak dwa razy wchodziłaś na podium ( I i II miejsce- o kategoriach pisz sama:) ) Ale teraz to mnie duma wręcz rozpiera. Mieć taką siostrę to COŚ!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s