Czy mogę być z siebie dumna? Wyrypa 2013. 19-21 lipca, Beskid Żywiecki


Niegdyś rozmawialiśmy o Wyrypie, zastanawiali kto pójdzie, jak pójdzie, ile.

W kalendarzu lipiec. Trzeci tydzień – zdecydowani szykują się zaraz po pracy czy też od rana załatwiwszy inne bieżące sprawy. Mirek nie dopisał. On skupia się w tym roku na Tatrach. Nasz zespół stanowią: Szwagier nr 2, Tomek i ja. Umawiamy się i wyjeżdżamy z Katowic o godzinie 15:22 by w miarę komfortowo dojechać.
Dobrze zrobiliśmy: tym drugim pociągiem, na ustaloną godzinę spotkania przyjechało 85% Wyrypowiczów. Jak się wysypali na peron, tak od razu ruszyli na szlak. Tak zdecydował główny koordynator i pomysłodawca przedsięwzięcia, Marek. On sam przyszedł do nas, wcześniej przybyłych, a tuż przed przyjazdem tego pociągu zgromadzonych w głębi peronu na zawołanie jednego z ludzi. Poinformował: zgłosiło się elektronicznie niemal 300 chętnych! Logistyka nakazywała taki rozdział. Tamci, już ‘odhaczeni’ na liście i opłaceni. Teraz my. I zgodnie z sugestią Marka: kto odhaczony, opłacony – wyrusza. Ewentualnie doczekuje jeszcze na kompanów.
Wyruszamy.
1.wyrypa
zdj. Marek Ogrodowy

Start: między godziną 19:20 a 20:00 ze Zwardonia, dworca PKP. Kierunek: Baza Namiotowa na Hali Górowej. Tam półmetek i meta. Tegoroczna wersja Wyrypy ma dwie edycje: połówkę i setkę. Każdy dla siebie coś wybierze. Nasze zamierzenie: oczywiście, że całość. To cel Tomka i mój, Szwagier nr 2 zakłada 50tkę. Potem ewentualnie zdecyduje.
Włączam stoper w okolicach godziny 19:45. Taka mniej więcej nasza godzina wymarszu. Maszerujemy za tymi, co już dawno przed nami.

Czerwony szlak. Pierwszy cel: Sól. Zgodnie z oznaczeniami na mapie: zarówno w okolicach wzniesienia Kosarzysk ok.800 m.n.p.m., jak i jakiś kwadrans później – na Rachowcu 954 m.n.p.m. – docieramy do punktów widokowych. Co prawda delikatna mgła gdzieś w przestworzach widoczność jednak pierwszorzędna. Podziwiamy, co za nami, Tomek, znawca terenów, opowiada o szczytach. Tych bliższych i dalszych. Łapiemy oddech po krótkiej, a jednak intensywnej wspinaczce i idziemy dalej, do Soli.
I dalej, dalej Wyrypiarze tegoroczni! Do celu!
Trochę gubienia. Szukania szlaku. To tak dla smaczku. Dla pikantności wyprawy. Nawet to nam nie przeszkadza nadrabiać w stosunku do pierwotnych, z grubsza obliczonych, czasów. W Soli zegar wskazuje godzinę 21:15. Odszukanie szlaku i zejście na czarny. Nie całe 35 minut później docieramy do Łysicy – 704 m.n.p.m. Czarnym szlakiem wędrówka wg planu powinna zejść nam nocą. Wspinamy się na Praszywkę – 1043 m.n.p.m. Jak nazwa wskazuje: podejście właśnie takie. Ciężko parszywe, męczące, kamieniste. Oświetlane czołówkami.
Wrażenia okrasza tarcza księżyca spozierająca i rozświetlająca szlak spomiędzy konarów drzew. Nie pełnia, która pewnie za trzy dni, a jednak księżyc czaruje. Częstuje swoim urokiem złoto-czerwonej świetlistości. My wędrujemy.

