Góry są dla mnie – II trening z BUT-em


Pod stacją narciarską wyciągu ‘Dębowiec’ jestem pół godziny przed czasem zbiórki. Zmieniam buty. Wszystko inne już na mnie – ubranie do biegania. Kwadrans później przychodzi pierwszy kolega, zaraz potem zjeżdżają i dobiegają następni. Plecak do bagażnika samochodu Arka. I jeszcze chwila czekania: może jeszcze ktoś się zjawi?

 Po ósmej ruszamy. Standardowo na szczyt stoku Dębowiec. Gliniasto, mokro, błotnisto. Taka aura. Drobię kroczki, by dać radę całemu dzisiejszemu treningowi biegowemu. Założenie: 20-25km. Szlakami górskimi.
Dotychczasowe szczękanie zębami i telepanie ciała z zimna, powolutku ustępuje. Wspinaczka w górę rozgrzewa. Jak określił Arek: dobra wstępna rozgrzewka. Dzisiaj pokonanie tego odcinka zajęło mi 7’33”.
Na szczycie oczekiwanie na pozostałych. Ogólne określenie trasy treningu: Szyndzielnia, Klimczok, Bystra… – nie spamiętuję całości omawianej przez chłopców. Liczę na to, że nie zgubią mnie gdzieś na szlaku.

Biegniemy. Prowadzi nas czerwony szlak. Nie odstępuje mżawka. Uroku nadaje bardzo gęsta miejscami mgła. Tak mocna, że momentami widoczność ograniczona jest do kilku metrów. To napawa mnie lekkim niepokojem: biegnąc swoim tempem, pozostaję sama. Mam świadomość kilku biegaczy przede mną i kilku  za mną. Oby się tylko nie zgubić!
Na razie to nie grozi. Pozornie zostawiony Michał gdzieś za mną, nagle widoczny jest przede mną. Biegnie on swoim tempem, znając zaś teren, przemieszcza się innym torem, niż pozostali. Tym samym ma oko na nas – początkujących.

Dzisiejszy bieg górski sprawia mi tylko przyjemność. Staram się pokonywać wszystkie wzniesienia biegiem. Dwóch biegaczy przede mną niektóre wzniesienia pokonuje idąc. Są mimo to szybsi ode mnie.  Nie rezygnuję jednak z własnego planu: drobię kroczki, ciężko oddycham pokonując trudne wzniesienia, ale nie przechodzę do marszu.

Aura jest niezwykła: drobniusieńki deszcz, chwilami intensywniejszy, wcale nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie: bardzo dobrze biegnie się stale będąc schładzanym. Ciągła mgła, tylko na dwóch króciutkich odcinkach gdzieś znikająca, stwarza ciekawe zjawisko. Oddziałuje na psychikę pozytywnie: dzięki niej nie widać wznoszącej się stale w górę drogi, tym samym mózg nie otrzymuje sygnału ‘zobacz, jak duże podejście jeszcze przed tobą’!

 Ekstremalnym odcinkiem dzisiejszego biegu jest podbieg, a dla mnie tutaj: podejście, żółtym szlakiem pod Szyndzielnię. Od Bystrej – dokąd dotychczas poruszaliśmy się czerwonym szlakiem – biegniemy około 1,5 kilometra niebieskim szlakiem, pokonując małe wzniesienie na Kozią Górę. Po zbiegu z tej góry, wchodzimy na żółty szlak. Pierwszą jego część udaje się nadal biegiem pokonać. Wolnym, bo wolnym – ale biegiem. Od Przełęczy Kołowrót, gdzie na róży szlaków wyczytałam ‘Szyndzielnia: 40minut’ – nie mam szans na bieg. Wzniesienie jest dla mnie tak duże, że przechodzę do marszu. I niemal cały ten odcinek, który ciągnie się na kilometr i 300 metrów – idę.

Miewam chwile zwątpienia: gęsta mgła, cisza w lesie – nie licząc mojego sapania – budzą obawy, czy prawidłową trasą się poruszam. Tyle ścieżek przecina szlak, może chłopcy skręcili w którąś z nich? Mówili jednak, że na Szyndzielnię teraz. Trzymam się zatem znakowania szlaku i wspinam, wspinam, wspinam. W którymś momencie dochodzi mnie echo czyjejś rozmowy. Za drzewami kilka metrów przede mną dostrzegam najpierw jedną jasno zieloną kurtkę, potem następną i jeszcze niebieską bluzę. Oczywiście – nie same ubrania gdzieś tam, i to nie one ze sobą rozmawiają – a moi towarzysze biegacze. Czekają na maruderów pokonujących ten ciężki odcinek wolniutko, jak ja. Za mną jeszcze troje ludzi powinno być.
Teraz skręcamy w prawo. Chłopcy-przewodnicy instruują: w dół, w dół – do Dębowca.

Jakiego szlaku się trzymać? – dopytuję. W dół! Nie ma znaczenia, którym szlakiem.

BUT2

więcej zdjęć: TUTAJ


Ruszamy zatem we trójkę, jak się okazuje – samych nie tubylców. Arek i Michał zostali, by naprowadzić pozostałą trójkę na właściwy tor.
My – po kilkudziesięciu metrach wątpimy – bo drogi się rozchodzą. Postanawiamy trzymać się czerwonego szlaku. I bieg, bieg! Teraz dużo przyjemniejszy w porównaniu do podejścia pod Szyndzielnię, bo trasa rzeczywiście prowadzi w dół i mocniej w dół.

 Szutrowa nawierzchnia, miejscami gęściej usiana kamieniami i skałkami stwarza niebezpieczeństwo, toteż ostrożnie pokonuję drogę, uważnie śledząc każde miejsce, w które stawiam stopę. Chłopcy biegnący  ze mną w grupie tak się rozpędzili, że znów na kilkadziesiąt minut pozostaję sama z mgłą, deszczykiem. Niezwykłe miejsce pozwala pokonywać trudność szlaku z przyjemnością.

Dobiegamy do rozpoznawalnego już miejsca: Schroniska na Dębowcu. Tutaj, z zaskakującej strony – dobiegają do nas Arek i Michał. Ostatnich pięćset metrów mocno w dół prowadzących, zbiegamy razem.
Każdy swoim tempem, czyli ja za nimi daleko z tyłu, ale w zasięgu wzroku. Stoper: 3 godziny 37 minut. SUPER!!!
Tyle czasu jednym treningiem nie biegałam. Później obliczyłam: było dzisiaj około 25km. Szlakami górskimi. Czyżby takie trasy łatwiejsze były do biegania niż nizinne? Na pewno miałam doskonałą formę na ten poranny niedzielny bieg. Góry są dla mnie!

Reklamy

3 thoughts on “Góry są dla mnie – II trening z BUT-em”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s