Konflikt interesów


25 maja  bieg – w ramach ‘Polska Biega’ – zarówno u nas  jak i w chorzowskim parku. Obiecałam start chłopakom od siostry.

Nastał ten dzień sobotni 2013 roku. A na dworze chlapa i plucha. Choć to podobno wiosna. Ta radosna, kolorowa. Zimno, szaro, buro i ponuro.

Postanowione –  jedziemy do Chorzowa. Ale tylko Helena i ja. Chłopaki chorowite, zakatarzone…

W Katowicach z pociągu wysiadamy po godzinie dziewiątej. Pół godziny później w umówionym miejscu zjawia się samochodem szwagier nr 2. Teraz z nim jedziemy dalej.
Parkujemy na osiedlu. Do celu: Parku w Chorzowie, udajemy się pieszo.
Idziemy i idziemy. Gdzieś tam truchtacze, biegacze – a gwaru, zgiełku – nie ma…

Co jest? Czy to nie tu? Pod Halą Kapelusz – jakieś bramki, głośność ze środka. Jakiś zespół ćwiczy swoje utwory. Na biegaczy to nie wygląda.

CO JEST???

Dziecko moje i szwagier nr 2 z poczuciem humoru drwią z mojej organizacji. Nie zniechęcam się. Idziemy dalej. Dopytuję napotkanego człowieka: tak, jest bieg, biuro zawodów pod stadionem.

Uff.

Docieramy we wskazane miejsce. Są ludzie, jest nagłośnienie. Już słychać konferansjera-organizatora – Pan August Jakubik właśnie przygotowuje do wypuszczenia na trasę pierwszą grupę: kolarzy.

My meldujemy się w  biurze, odbieramy numery startowe. Depozytu nie ma, ale są profesjonalne szatnie.

Po przebraniu, w oczekiwaniu na godzinę naszego startu, rozgrzewamy się. Zaś ja, zostawiwszy córkę i szwagra nr 2, udaję się na rekonesans trasy biegu. I się irytuję.
Jeszcze nie poznałam wnikliwie alejek parku. Jeszcze gubię się. Dzisiaj bieg na 5km. Mijam po kilku minutach truchtu otaśmowany punkt – i… i mijam, i biegnę truchtem, i truchtam biegnąc – i po kwadransie czy dwudziestu minutach zakolami, dróżkami, ścieżkami wracam do punktu wyjścia. Czyli do ‘moich’, do biura. Znakowanie…

Dopytuję u dziewczyn pod namiotem o znakowanie. Jest. Twierdzą. Trasa jest czytelnie oznakowana.
Nie jest. Zaczynam się irytować.

Zdecydowanie muszę wypracować zmysł orientacji. Tylko nie dać się teraz ponieść nerwom, by mieć siły na racjonalny bieg.

Rowerzyści docierają do mety – oni mieli 10km. Powoli dochodzi godzina 11:15 – czyli czas naszego startu. Pan August nawołuje biegaczy do ustawienia się na linii.

Obserwuję zebrany tłum – bo zjechało się trochę dużo chętnych. Niektórzy w króciutkich strojach,
a tu zimno. W biegu się rozgrzejemy, ale nie jest aż tak ciepło. Nic to. Ich to sprawa.

Odliczamy i startujemy. Nie ma czipów. Włączam mój stoper.

Klaudia i Helena

zdj. Madalein, więcej zdjęć: GALERIA

Mocni pognali do przodu. Początkowo biegniemy razem: Helena, szwagier nr 2 i ja. Wyrugowawszy
z siebie zły nastrój i obawy o mylenie trasy, poddaję się biegowi. Wyrzucam z myśli mało przyjemne nastroje. Chłonę atmosferę biegu, sympatycznego spotkania. Obserwuję przyrodę, rozmyślam –
a nogi same prowadzą.

Trasa nie ma oznakowania poszczególnych kilometrów. Co jakiś czas widoczne są taśmy biało-czerwone, w newralgicznych punktach wolontariusze. Biegaczy dużo. Zatem i tempo wśród tłumu różne: są ludzie przede mną, ze mną, za mną biegnący. Poddaję się temu prowadzeniu i biegnę, biegnę.
Delikatne wzniesienia, nierówności podłoża czasami, kolorowe odcinki trasy: to oznakowane tory dla rowerzystów i rolkarzy. Zakręty. Łuki. To gładki asfalt pod stopami, to bruk, cegła.

Pokonując kolejne kilometry, krzeszę siły by przyspieszać. Nawet wyprzedzać. Dzień nie jest ‘mój’, nie czuję biegu, ale staram się. Spoglądam co kilkaset metrów na stoper, na tej podstawie oceniając pokonany dystans. W końcu docieramy do znanej już mi długiej niemal prostej zielono-czerwonej alejki, która prowadzi do mety.

Jeszcze sił! jeszcze wytrwałości – przyspieszyć. Mocniej deptać, trzymać tempo! Biec, biec.

Jeszcze bardziej przyspieszam, by linię mety przekroczyć niemal wyczerpana. Zerkam na stoper: 22 minuty i 24 sekundy. Super! Coś koło 4:35 na kilometr.   SUUUPEEEEERR.

Teraz wyregulować oddech. Łyk  wody. I szukam ‘moich’. Na razie nie mam siły, by choćby potruchtać. Wyrównuję oddech. Skłony, rozciąganie. Po chwili już lepiej. Wychodzę zatem naprzeciw biegnącym.
Widzę!
W oddali pojawia się sylwetka Heleny. Kolorki na twarzy, zacięty wyraz – ale pędzi. Przyspiesza! Dopinguję ją ‘biegnij!’. Biję jej brawo.

Helena przekracza linię mety. Umęczona i ucieszona, składa mi gratulacje.

Córko: Ty jesteś mistrzem! Nie trenujesz, a przebiegłaś cały dystans! Nie przerwałaś biegu! Całe pięć kilometrów dałaś radę. I to w jakim czasie: poniżej pięciu minut na kilometr! Jesteś świetna!

Czekamy na szwagra nr 2, wypatrując go wśród nadbiegających.

Helena poszła po koszulki, wydawane biegaczom. Ja wracam ‘pod prąd’ – ale nie przeszkadzając dobiegającym do mety.

Jest! Jest szwagier nr 2. Umęczony, ale nadal biegnący. Nie rezygnuje. ‘Podciągam’ go, biegnąc ostatnich kilkadziesiąt metrów z nim. Nie wiem, czy go wkurzam, irytuję, denerwuję – ale dopinguję, w moim mniemaniu, i biegniemy. Przekracza linię mety. Tych pięć kilometrów pokonał w nieco ponad 28 i pół minuty. BRAWO! Dla nie biegacza to bardzo dobry czas!

Deszczyk pojawia się dopiero w momencie dekoracji. Dopisała nam zatem w miarę pogoda.
I nastroje.

Jedynie gdzieś tam dno duszy podgryza sumienie. Ten konflikt interesów: bo tam, u nas, dzisiaj bieg.
I tutaj.

Najważniejsze jednak, że dzisiejszą imprezę i start zaliczamy do udanych a dzień za sympatycznie spędzony. Kropkę nad ‘i’ stanowią – pomimo chłodności wokół – lody. Pychotka! A po takim wysiłku nie myślimy, że to złe kalorie.

Reklamy

3 thoughts on “Konflikt interesów”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s