Około godziny 23:20 mijamy Bazę Namiotową Politechniki Gliwickiej, ulokowaną w okolicy Przełęczy Przysłop Potocki 845 m.n.p.m. Ciągniemy dalej: 10 minut po północy osiągamy poziom Bendoszki Wielkiej 1144 m.n.p.m., podziwiając ogromniasty krzyż tam zbudowany.   Pół godziny później docieramy do Przełęczy Przegibek 990 m.n.p.m.
Uważnie się rozejrzeć, by na skrzyżowaniu szlaków obrać właściwy kierunek. Tomek wybiera dla nas przejście granią – niebieskim szlakiem. Taką alternatywę dopuścił Marek. Większość wędruje czerwonym szlakiem. Jeszcze nocna ciemność, rozjaśniana czołówkami. Szlak znaczony to za nami, to przed nami widzianymi w oddali światełkami Wyrypiarzy.
.Pozorny trawers dwukrotnie zmusza nas do mocnego wspinania się ostro w górę. Kolorytu wycieczce dodają korzenie gęsto ‘przepełzające’ ścieżkę szlaku, obrastające teren i tak liczne potoczki. Około godziny 2:20 osiągamy poziom bacówki PTTK na Rycerzowej 1165 m.n.p.m.
Obrywa mi się od Tomka: nie poczekałam na moich towarzyszy-Wyrypiarzy przy rozwidleniu szlaków. Hm – tłumaczenie, że wolę odpoczywać na szczycie – pewnie rację ma Tomek. W końcu wyszliśmy jako grupa. Od tego momentu chłopcy zaczynają mnie przedrzeźniać. Moje tempo przemieszczania. Utrzymujemy żartobliwy ton dialogu od tego momentu właściwie już do końca naszej wspólnej wędrówki. Tuż po godzinie 3:15 osiągamy poziom Przełęczy Kotarz 975 m.n.p.m. Przed nami znów mocniejsze podejście na Muńcół 1165, a wcześniej Kotarz 1107 m.n.p.m.

Rozjaśnia się. Dużo przed wschodem słońca wyłączam moją czołówkę. Nie lubię z nią chodzić.
Do cywilizacji – Ujsoł – dochodzimy około godziny 5:10. Jakieś 20 minut wcześniej szlak znów się rozgałęził. Tomek, Szwagier nr 2 i ja – schodzimy różnymi ścieżkami  do miejscowości, przy czym tylko Tomkowi udało się do tego celu dojść czerwonym szlakiem. Bacząc na mocny spad ścieżki toru, którym ja szłam szukając oznakowania szlaku, mając jednak odgłos miejscowości przed sobą – nie zawracam. Telefonicznie kontaktuję się  z Tomkiem i Szwagrem nr 2. Dochodzimy do wniosku, że każda ścieżka zaprowadzi nas do Ujsoł. Udało się: ja zeszłam ‘środkową’ ścieżką, Szwagier nr 2 kilkanaście minut później tą na prawą odchodząca, a Tomek tą, która od naszego punktu rozwidlenia-poszukiwania odeszła w lewo. Tyle, że jemu zajęło to najdłużej. Tym samym my ze Szwagrem skróciliśmy w tym miejscu trasę Wyrypy. Zszedłszy się razem, poszukujemy i odnajdujemy zejście na czarny szlak.  On prowadzi nas przez Kiczorę 785 m.n.p.m. do Kręcichwostów. Następnie żółtym szlakiem przez Herdulę, Zapolankę 853 m.n.p.m., do Hali Redykalnej 1067 m.n.p.m. Zegar wskazuje godzinę 7:05. Gdzieś tam, pomiędzy liśćmi drzew co jakiś czas zaćwierkał ptak. Nie wiele ich słychać jednak. Może to z powodu mżawki, która nas budzi? Jakby poranny prysznic. Sympatyczna aura. Trochę chłodno. W marszu jednak to nie przeszkadza. Atmosfera, pogoda, temperatura powietrza – idealne do wędrówki.
Oczekuję na moich towarzyszy, którzy doszedłszy do mnie, nie omieszkali poprzedrzeźniać mojego tempa marszu. Jeszcze chwila oddechu, woda, cola, coś na ząb – jak zwykle na przestojach. I marsz dalej. W końcu przed nami, już niedługo: śniadanko.  Coś na gorąco, na naszej – a przynajmniej mojej – ulubionej ‘stacji’: w Schronisku PTTK  ‘Na Rysiance’.
Ruszamy: przez Boraczy Wierch 1244 m.n.p.m., Lipowski Wierch 1324 m.n.p.m, mijamy Schronisko PTTK Na Hali Lipowskiej, by dziesięć minut później dotrzeć do Rysianki – do Schroniska. W środku jeszcze, czy już – bo ta pierwsza grupa z pociągu pewnie już dawno tutaj była – pustawo. Wyrypiarzy niewielu.

Tegoroczne wyjście nie dopracowane jak poprzednie edycje: tutaj woda  do dyspozycji, tutaj gorąca herbata…Dopiero jak zaczęli schodzić się następni do Rysianki, ‘pani z okienka’ dopytuje: Wyrypa? Tłumaczy, że dopiero wczoraj po południu dowiedzieli się o niej. Nie przygotowywali wzorem poprzednich Wyryp czegoś do przegryzienia. Ale niebawem herbata będzie.  Wędrowcy przeważnie zamawiają sobie  jajecznicę. Ja pozwoliłam sobie na żurek – co okazuje się nietrafnym wyborem. Niespecjalny.
Pierwsza dłuższa przerwa. Odpoczynek. Bardziej cywilizowane warunki na toalety. Jest czas na dłuższe rozmowy z innymi Wyrypiarzami. Korekty założeń.

