Bieg o Breńskie Kierpce, 18 sierpnia 2013


brenskiekierpce

Sam dojazd do Brennej na wczesną porę ranka –  kłopotliwy. To było powodem niepewności zgłoszenia się do biegu. Jechał samochodem Marcin. To on nas tam zawoził. Mogłam zatem wziąć udział w konkurencji.
Przyjechaliśmy dokładnie w momencie otwarcia biura zawodów – a tu już kilkadziesiąt osób w kolejce.

Zapisaliśmy się, tudzież zweryfikowali zgłoszenie.

Relaks. Śniadanie. Przebieranie. Kolejka do biura co raz dłuższa. Zdążą do godziny 9 – kiedy start ma nastąpić? Kwadrans opóźnienia – Zapowiedział konferansjer. Organizatorzy nie spodziewali się: zgłosiło się nas niemal sto siedemdziesiąt sztuk! Niespodzianka: dodatkowa premia dla pierwszych: kobiety i mężczyzny, na najtrudniejszym punkcie – górze Kotarz.

Bieg łatwym nie będzie. To typowo górski, określony jako ‘bieg w stylu anglosaskim’.  Czyli nie w górę ciągle. Start i meta w jednym punkcie. Trasa ‘sinusoidalna’: w górę i w dół. Myśląc o starcie przyjrzałam się mapie, typując trasę szlakami: niebieskim, czerwonym, czarnym, czarnym z zielonym i zielonym. Pasowałoby dystansem: 15km. Organizatorzy w regulaminie nie określili dokładnego przebiegu trasy.

Na miejscu okazało się, że w okolicach tych szlaków odbędzie się bieg. Równolegle z niektórymi jego fragmentami – ale nie bezpośrednio samym szlakiem. Z nutką obawy o zagubienie, ale raczej pewnie stawałam na starcie. Zapewnienia organizatora o oznakowaniu: taśmy czerwono białe i ‘człowiek’. W istotnych miejscach.

Odliczanie ‘trzy, dwa jeden’ – i wybieg spod amfiteatru, potem wzdłuż Brennicy. Tak chyba z kilometr. I w niebieski szlak. Pilnuję biegaczy przede mną, staram się mieć kogoś w zasięgu wzroku. I biegnę.

Kamienie, wzniesienie – przechodzę do marszu. To chyba już: właśnie zaczyna się podejście. Ten trzykilometrowy odcinek, określany przez niektórych, że ‘na czworakach na górę’. Takie nachylenie. Łatwo nie jest.

Staram się utrzymywać szybkie tempo marszu. Wspomagam chód pracą przedramion. Rzeczywiście najłatwiej nie jest, choć co i rusz wymijam śmiałków stale biegnących. Pod górę! Podziwiam.

Jeden z biegaczy, to mnie, idącą, wyprzedza, to ja jego. To znów równo stąpamy – on truchta, ja idę. ‘Dziewczyno, ależ ty masz długi krok’ – zagaduje w którymś momencie, gdy znów zrównuję z nim. Uśmiechamy się do siebie. Na delikatniejszym wzniesieniu biegacz mnie wyprzedza. Doganiam go, stale idąc szybkim marszowym krokiem, na mocniejszym wzniesieniu. Gdy trasa staje się płaska, przechodzę do biegu. Znowu udaje się wyprzedzić kilka osób. Ze dwie dziewczyny tuż przed punktem z wodą. Absolutnie nie orientuję się w terenie. Jeszcze tędy nigdy nie wędrowałam, albo tego nie pamiętam. Gdy trasa nagle skręca w prawo, dostrzegłszy na drzewach znakowania czerwonego szlaku, dochodzę do wniosku, że musiałam minąć tę ciężką górę – Kotarz. Przede mną stale duża liczba biegaczy.

Teraz – ho! – teraz się biegnie: nogi ciągną w dół, mózg nakazuje ostrożność: trasa w dół, w dół. Dość mocny zbieg. Kamienie, kurz wzniecany szybkim biegiem.  Doskonale się biegnie. I wyprzedza innych. Dusza się śmieje na takie tempo. Ostrożnie! – krzyczą zwoje mózgowe. Jednak: na ile można, szybko! Do przodu! Do celu.

