I Bieg Radia Egida


Jakiś czas przed – migawka: ja, pędem na pociąg. W podziemnym przejściu dworca PKP, w gablocie plakat. Właśnie taki migawkowy: na ujętym zdjęciu biegnący człowiek.  I Bieg Radia Egida.

Bieg Radia Egida

zdj. Marcin Kawka

Tyle zdążyłam wtedy doczytać – biegusiem pognałam na pociąg.

Kilkanaście dni temu – znów migawka. Znów ten plakat. Przystaję na chwilkę: 5 maja, Katowice – doczytuję na tymże plakacie.

I znowu zapominam.

Tydzień przed kolejna migawka, kolejne wczytanie w szczegóły i postanowienie, że będąc w zasięgu Internetu doczytam regulamin. Sprawdzę inne swoje starty. Może wezmę udział w tym biegu.
Nastał długi weekend majowy. Ciągle zapominałam! Udało mi się zarejestrować dopiero 4 maja.
W niedzielę usiłuję namówić jeszcze córkę, by ze mną pojechała do Katowic. Bezskutecznie. Zatem jadę sama.

Bieg o godzinie szesnastej. Bym zdążyła, z domu muszę wyjść cztery i pół godziny wcześniej. Takie połączenia, gdy korzysta się wyłącznie z komunikacji publicznej.

W uroczym miejscu akademików katowickich w Ligocie stawiam się niecałe dwie godziny przed startem. Zapoznaję się zatem z topografią miejsca, spacerując alejkami sympatycznie ulokowanego miasteczka studenckiego na obrzeżach tak dużego miasta.
Później – weryfikacja w namiocie stanowiącym biuro zawodów. Mój pakiet zubożony o koszulkę: zbyt późno zarejestrowana jestem. Nic to.

Rozgrzewka. Organizatorzy przesuwają godzinę startu o kwadrans. Zgłosiło się ponad 120 osób – nie liczyli na tak duże zainteresowanie.

Odliczamy… – nie, nie odliczamy. Wypuszczający nas ‘starter’ zapowiada, że wyruszymy, gdy padnie jego komenda ‘Trzy, dwa, jeden, zero’ wraz z odgłosem wystrzału.

Zatem pada komenda, strzał – i start. Wśród nas weteranka biegów długodystansowych, niezmordowana seniorka, której niejedna małolata, starszolata, a też i nie jeden mężczyzna nie dorównuje siłą i wytrzymałością: Dorota – nomen, omen – Wyleciał.

Kolorowy tłum wystartował szybko. Nie mogę poddać się temu pędowi. Utrzymać bieg na swoim poziomie! Nie biec za szybko! Przed nami 12 kilometrów. Siły trzeba rozłożyć taktycznie. Minutnik ustawiłam na 4:59. Nie włączałam go jednak, zadowalając się jedynie stoperem.  Muszę pilnować tego odmierzania: tutaj ogólny pomiar czasu. Nie ma indywidualnych czipów. Jak zapowiadano: po kilkudziesięciu metrach od linii startu skręcamy nadal asfaltem w lewo. Nawet dobrze się biegnie tą nawierzchnią, z obu stron okoloną drzewami. Dobiegamy do panewnickiego lasu po niecałym kilometrze. Asfalt przechodzi w drogę leśną, czarną. Utwardzoną, upstrzoną miejscami kałużami. Dobrze oznakowana trasa strzałkami ‘Radia Egida’, teraz kieruje nas w głąb leśnych duktów, w lewo. I dalej różnymi zakolami.

Tempo dość mocne. Postanawiam takie utrzymać. Zdziwiona jestem, gdy mijam tabliczkę ‘1km’ a na moim stoperze… 3’56”. ZA SZYBKO!!! To nie moje tempo! Nie wolno mi biec pierwszego kilometra tak szybko, kiedy jeszcze ich jedenaście przede mną! Albo tabliczka nie jest dokładnie 1000 metrów od linii startu? – jeszcze pocieszam moje myśli. Przecież ja nie biegam kilometra w takim tempie. Niemniej delikatniutko zwalniam, by mieć siły przebiec cały dystans. Wymija mnie kolejnych kilka osób. Nawet dziewczyna! Biegnie na tyle szybko, że oddaliwszy się dużo ode mnie, nie mam najmniejszych szans jej dogonić.