Znajomi, którzy planowali pokonać całe 100 km w dobę i godzinę, teraz już wiedzą, że to się nie uda. Wystartowali z niewielkim wyposażeniem. Chcieli większość trasy przebiec. Jeden z nich nabawił się kontuzji. Drugiemu coś strzyka pod kolanem, a za trzy tygodnie startuje w Chudym Wawrzyńcu. Zatem rezygnują z całości. Poprzestaną na 50 km.

Po ponad pięćdziesięciu minutach odpoczynku w tym sympatycznym miejscu wyruszamy. Wychodzimy ze schroniska większą grupą, bym już po kwadransie, wpadłszy w swój rytm, maszerowała samotnie. Obawy o zgubienie są we mnie, ale jeszcze nie za wielkie. Jeszcze podążamy trasą, którą już przechodziłam. Coś pamiętam. Nieco się orientuję.
Z Hali Rysianki kierujemy się czerwonym szlakiem na Trzy Kopce 1216 m.n.p.m., dokąd dochodzę pięć minut przed godziną 10, i dalej, granicznym szlakiem, również czerwonym przez Palenicę 1343 m.n.p.m., Muńczolik 1356 m.n.p.m. do Hali Miziowej. Chwila rozterki, poszukiwania, orientowania wg mapy i róży szlaków – i azymut  na zielony szlak. Na półmetek. Na Halę Górową.

Docieram tam po dwóch godzinach od wyjścia ze schroniska Rysianka. Są już tutaj trzej biegacze, choć mnie do samej Hali Miziowej nikt nie wyprzedził. Oni jednak od razu na skrzyżowaniu szlaków skierowali się od razu na właściwy zielony szlak, nie podchodząc pod schronisko ‘Na Miziowej’. Ja tam właśnie zmarudziłam kilkanaście minut orientując się w położeniu i dalszym marszu. Kwadrans po mnie, do bazy na Hali Górowej przychodzą Tomek i Szwagier nr 2.

I… dla nich to koniec Wyrypy A.D 2013. Oni tutaj kończą.

I…, i…, i co??? Co dalej??? Kto mnie poprowadzi? Kto pokieruje?

Zwłaszcza na tym żółtym szlaku – Tomek mówił o tym już dawno, dawno temu.

Jakże mam dalej? Jak osiągnąć cel, kiedy nie znam później w ogóle trasy?

