Bieg Rzeźnika


Agata i Maciek Więcek
Już w trasie. Na pierwszym planie Maciej Wiecek
zdj. Adam Mazurkiewicz.
Cała galeria: Bieg Rzeźnika, 2013
Rzeźnik… Ta nazwa, ta impreza była dla mnie czymś wielkim i trochę nieosiągalnym.
Trzy lata temu pojawiła się chęć biegu w Bieszczadach wraz z Maciejem Traczem, niestety nie było nam dane wcześniej wystartować, bo za każdym razem, któreś z nas miało coś ważniejszego w tym czasie do zrobienia.
W tym roku stało się inaczej i dzięki Maciejowi mieliśmy wreszcie razem wystartować..
Niestety mój pierwotny partner musiał zrezygnować z powodu poważnej kontuzji, która męczy Go do dzisiaj..
Zanim jednak mi o tym powiedział, obdzwonił kilkanaście osób ze ścisłej czołówki rajdów przygodowych i biegów ultra. Kiedy mi o tym powiedział, było mi bardzo szkoda Macieja, bo wiem, że bardzo chciał wystartować i w pewnym sensie cieszyłam się, że wszyscy z czołówki mają już coś zaplanowane, bo to skończyłoby się zajechaniem mnie w Bieszczadach.
Prawie w tym samym czasie Maciej Więcek i Grzegorz Lemieszek zdecydował się na start ze mną. Maciej Więcek był pierwszy, więc chcąc nie chcąc ostatecznie odmówiłam Grzegorzowi (przepraszam). I wiem, że kilka osób miało mi, to za złe;).
Szczerze mówiąc bałam się startu z Maćkiem Więckiem. Gość jest jak maszyna i bardzo świadomy swoich możliwości. Ktoś, kto decyduje się na start w Biegu Rzeźnika, niespełna tydzień po wygranej setce na orientacje w górach (Kierat) z dziewczyną, której nie zna, gdzie dobra współpraca, tempo ma decydujące znaczenie, musi być mocarzem. No, ale z drugiej strony cieszyłam się, bo od takiego   partnera  mogłam się wiele nauczyć.
Do Cisnej pojechaliśmy z Jaremą i Wiesławem z Łodzi za co jestem Im bardzo wdzięczna!  przed 11.
Na miejscu czekali już wszyscy z teamów „Supermaraton Kalisz”, naprawdę wszyscy bardzo wyluzowani i lajtowi.
Ja zamiast przedstartowej głupawki, byłam bardzo wyłączona i zdystansowana.
Trochę się pokręciłam samotnie po okolicy zanim dojechał mój teamowy partner. Spotkałam również Magdę i Krzysztofa Dołęgowskich i partnerkę Magdy- Sabinę, które jak się później okazało zrobiły rekord trasy w zespołach kobiecych i poprawiły stary o ponad godzinę. Wielkie gratulacje dla Nich! Po prostu są niesamowite!
Zapytałam Krzyśka, czy widzi gdzieś Maćka… Nieźle… Nie wiem, jak wygląda mój partner, a za kilka godzin będziemy razem rzeźbić trasę Rzeźnika..
Wreszcie się doczekałam.. Poznaliśmy się, odebraliśmy pakiety, zmieniliśmy nazwę zespołu na INOV8 (dziękuje za zaproszenie) i poszliśmy po swoje plecaki.
Nie poszliśmy na tzw.regulamin, czyli objaśnienie spraw technicznych przez organizatorów. Zamiast tego zabraliśmy się z małżeństwem z Rzeszowa do Komańczy, gdzie w 9 osób wynajęliśmy „domek”, zjedliśmy „kolację” i poszliśmy na krótką, bo niespełna 4-godzinną drzemkę…
O 2:15 wszyscy zaczęliśmy się zbierać i o 3 byliśmy już spakowani w autach.
Pojechaliśmy pod miejsce startu i wtedy, gdy zobaczyłam tych wszystkich zapaleńców na starcie, to nie było mi już do śmiechu w ogóle. Naprawdę byłam przerażona.
Pierwotnym planem było zmieszczenie się w 10,5 godziny, bo taki przybliżony czas miał zwycięski zespół mikstów w zeszłym roku, jednak po konsultacji Maćka z dziewczynami z drugiego zespołu INOV8, plan się zmienił i chcieliśmy całą podstawową trasę zrobić tak jak Sabina miała w zamyśle w 10h.