Pogoda w końcu – po kilku dniach bardzo deszczowych –  słoneczna. Ciepło, choć nie gorąco. Warunki do biegania idealne. Czarujące to miejsce: dukty leśne, gęsto obsadzone drzewami, w przeważającej mierze brzozami. Świeżutka soczystość jasnej zieleni delikatnych listków, świergot ptaków, i to słońce wśród gałęzi: bajka.

Biegnie mi się niezwykle dobrze.  Wybieram środek leśnych dróg, unikając kolein ich poboczy. Jedynie tam, gdzie odcinkami tłuczeń wysypany, choć już dość rozjeżdżony, jeszcze daje się wyraźnie odczuć. Wtedy biegnę poboczem drogi.Sprawdzam międzyczasy przy tabliczkach poszczególnych kilometrów: biegnę 4.,5.,6. – tak do dziesiątego kilometra z prędkością 4 minut na kilometr. Nie chce mi się w to wierzyć. Tak szybko? Albo rzeczywiście tabliczki ustawione mniej-więcej w okolicach tysięcznego metra poszczególnego odcinka.

Jedenasty kilometr ciężki. Choć trasa niemal cały czas raczej zbiegiem – podbiegi nawet jak są, to niewielkie – zaczynam odczuwać zmęczenie. Sapię – a jakże! – wszak to moja wizytówka, już od początkowych kilometrów. Na tym przedostatnim kilometrze wymija mnie biegacz, którego ja przegoniłam kilka kilometrów wcześniej.

Moja taktyka zatem zawodna. Pomimo początkowego zwolnienia, jednak i tak za szybko biegłam. Jakiś długi ten kilometr. Daleko się robi do charakterystycznego zakrętu w lewo, by wracać do mety. W końcu – jest! Dyszę już niemal. Nie tylko sapię. Ale biec, biec! Już nie rezygnować.

Nie zwalniać! Praca przedramion. Lewa noga w przód, prawe przedramię, i na przemian. Do przodu! Jeszcze! Jeszcze!

Skręcam, przede mną długa prosta i kilku biegaczy widzę w dali. Nie dogonię ich, ale nie zwalniam. Szarość asfaltu majaczy z przodu. Zatem to ostatnia prosta! I ciągle w dół.
Jeszcze trochę! Zerkam na stoper: oho! 53 minuta. Bardzo zmarudziłam na tych ostatnich dwóch kilometrach. Biegnij, kobieto! Biegnij! Zmieść się w godzinie.
12 kilometrów; gdyby utrzymać tempo 4. minut na jeden, powinnam zakończyć w 48.minucie. Ale za bardzo zmarudziłam na tych ostatnich dwóch. Za szybko zaczęłam, tudzież pozwoliłam sobie zwalniać na jedenastym kilometrze.

Biegnij! Jeszcze szybsze przebieranie stopami, jeszcze energiczniejsza praca przedramionami. Raz, raz, raz! Do przodu. W prawo, kilkadziesiąt metrów przede mną. Słyszę jak mówią, że wbiegam, identyfikując dane po numerze startowym. Tym bardziej przyspieszam. Przekraczam linię mety. Zatrzymuję stoper: 55’49”.

UDAŁO się!!! Przebiec dwunastkę poniżej godziny! RE-WE-LA-CJA.

Jak dla mnie.

Przybiegłam czterdziesta pierwsza. Byłam czwartą na mecie kobietą. Mówią, że miejsce tuż za podium, to najgorsze miejsce. Nie – dzisiaj, tutaj, dla mnie – zdecydowanie nie! Nie miałam szans dogonić tych pań, które przede mną. Nawet ich nie widziałam na ostatnich kilometrach. Były ode mnie zdecydowanie lepsze.

Mnie dzisiejszy start zadowala. Ha!  Żeby tylko. Mnie on niezwykle cieszy.

Już tak dawno nie biegałam w tak dobrym dla siebie czasie.

Daleko mi do zawodowców. Ale już nie będę zawodowcem. Jest dobrze!!!

Do następnego treningu.

OGÓŁ: startowało 121 osób, w tym 36 kobiet /30%/.

Advertisements

3 thoughts on “I Bieg Radia Egida”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s