Schodząc tutaj, planowałam 40 minut drzemki. Takiej szybkiej. Relaksującej. I dalej wymarsz. I powrót po 50 kilometrach. Ale teraz??? Co mam zrobić??? Rozpacz we mnie.  Wypijam kawę ‘3w1’, którą poczęstowała mnie jedna z Wyrypowiczek, kończąc również na półmetku. Wlewam w siebie ten gorąc, wietrzę stopy i rozmyślam. Biegacze oferują co tylko mogą: maść na stopy, może suszone żurawiny? Może frankfuterki? Mapę chcesz?
Nie!!! Ja chcę, proszę, o towarzysza Wyrypy. O przewodnika, o kierownika.
Zgubię się !!!???
Nic to. Ktoś podaje mi rozpisany harmonogram przejść. Ktoś inny mówi, że zaraz wyjdą. Zbieram się. Żegnam ze znajomymi. Z moimi półmetkowymi towarzyszami Wyrypy.
Idę…
Początek jeszcze znam. Zielonym dopiero-co tutaj zeszłam. I wychodzę na Halę Miziową. Zegar wskazuje 12:05. Teraz azymut: szlak przygraniczny, czerwony, do samej Mędralowej. Ruszam dziarsko. Wszedłszy w las, wśród kamienistych wybojów szlaku odwagi sobie dodaję śpiewem-nieśpiewem. Przecież nie mam słuchu. Ani grama. Do tego nie pamiętam ani jednej piosenki całej. Fragmenty:„Szła nocą bajka”, „Dobosz zuch”, „Pierwsza żaba” itp., itd. – a nic całego!
Tak zeszłam przygraniczne pasmo: Przełęcz Glinne 809 m.n.p.m. godz 13:20; Beskid Korbielowski 955 m.n.p.m., Beskid Krzyżowski 925 m.n.p.m. Oba pasma przeszłam odpowiednio do godziny 14:45 i 15:30 niespodziewanie, gdy nie trzeba – wyszedłszy bezpośrednio na tak widoczną dzisiaj Przełęcz Głuchaczki, minąwszy stromą górę Jaworzynę 1047 m.n.p.m.
„Gdy nie trzeba” – ech, jakże namęczyłam się niecierpliwością i niemal rezygnacją na poprzednich Wyrypach, kiedy to tutaj właśnie, na tychże Głuchaczkach tak dzisiaj wyeksponowanych: obkoszonych, z flagą wysoko powiewającą na maszcie, była meta.
Doświadczenie czyni cierpliwym, wytrwałym…
Teraz: dalej. To dopiero początek półmetka. Nie liczę kilometrów. Obserwuję czas. Powinnam mniej więcej w trzydziestej drugiej, najpóźniej trzydziestej trzeciej godzinie dotrzeć do celu. Szósta, siódma rano. Nie później!
Przede mną słowackie oznakowania i kierunkowskazy. Polskiego… tylko się domyślać. I wyłącznie poprzednich lat doświadczenia z wypraw nie zniechęcają. Nie wpadam w panikę. Przypominam sobie ubiegłoroczne docieranie do celu. To tutaj, tym właśnie odcinkiem błąkaliśmy się niedospani i umęczeni z Marcinem, wypatrując celu, który minęłam czas jakiś temu. Przypominam sobie trasę, jednocześnie uważnie teraz poruszając się zgodnie z wytycznymi na mapie. Zakodowałam: drugie zejście zielonym w lewo – to ‘moje’.  To tegorocznej Wyrypy trasa. Idę, wspinam się, doładowawszy akumulatory kilkoma kęsami kalorycznego batona. Już o tej porze wyprawy na siłę przegryzam kabanosów, chleba. Wody już tylko litr. Zdołam gdzieś dokupić? Cola już dawno się skończyła, choć umiarkowanie ją dozowałam. Dwa kęsy Snickerska – przede mną wspinaczka na Mędralową, zwaną też Wielkim Jałowcem: 1169 m.n.p.m. Wdrapuję się tam i badam na szczycie czas: już 16:50. I tak nieźle. Na półmetku mówiliśmy o dojściu tutaj w okolicy godziny dziewiętnastej.
Teraz: jest – zielony szlak. Drugi zielony. Pierwszy kierował na Przyborów. Mnie obecnie interesuje Koszarawa. A ona zapewne za ‘Chatą Zygmuntówką’, dokąd kieruje najpierw zielony wskaźnik szlaku. Trochę dalej podane zarówno to, jak i ‘Czerniawa Sucha’ i Hucisko. To drugie mnie już nie interesuje. Od Czerniawy muszę pilnować, by skręcić w lewo na żółty szlak, do Koszarawy.
Od ‘Zygmuntówki’, dokąd doszłam po godzinie siedemnastej chyba trzydzieści, tracę orientację. I stąd zaczyna się moja wielka niepewność, obawa, strach. Nie szłam jeszcze tym szlakiem. Nie znam w ogóle trasy. Kierując się ciągle zielonym szlakiem wchodzę w zalesiony odcinek. W lesie dopytuję napotkane grzybiarki, czy do Koszarawy dobrze idę. ‘Tam  – wskazuje dziewczyna ręką za moje plecy, tam, skąd właśnie przyszłam! –  i w dół, w dół – wyjdzie się bezpośrednio do Koszarawy’ – mówi. ‘A ten zielony: dokąd on prowadzi?’ – dopytuję i trochę wątpię w moje zdolności nawigacyjne. Dlaczego zawrócić? Szlak powinien mnie prowadzić dobrze! – myślę sobie.
Po kilkunastu krokach w stronę, gdzie pokierowała mnie młoda dziewczyna, napotykam ją i jeszcze inną, starszą kobietę. Dopytuję. Ha: owszem, w dół dojdę do celu, ale ‘na skróty’ – bardzo na skróty! Wracam się na szlak. Jego pilnuję. I czasu. Denerwuję się trochę, bo coś się on ciągnie i ciągnie. Nie widzę nigdzie rozwidlenia, żółtego szlaku, oznakowania ‘Czerniawy’. Rozmawiam z drzewami  niemo szumiącymi wysokimi konarami. To w dół, to w górę prowadzi trasa. I ciągle zielony. Czy jestem już na trasie do Huciska? – pytam siebie i lasu. Czy zgubiłam się już? Ale idę. Daję sobie jeszcze kwadrans. Spokojnie kobieto: wg mapy jeszcze nie dotarłaś do punktu rozwidlenia!W końcu przede mną w oddali widzę na drzewie kierunkowskazy. Oby nie ‘Hucisko’– błagam swoje myśli. Dochodzę i czytam „Czerniawa Sucha”. UFFFFFFFF – co za ulga! Dobrze. Wszystko dobrze! 1062 m.n.p.m. Kierunkowskazy: na Jałowiec – absolutnie dzisiaj mnie to nie interesuje i nie dotyczy, na Hucisko, i mój, żółty, w lewo: Lachów Groń i Koszarawa.
Łyk wody, kęs batona. I marsz. Marsz! Do przodu.
W którymś momencie zalesiony szlak kończy się. Na początku hali szałas i dalej łąki. Maszeruję. Gubię się, czuję niepewnie, ale śledzę znakowania i ściśle trzymam się go. Interesuje mnie cel: Koszarawa. Zatem tylko żółtego znakowania pilnować. Niepotrzebnie zagaduję dwoje przechodniów, którzy mylą moją dotychczasową orientację. Czemu myślałam, że ja na lewo? „Koszarawa tam, na prawo. Chodź z nami.  Tam, gdzie szlak prowadzi, rozjeżdżona droga, zrywka drzewa.” „Dziękuję, ja muszę szlakiem” – dziękuję im. Idziemy, każde w swoją stronę.
O, w jakże złym momencie zrezygnowałam z ich pomocy! Żółte znaki, w takich dziwnych miejscach malowane: to na samotnie rosnącym iglaku, to na lewie nad ziemią wystającym słupku betonowym. Wszedłszy w zalesiony obszar, nagle oznakowania znikają mi z oczu. Niby jestem na tej samej drodze, ale żadnego śladu znaczka. Wokół mnie duży las. Za nim słyszę odgłosy miejscowości, jakiś szum, poszczekiwania psów. Ale znaków szlaku nigdzie! Wpadam w panikę. Gdzie jestem? Nie mogę gubić się o takiej porze doby! Pilnuję drogi i schodzę w dół. Panika narasta. Przyspieszam kroku. Strofuję siebie za nieuwagę. I idę: do głosów ludzi gdzieś tam słyszanych w oddali, za drzewami. Do szczekania psów,  do szumu drogi.
Schodzę, czy niemal zbiegam – ścieżka w dół ciągnie w końcu do jakiejś cywilizacji. Napotkane na szosie dwie kobiety pytam o moje położenie. Pokazuję na mapie: żółty szlak, tam powinnam być. Gdzie jestem?
Lokalizujemy się. Wyszłam na przełaj nie tam, gdzie powinnam. Mniej więcej określamy moje położenie. Kobiety wskazują dojście do interesującego mnie punktu. Może autobusem? Ale dzisiaj sobota. Nic już nie jeździ – martwią się. Po kilkuset metrach dopytuję napotkanego tubylca. Pokazuję na mapie, dokąd chcę dojść. ‘Na szlak?’ – dziwi się spoglądając na zegarek. ‘Tam masz dojście do głównej drogi. Jakiś bus może będzie’ – czuję w jego głosie troskę wymieszaną z karceniem. Gdzież o takiej porze na szlak! Toż już wieczór, noc za pasem! – niemal słyszę niewypowiedziane słowa.Ale on nie wie, a ja nie tłumaczę, że to Wyrypa. Że szlakiem, piechotą do celu.  Dziękuję za ukierunkowanie i idę dalej.
Doszłam do głównej drogi. Teraz szybki marsz, by dotrzeć w odpowiednim momencie – ciągle monitoruję czas – do mojego punktu wyjścia. Czy będzie jakiś sklep? – jeszcze kołacze w mojej głowie. Marsz, marsz! Szybko! O dwudziestej powinnam wyjść – idąc prawidłowo – żółtym szlakiem do Koszarawy. Mam przed sobą asfaltem około – obliczam na podstawie mapy – 4. kilometrów = około 40 minut marszem. Jak przyspieszę, może trochę urwę z tego czasu. I udaje się. Jakieś pół kilometra od szlaku – później to stwierdzam – jest sklep. Szybki zakup wody i coli. I do żółtego szlaku. Dochodzę do niego: jest, znalazłam. Zegar już prawie godzinę 20:00 wskazuje. Tutaj trochę oddechu. Zwolnienie tempa. Może ktoś będzie szedł z Wyrypowiczów? Może ci, którzy za mną mieli wyjść z Hali Górowej – teraz zejdą do Koszarawy? Z nimi dalej pójdę, by się już nie gubić. Noc przede mną.
Chwila złudnego oczekiwania. Chwila wytchnienia. Niby na przelewanie coli do mniejszych pojemników.

