Debiut w górach – wspomnienie


1

 2 maja pojechaliśmy z mężem do Szczawnicy na bieg pod patronatem walki z rakiem Rak ‘n’ Roll  –  brały w nim udział również osoby, które wygrały walkę z rakiem. Biuro zawodów znajdowało się na Sali gimnastycznej jednej ze szkół w Szczawnicy, czynne do 24.00 a  na sali gimnastycznej można było przenocować przez dwie noce.

5

Przed startem – „damy radę?”

Byliśmy bardzo ciekawi jak nam pójdzie – dla mnie jak i dla Mariusza to pierwsze zawody górskie. Mariusz startował o godzinie 9.00 ja o godzinie 11.00. Start maratonu był prowadzony do rzeczywistego startu kładem potem już zawodnicy ruszyli na własną rękę. Bałam się czy wszystko pójdzie dobrze: Mariusz nigdy nie biegał maratonów górskich a pogoda był nie pewna. Dzień wcześniej spadł deszcz, więc gleba była mokra i śliska. Jak maraton wystartował miałam 2 godziny wolnego czasu do startu, poszłam się przebrać, bo w międzyczasie zrobiło się gorąco. Kręciłam się trochę po centrum Szczawnicy kupiłam tam wachlarzyk na pamiątkę.
W końcu na start. Poznałam tam dziewczyny z Chrzanowa, które również biegły na 6 km. Jedna z nich poszła do czołówki, druga nieco z tyłu a ja stanęłam pośrodku: bardzo dziwne uczucie jak się stanie z przodu i nagle zaczynają cię wyprzedzać czujesz się jakbyś stał w miejscu, więc postanowiła w środeczku rozpocząć bieg.
Przed wystrzałem startu zagrała na panie na dudach i jak skończyła – strzał.
Czołówka ruszyła z kopyta ja starałam się dotrzymać kroku. Małoco na początku biegu nie upadłam – jedna z dziewczyn mijając dużą kałuże podstawiła mi nogę, ale na szczęście uniknęłam upadku i biegłam dalej. Moja nowo poznana koleżanka biegła w czołówce i  mocno zaatakował podbieg pod stok narciarski i dość mnie wyprzedziła na podbiegu. Jak zobaczyłam gdzie mam się wspiąć to pomyślałam tylko: „co ja tu robie?…” słońce strasznie prażyło jak na patelni było gorąco a tu trzeba brnąć do góry jakieś 2 km żałowałam, że nie miałam kijków trekingowych było by mi łatwiej brnąć do przodu i zarazem na pewno szybciej.
Mijałam osoby, które stawały by odpocząć, było ślisko i mokro buty się zatapiały w błotku nieraz się poślizgnęłam raz musiała podeprzeć się ręką oddech miałam bardzo ciężki i dyszałam jak parowóz. Na szczyt dotarłam w czasie 27 minut i byłam szczęśliwa w czasie zbiegu, który dodał mi skrzydeł. Mijałam turystów i moją koleżankę z Chrzanowa, która miała problem ze zbiegiem. Ja czułam się bardzo dobrze: zbiegi dla mnie są łatwiejsze mniej uciążliwe ja podbiegi oddech mi się wyrównał i brnęłam do mety były momenty gdzie trzeba było zwolnić przy stromym zejściu śliskich kamieniach czy dużym błotku a pogoda zaczęła się zmieniać burzę już było słychać.
Jak usłyszę grzmoty to mam większą motywację do szybszego biegu.
Jak już wybiegłam na deptak to dogoniłam biegacza, który mnie wcześniej wyprzedził: szedł sobie deptakiem ale gdy zobaczył, że go mijam to dołączył  i razem biegliśmy do mety. Przy końcówce bardzo mnie motywował żebym trzymała tempo do końca, bo będzie dobry czas i tak się stało: dobiegłam 5 sekund za nim. Jak dobiegaliśmy jakieś 3 metrów od celu to spytał minie, czym mam siłę na szybszy finał powiedziałam, że mam, ale zaraz zmieniłam zdanie i pobiegł sam to mnie zmotywował do szybszego ruszania nogami i byłam tuż za nim. Na mecie byłam bardzo zmęczona i brudna i dumna z siebie: przebiegłam w czasie 50.20″  moje koleżanki z Chrzanowa przybiegły jakiś czas za mną. Na mecie czekał medal, piwo i pawerade. Trasa był bardzo dobrze oznaczona, więc taki nowicjusz jak ja, który bał się, że się zgubi mógł się skupić na biegu a nie szukaniu trasy.

4

Podczas prezentacji Panache (jednego z patronów Imprezy) dowiedziałam się wiele o doborze właściwej bielizny i profilaktyce

Tymczasem pogoda się pogarszała z minuty na minutę: zaczęło padać gdy na metę przybiegali maratończycy a ja pojechałam po naszą znajomą, u której się zatrzymaliśmy – chciała ze mną powitać Mariusza na mecie. Jak wróciłyśmy na metę pogoda popsuła się całkowicie mocno padał deszcz i sypało piorunami martwiłam się o męża żeby nic mu się nie stało pioruny w górach to ogromne zagrożenie. Nie mogłam się doczekać, wypatrywałam go spod parasolki aż nasza znajoma powiedziała, że wyjdzie do przodu po niego. W 6 godzinie biegu pojawili się oboje. Mariusz był strasznie zmęczony i brudny kilka razy się przewrócił, raz go złapał skurcz i nie chciał go puścić.

3

Już prawie meta!

Cała impreza zakończył się w jednym z lokali w Szczawnicy – tam zostały rozdane nagrody ja tam otrzymałam żółtą (ręcznie robioną) czapeczkę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s