W którymś momencie na trasie pojawiają się znaki czarnego szlaku. Na drzewach taśmy biało-czerwone. Gdzieś tam jakiś człowiek, kierujący na właściwą trasę. To któraś ścieżka zagrodzona palikami z taśmą.

Biegnę, nogi same ciągną w dół, gdy tak prowadzi trasa. W marsz przechodzą, gdy wzniesienie do pokonania. Już nie tak mocne jak to pierwsze.

Mijam różę szlaków, szybko wyłowiwszy tabliczkę która mnie interesuje: Brenna, 45 minut.

Spoglądam na zegarek: za dwadzieścia minut jedenasta. Biegnę już ponad godzinę z kwadransem. I biegnę. Pilnuję biegaczy przede mną. Od dłuższego czasu poruszamy się szlakiem czarnym i zielonym, by rozwidlenie poprowadziło mocno w dół. Zbiegam, pilnując zawodników przede mną. Byle mieć kogoś w zasięgu wzroku!

Mocny teraz zbieg. Gęsto kamieniami usypany.

Turysta z naprzeciwka coś mówi do tych przede mną. Zrównuję się z nim ‘Dziewiąta’ – słyszę od niego. Dziewiąta? Może liczy od któregoś momentu. Przecież przede mną duża, wręcz bardzo duża grupa biegaczy. I to z dużą przewagą czasową.

W pewnym momencie jakieś niepokojące poruszenie – biegacze zaczynają rozmawiać. We mnie ostrzegawcza lampka się zapala i w tym samym momencie słyszę: chyba nie ta trasa…

Rety…

Nie ta? Hm… Jesteśmy na czarnym szlaku. Czy Marcin, jeszcze w biurze zawodów, nie mówił, że biec mamy równolegle do tego koloru szlaku? Na drzewach rzeczywiście: rozglądamy się z dziewczyną, którą dogoniłam, nie widać biało-czerwonych taśm. Kule! Naprawdę? Rzeczywiście nie nasza biegowa trasa??? Kule! Kule! Kule! Źle się biegnie, a biegło się tak dobrze!~

Dobiegamy czarnym szlakiem do samej Brennej. Gdzie dalej? W którą stronę? – rozważam. Dobiega mnie jakaś dziewczyna. W lewo. Asfaltem, główną drogą.

Przed startem coś organizator mówił o asfalcie. Ale mówił wtedy naprawdę dużo, omawiając całą trasę biegu. Nic nie pamiętam.
Po kilometrze, czy dwóch, dziewczyna mówi, by teraz skręcić w prawo, w boczną dróżkę.

Gdzie jesteśmy? Gdzie cel?
Znowu kilometr, czy dwa. W oddali widzę biegaczy, widzę wóz strażacki. Przybiegamy z przeciwnego kierunku.

Skręcamy w kładkę nad wodą, w lewo. I jeszcze kilkaset metrów. Widzę metę, amfiteatr. Wbiegam. Mała dziewczyneczka podaje butelkę z wodą. Ktoś odrywa z mojego numeru startowego kartkę z identyfikatorem. Przekroczywszy bramki, otrzymuję reklamówkę – pakiet startowy.

Gorąco, upalnie. Irytująco. Co za gapiostwo!!! Jestem wściekła i wkurzona. Nie. Nie dla mnie takie biegi. To nie miał być przecież bieg na orientację. Kilkadziesiąt osób w podobny sposób kończy dzisiaj zawody. Jedni nadkładają kilkaset metrów, jedni 2-3 kilometry, ktoś tam nawet 5 dołożył do tych 15tu startowych.

Chciałoby się powiedzieć, że świetny bieg. Że piękna trasa. Że urocze miejsce.

Ale ten niesmak gapiostwa.

Dochodzimy do wniosku, że w tym jednym miejscu, na rozwidleniu szlaków, zabrakło człowieka. To na przyszłość. Dzisiaj już nic. Cieszyć się z pokonanego dystansu. Nie irytować: bo może byłoby podium. Widocznie nie miało być. GAPA!!!

Pogoda sympatyczna, choć upalna. Duża część trasy prowadziła zacienionym fragmentem, choć było kilka długich odcinków zalanych słońcem.

Dobiegłam. To się liczy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s