Nikogo nie dopatruję. Nikt nie przychodzi. No to… ruszam. Jeszcze raz czytam mapę. Przede mną żółty szlak. Wspiąć się na Łosek, by potem nadal żółtym zejść do Przyborowa.

Zgniecioną pustą butelkę zabieram ze sobą. Kosza w pobliżu nie ma. Oddaję z prośbą o wyrzucenie do kosza napotkanych grilujących w obszarze swojego gospodarstwa mieszkańców. Pani, zapytana o kierunek żółtego szlaku podpowiada, że kładka dalej.  Bo właśnie na mojej drodze dość okazała rzeczka – Koszarawa. Jest kładka – bal drzewa. Wchodzę zdecydowanym krokiem, nie pozwalając na zalęgnięcie się myśli o strachu. Nad korytem rzeki dość nisko osadzonym, nad głębią wody, nieco ponad 30 cm szerokości kładka. Dość gruba, ale porusza się w rytm kroków  na niej stawianych. Następnie od razu stromo w górę.
Ścieżka może i przedeptana, ale słabo. Gęsto obrośnięta płożącymi krzewami malin, jeżyn i soczystej długiej trawy. Chyba jeszcze niewiele osób tędy szło. Cieszę się, widząc gęsto i wyraźnie lokowane oznakowania. Odważnie ruszam do przodu. Jeszcze podejście i jeszcze, i jeszcze. Po kilkudziesięciu minutach wkraczam na prywatny teren – wyraźnie oznakowany, tabliczka z takim napisem.Przede mną w oddali wokół ogniska siedzą ludzie. Wesoło im. Zrówuję się z nimi, to oni pierwsi wołają ‘Dzień dobry’! Oferują coś do przekąszenia, do picia. ‘Co byś chciała, co podać? Coś do picia?’ – przystaję na chwilę, podparłszy na kijach, wyrównuję oddech i – skoro pytają, odpowiadam: „Dżin z tonikiem, tort ananasowy z bitą śmietaną i pięć bananów”. Wszyscy śmiejemy się z udanego żartu.