Chwila pogadanki, fotek, lansu i po wystrzale ze strzelby ruszyliśmy.
Myślałam, że Maciek od startu narzuci mocne tempo, jednak dał mi szanse się trochę rozkręcić ;), ale czym bardziej zbliżaliśmy się do podejść, było coraz mocniej.
Wreszcie Maciej rozwinął linkę z karabinkiem i podpiął mnie na hol.. Nadał naprawdę konkretne tempo.. Podobno gdzieś tam na początku były jakieś jeziorka… Jeziorka??? Ciekawe, bo nic takiego nie zauważyłam…
Na pierwszym zbiegu już poczułam, to samo co na maratonie w kwietniu, najpierw ból Achillesa, który szybko przerodził się w ból całej kostki – po kilku latach treningów tajskiego boksu i nie wyleczonych do końca kontuzji coraz częściej daje o sobie znać.
I już wiedziałam, ze łatwo na zbiegach nie będzie, a czym dalej będzie coraz trudniej. Powiedziałam o tym Maćkowi, który był wyraźnie przerażony, ale przyjął to całkiem normalnie jak na biegowego partnera przystało, bez żalu i wyrzutów, więc i ja się zebrałam w sobie starając się nie myśleć o bólu.
Na pierwszy punkt przybiegliśmy przed zaplanowanym czasem, taktyka na punkcie była taka, że ja, tylko pije i przebiegam przez punkt, a Maciek uzupełnia wodę w bidonach i biegniemy dalej.
Na drugim punkcie i każdym kolejnym, meldowaliśmy się przed zaplanowanym czasem, na punktach szlifowaliśmy szybkie wejścia i wyjścia i tak na mecie ostatecznie osiągnęliśmy czas 9:28:12 ze stratą 14 minut do zwycięzców i ukończyliśmy Rzeźnika na I mscu w parach damsko-męskich i III mscu w OPEN.
W trakcie biegu przez chwile byliśmy nawet na II mscu w OPEN, niestety na zbiegu z Połoniny trzeci zespół po prostu sfrunął i przez moje maszerowanie, a nie zbieganie w dół straciliśmy drugą pozycje.
Na trasie zaliczyłam trzy wywrotki :), a na ostatnim zbiegu byłam blisko płaczu, naprawdę ledwo się powstrzymałam. Chyba ludzie spotkani na trasie, którzy bili brawo i gratulowali mnie powstrzymali;) Była to mieszanina bólu, szczęścia oraz wszystkiego co można czuć po takim biegu.
Przez kilka dni po biegu byłam wyłączona ze świata realnego. Myślałam, co by było gdybym bardziej zagryzła zęby i zbiegała, co by było gdyby nie bolała mnie kostka, co by było gdybym wystartowała z kimś innym… Nie docierało do mnie co ludzie mówili, że fajny wynik zrobiliśmy, nie przyjmowałam tych gratulacji… Wszystko skracałam do słów „dziękuje, udało się..”
na mecie Rzeżnika
zdj. Maxmiliano de Suza
Dzisiaj, ponad dwa tygodnie po Rzeźniku,  myślę już trochę inaczej…
Wiem, że to dzięki  planowi (który wybiegałam z małą nawiązką) świetnie ułożonemu  przez moją trenerkę Dominikę Stelmach, dzieki której tydzień przed Rzeźnikiem zrobiłam jeszcze życiówke na 10km w Biegu Ulicą Piotrkowską i poprawiłam zeszłoroczny wynik w tej imprezie o 2,5 minuty.
Mój partner w Biegu Rzeźnika  okazał się wymarzonym, mega mocnym partnerem oraz świetnym taktykiem – to dzięki niemu osiągnęliśmy tak dobry czas 🙂
Dziękuje wszystkim, którzy się do tego przyczynili i trzymali za mnie kciuki.
Reklamy

9 thoughts on “Bieg Rzeźnika”

  1. Agata mega gratulacje! Dla mnie taki bieg to odległa przyszłość. Jesteś wspaniałym przykładem dla innych, że jeśli naprawdę chce się coś osiągnąć to po prostu trzeba to robić, a wtedy marzenia się spełniają 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s