‘Wyrypa?’ – dopytują, poważniejąc. ‘Tak. Dużo już ludzi przeszło?’- pytam ciekawa.

‘Nie, czterech na razie. Jesteś pierwszą dziewczyną!’ – odpowiada jeden z panów.  I dalej zapraszają, a ja im dziękuję. Chętnie przysiadłabym, zjadła coś konkretnego, gotowanego. Tak uprzejmie i sympatycznie zapraszają. ‘Dziękuję. Straszne to miłe z waszej strony, ale ja muszę dalej. Zmrok niebawem, a przede mną trudny następny odcinek.’
Jeden z biesiadników na dalsze namowy z ich strony popiera mnie. I od razu jakby ‘przekazuje’ innemu: jego pytaj jak iść, on wszystko wie. On stąd.
Z tłumu powstaje różniący się od wszystkich pan: siwiejące, dłuższe włosy, niby zaniedbany, nie ogolony, ale schludny. ‘Jeszcze kwadrans do szczytu, a potem w dół, do Przyborowa’ – podpowiada, odprowadzając mnie kilka metrów. Wspominam, że z Przyborowa do Koszarawy problem z żółtym szlakiem. ‘Nie, gdzie tam. W tamtym tygodniu chodzili i znakowali.’ Po chwili zastanowienia, moich wątpliwościach (w końcu Tomek, przewodnik, obeznany ze szlakami i na bieżąco z nimi, kilkakrotnie podkreślał, gdy analizowaliśmy trasę tegorocznej Wyrypy: na mapie szlak widoczny, w terenie już nie.): ‘A, to może tutaj chodzili tylko’ – mówi przesympatyczny pan. Życzy mi powodzenia, żegnamy się.
Do przodu! Do góry!

Powolusieńku zmierzcha. Jestem jeszcze na otwartej przestrzeni. Docieram do góry opisanej ‘Łosek” 868 m.n.p.m. Teraz w dół.
Wędrówka taka pewna, przyjemna, traci ten smak po pół godzinie: gubię znakowania! Tak czujnie starałam się iść, obserwować drzewa, na których rzeczywiście świeżą farbą w białych pasach żółty wymalowany. Nagle znakowanie gdzieś znika.
Pewnie za szybko idę. Ale już nie zawracam – z powrotem trzeba wspinać się w górę.

Podobnie jak dochodząc do Koszarawy – słyszę przed sobą, zza ściany drzew, odgłosy zamieszkanego rejonu: szczekające psy, nawołujący ludzie, szum przejeżdżających samochodów. Jakaś większa zabawa, może wesele? – radosna muzyka, taneczna, chóralne śpiewanie. Podążam ciągnącą w dół szeroką drogą. Ciemność zapada. Czołówka do pracy! Od czasu do czasu wypatruję po pniach drzew, doświetlając je: może odnajdę szlak?
Przystaję, gdy droga skręca ostro w lewo. Czytam mapę: potok. Szum wody. Powinnam go mieć na lewo przed sobą, a ja go słyszę po prawej!
Nic to – trzymam się drogi. Zakładam, że jeżdżący – droga rozjeżdżona, znaczona koleinami, świeżymi śladami opon – nią zapewne do Przyborowa się udawali. Zakrętów jest kilka. Dosłownie pod kątem ostrym. Taki typowo górski ślimak. Odgłosy miejscowości coraz bliższe. I potok w końcu z właściwej strony szumi. Jest asfalt, wyszłam z lasu. Zabudowania przede mną. Jeszcze kilkaset metrów – dochodzę do jakiejś główniejszej drogi. Ciemno! To już noc. Napotkanych chłopców pytam, cóż za miejscowość. Tak: to Przyborów.

Teraz najważniejsze –  określić swoje położenie. Zajmuje mi to z dziesięć minut co najmniej. Wg mapy zeszłam 2 – 2,5 km od wyjścia żółtego szlaku. Idę zatem asfaltem do właściwego miejsca. Rozbudowa, naprawa, remont – ważnego dla mnie miejsca: mostu. Szukam żółtego szlaku i odnajduję. Na razie odnalazłam punkt, w którym powinnam tutaj zejść. Teraz idę tam, dokąd powinien dalej prowadzić. Prowadzi – ale za mostem, tym remontowanym, wyraźnie znaki szlaku zamalowane na biało! Zatem potwierdza się: zlikwidowany.
Niemal pół godziny albo i kwadrans więcej zajmuje mi podjęcie decyzji. Dopiero teraz: zegar już godzinę 23 pokazuje! – wyczytuję z przesyłanych wcześniej mailem, druk mam przy sobie, informacji Marka o Wyrypie: ‘Część trasy z Przyborowa do Korbielowa rzadko uczęszczanym szlakiem, dopuszcza się wariant przejścia dowolnymi ścieżkami i wariantami’.

O ja gapa! Po co tracę tutaj tyle czasu?

Obliczam na mapie: asfaltem, do Korbiela, stąd, z Przyborowa, to chyba jakieś 16-18 kilometrów. 160-180 minut. Jest godzina 23, zatem do godziny drugiej powinnam być w Korbielowie. Nie liczę na wcześniejsze, szybsze dojście. Jestem śpiąca, zirytowana gapowatością, trochę, tylko troszeczkę, odrobinkę – zmęczona.Zakładam na kije gumowe stopki. By nie hałasować. Polar już dawno naciągnęłam  na siebie: chłodno! Bardzo chłodno. Aż grabieją ręce, marzną uszy. Montuję opaski odblaskowe z tyłu, na plecaku, i z przodu. I marsz. Co, jak służby porządkowe, policja – złapią: drogą krajową, pieszo? Czołówka jest. Odblaski są. Nie ma odwrotu! Przecież muszę dotrzeć do celu.

Wymarsz. Do przodu! Korbielów do zdobycia!

Wbrew pozorom, droga nie jest niebezpieczna: wyszedłszy po około trzech kilometrach z Przyborowa na drogę krajową nr 945 mającą zaprowadzić mnie wprost
do Korbielowa jestem mile, bardzo mile zaskoczona: chodnik! Te wszystkie miejscowości na tyle blisko usytuowane, pewnie tak oblegane turystycznie, że właściwie postąpiono, budując na całej długości chodnik.
Przez Krzyżową w końcu – bo już wątpiłam, że dotrę – doszłam do… pewnie Korbielowa. Jest oznakowanie żółtego szlaku. Znowu mapa w ruch: w którym miejscu jestem. Dokąd kierować dalsze kroki? Nim ją wyciągnęłam, zauważyłam po drugiej stronie drogi wiatę przystanku autobusowego. Pod nią: śpią! W śpiworach. Obok plecaki. Wyrypowicze? Określam swoje położenie. Przez chwilę zastanawiam się, czy nie wziąć przykładu ze śpiochów i potem już z nimi dalej iść. Zegarek: już 10 minut po godzinie pierwszej. Śpiąca jestem i zmęczona. NIE.

Nie ma spania. DO PRZODU! DO CELU!

Zgodnie z mapą, idę dalej przed siebie. Jest kościół. Jest wejście szlaku w prawo. W las.

Idę. Wspinam się. Pilnuję znaków. Czterdzieści minut ciężkiego wchodzenia po bardzo niewygodnym, nierównym szlaku. Czyżby jego tor prowadził potokiem? Tak wygląda. Bardzo kamienna ścieżka, z głębokim rowem, poboczem na tyle nierównym, że stabilność trudna do utrzymania. Wspinam się w ciemnościach rozświetlanych tylko czołówką. Bez głębszego rozmyślania. Bez rozglądania się po rozcapierzonych gałęziach poruszanych lekkim wiatrem. W ciemnościach zwykłe łapy świerków czy jodeł bogatej wyobraźni podsuwają przeróżne stwory. W oddali świecące oczy jakichś zwierząt umykających przed hałasującym wędrowcem. Moje stąpanie jest zapewne dla nich dudnieniem.

Jest zejście na czarny szlak, rozwidlenie. Zatem Łabysówka 904 m.n.p.m. zdobyta.
Pięć minut później Przełęcz Przysłop.
Pilnuję czarnego znakowania szlaku. Chwilami gubię jego ślad, bądź znakowania:  tak są nieregularne. Odszukuję następne znaki. Nie zgubić się! Nie teraz! Wędruję Halą Uszczawne. Chwilę zwątpienia ponownie przeżywam kilkaset metrów dalej: rozwidla się droga. Oznakowania szlaku nie widać. Gdzieś tam za mną jakieś dwa światełka czołówek. Czekam na nich.To złudzenie. Muszą być bardzo daleko za mną. Już dziesięć minut albo i kwadrans kręcę się w miejscu. Tamtych nie widać.
Ruszam. Mapa wskazuje podejście w górę, zatem ruszam tą ścieżką w lewo skręcającą. Ta w prawo w dół schodzi. Kierunek właściwy: natrafiam na oznakowanie czarnego szlaku. I wspinam się. Przechodzę przez szczyt Malarki 1051 m.n.p.m., kilkanaście minut później Uszczawne 1145 m.n.p.m. Jest godzina 2:40.

Odnaleźć zielony szlak. Czarny powinien się skończyć. I nie zgubić skierowania do bazy namiotowej!

Nowe siły wstępują we mnie. Wiara w siebie. Jest! Jest zielony! Jeszcze kilkaset czy kilkadziesiąt metrów. Na drzewie oznakowanie: Hala Górowa. 25 minut do szczytu Uszczawnego. I jest strzałka kierująca w ścieżkę, w lewo – do bazy namiotowej! Przychodzę z kierunku przeciwnego do tego, który sprowadzał Pół-Wyrypowiczów tutaj, na półmetek i metę.

Przejście przez drewniany mostek nad potokiem.
Namioty. Chrapanie. I cisza. Chwilka rozkoszy myślowych oparłszy się na kijach. Rozglądanie po bazie. Wokół. W niebo zwracam wzrok: jakże pięknie rozgwieżdżone!
I do chatki. Pukam. Po dłuższej chwili ktoś tam się rusza. Otwieram drzwi. Cichutko obwieszczam „przyszłam”. Raczej o tej porze na gorącą herbatę nie mam co liczyć. Po kilku minutach otrzymuję śpiwór i skierowanie do jednego z namiotów.

 Śpią… Wszyscy śpią…

W miarę cicho, na ile się da, przebieram się w świeże ubrania: koszulkę, spodenki, skarpetki. Wspinam na podest. Układam rzeczy obok siebie, a sama opatulam się śpiworem i ZASYPIAM.
A – stoper. Zatrzymuję. Godzina 3: 15. Chyba o takiej dotarłam do celu.
Szybki rachunek sumienia: skoro wyruszyliśmy ok. godziny 19:45, to dobę mam już za sobą. Do północy to jeszcze cztery godziny i kwadrans i te trzy godziny z kwadransem po północy. Zatem: 24+4,15+3,15=31,5 Trzydzieści jeden i pół godziny. Tyle tegoroczna setka mi zajęła.

Gdyby nie to błądzenie; jeszcze z chłopakami, do Soli, i te dwa koszmarne żółte odcinki: do Koszarawy i Przyborowa. Można było dwie godziny przyspieszyć.

Można…

Nauka na przyszłość: warto rekonesans przeprowadzić! Za dnia przejść nieznane trasy. Tylko czas mieć na to. Jak dobrze szło się czerwonym przygranicznym szlakiem. A przecież początki – rok i dwa lata temu – wtedy to było straszne i ciężkie!

 Czy mogę być z siebie dumna?

Advertisements

9 thoughts on “Czy mogę być z siebie dumna? Wyrypa 2013. 19-21 lipca, Beskid Żywiecki”

  1. Klaudia, dzięki za fajną relację! Żółty szlak za Koszarawą będzie mi się śnił po nocach:)(też szedłem tam sam i też błądziłem, choć miałem GPS)

    Pozdrowienia
    Janusz

  2. Pewnie, że możesz :). Relacja super, gratuluję dystansu, kondycji i odporności na zmęczenie. Ja startowałam dwa razy i przeszłam ponad połowę dystansu i też jestem z siebie dumna :)/

  3. Bardzo piękna relacja, opisująca trasę i przeżycia błąkającego się nią Wyrypowicza – taka uczuciowa. Gratuluję pióra. Z kontekstu wnioskuję, że to jest twoja trzecia Wyrypa. Czy dla początkujących wyrypowiczów możesz uchylić rąbka poczynań logistycznych prowadzących do sukcesu – ukończenia w dobrym stanie technicznym i psychicznym w/w Wyrypy? Gdzie planowałaś miejsca popasu i jaki czas przeznaczyłaś tam na odpoczynek oraz ile z tego zrealizowałaś. Jaki bagaż spakowałaś z sobą – spis rzeczy i ich przeznaczenie. Jaki ubiór miałaś na sobie z podaniem w miarę dokładnej specyfikacji technicznej oraz oceny przydatności na trasie. Jak z przygotowaniem kondycyjnym do Wyrypy – ćwiczyłaś czy twój tryb życia nie wymaga żadnego przygotowania? Jak z napojami i jedzeniem – co wziąć i ile, co kupić po drodze. Nawigacja – mapa, GPS, w nocy dobra latarka – jak wybrać właściwe (ja o mało nie popłynąłem na tym, że miałem bardzo słabe natężenie czołówki – w jej świetle widziałem tylko gdzie mam stawiać stopy, określenie dalszego przebiegu szlaku graniczyło z cudem).
    Pozdrawiam Czarek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s