I trening z BUT-em


http://www.beskidyultratrail.com/  — strona www: wszystko o BUT’cie i treningu do niego.

Wybrałam się.

Osobiście mam zerowe przygotowanie do biegania po górach… DOSKONAŁY pomysł organizatorów: wspólny trening. W górach.Dla mnie –zółtodzioba górskich biegów – dystans wyzywający. BARDZO. Dwadzieścia kilometrów! Albo i cztery więcej. To naprawdę wielki dystans.
Tym bardziej zdecydowałam się wybrać na ten trening.

BUT1

więcej zdjęć: https://www.facebook.com/beskidyultratrail

To było powodem konieczności spania kątem w Katowicach, by zdążyć na pociąg odjeżdżający stąd o godzinie 5:31 do Bielska Białej. Bo dalej jeszcze trzeba dojechać autobusem do punktu spotkania: stok na Dębowcu. I dojeżdżam tam zgodnie z rozkładami jazdy, z podpowiedziami ze strony BUTa i zaprezentowaną mapką dojścia od wyjścia z autobusu.

Siąpi, delikatnie chłodno – a pod obiektem wyciągu ‘Dębowiec’ ni żywej duszy.Po kwadransie od mojego przyjścia zaczynają zjeżdżać się panie i panowie. Jednak nie pasują mi do biegaczy, przynajmniej nie na tę chwilę: reklamówki, dżinsy, trapery…To pracownicy obiektu stawiają się do obowiązków.

Pomyliłam miejsce, czy czas? Może to wczoraj było… Na mapce, którą wydrukowałam ze strony BUTa – wyraźnie wskazane „Stok narciarski Dębowiec”.   Tutaj: na tablicach informacyjnych, na obiekcie oznakowanie brzmi „Dębowiec”, „Stacja Dębowiec”. Zatem: może to nie tutaj???

Dopytuję tych, co już przyszli: nic nie wiedzą o żadnym biegu. Tak, to miejsce jest tożsame
ze ‘Stokiem na Dębowcu’. Na górę można przejść pod wyciągiem. Wczoraj jakaś grupa się tu zbierała około jedenastej…Same rozterki spotęgowały we mnie te informacje.

Zakładam stuptuty, wyciągam kije – i maszeruję w górę. Po gliniastej nawierzchni. Drobniusieńki deszcz nie spowodował jeszcze mazi błotnistej. Jestem już co prawda ubrana do biegu, ale mam ze sobą dwa podręczne plecaki, pokrowiec na kije, do którego właśnie wsunęłam mokrą parasolkę. Zatem nie za bardzo przystosowana jestem do wędrówek. Ale wspinam się. Wzniesie pod dość mocnym kątem usytuowane. Tych kilkaset kroków na górę powoduje zadyszkę.

Dochodzę do chatki – ‘górny wyciąg’. Nic; żywego ducha… Drzwi zamknięte. Kule! Gdzież to spotkanie miało być? Dokąd miałam pójść?
Ech – rozmyślam – na upartego mam w plecaku mapę. Pójdę sobie na szlak. Przyjechać, by zaraz wracać? Pogoda wcale nie psuje tych zamierzeń.

Chwilę jeszcze rozważam, rozmyślam. I wracam w dół. I, będąc w połowie zejścia, dostrzegam na wybetonowanym placu kilka osób. Dwie w zieloniutkich kurteczkach. Takich jakby biegowych. Przyspieszam zejście, gotowa nawet wołać, by zaczekali, gdyby zaczęli przemieszczać się gdzieś indziej. Może to oni? Biegacze? Niemal pędem pokonuję ostatnich kilkadziesiąt metrów stromego zejścia. Jeszcze szybciej przebieram nogami na płaskim. Dochodzę do grupki panów

        Dzień dobry J Panowie z ‘BUTa’ ?

        Tak. – odpowiadają. UFFFFF. Rozpromienia się moja twarz w ten pochmurny, dżdżysty ranek.

        Gdzie mogę zostawić rzeczy? – dopytuję. Jeden z panów podpowiada, że bez problemu mogę schować do bagażnika jego samochodu. Idziemy zatem na parking.

Chowam plecaki i kije do bagażnika, zmieniam buty na biegowe. Wracamy do pozostałych panów. Jeszcze chwila czekania i wniosek, że pewnie już nikt więcej nie przybędzie. Zatem: RUSZAMY.

I to gdzie! Właśnie na to wzniesienie, na które tak ciężko było mi wejść. Teraz wbiegamy. Drobię kroczki. I słucham, jak panom swobodnie rozmawia się, gdy ja z ledwością łapię oddech.

        Przeciętnie – mówi  Arek – wbiegnięcie na to wzniesienie zajmuje mi 6 minut.

Teraz mija ósma minuta, z trudem wbiegam na górę wzniesienia. A chłopcy biegną. Wcale – zauważam nie zmęczyło ich to przewyższenie. Trzech trzyma się z przodu, Arek cierpliwie i dzielnie towarzyszy mojemu sapaniu. Nie da się inaczej! Muszę jakość wyrzucić z siebie tę wspinaczkę. Teraz kierujemy się szlakiem w lewo. W oddali mglistość. Deszczyk to siąpi, to ustaje na chwilę.

Pogoda, złudnie chłodną temperaturą otulająca ludzi, w biegu stanowi wzorcową: jest naprawdę odpowiednia do biegania. Zwłaszcza tutaj, po tych wzniesieniach.

Pierwszych 28 minut udaje mi się stale biec. Drobniutkimi kroczkami pokonywać wzniesienia, lawirować między kamieniami. Trzech panów przed nami to bardziej oddają się od nas, to zwalniają, by nie zostawiać nas za bardzo z tyłu. Arek naprawdę cierpliwie stale asystuje mojemu wolnemu biegowi. Podpowiada ‘spokojnie’, dopowiada ‘chcesz, przejdź do marszu’.

Pod kolejne wzniesienie rzeczywiście już nie mam siły biec. Przechodzimy do marszu. Łykam kilka kropel napoju niesionego ze sobą. Po trzech minutach marszu wznawiam bieg. A oni ciągle rozmawiają, zatem biegną tempem konwersacyjnym, czyli wolnym. Dla mnie to już mocniejszy poziom biegu.

Z rozmowy z chłopakami dowiaduję się, że zaliczyli już nie jednego „Rzeźnika” i nie jeden ultra bieg górski. Nie mam zatem szans na porównywanie swoich umiejętności biegowych do ich. Godne podziwu i pochwały jest zachowanie panów: dostosowują tempo do mojego. Podpowiadają, instruują. I co rusz rozśmieszają: poczucie humoru w ogóle ich nie opuszcza.

Trening w pełni tego słowa!

Po godzinie i czterdziestu pięciu minutach biegu przeplatanego co kilkadziesiąt minut, dwu-trzy minutowym marszem, docieramy do schroniska na Błatniej. Czyli około 11 kilometrów za nami. Tutaj Arek zauważa, że w takim tempie jeszcze nie pokonywał tej trasy. Co najmniej o dwadzieścia minut spowolniłam im przebycie tego odcinka.

Chwila wypoczynku przy herbacie tudzież bardziej kalorycznym napoju. Korzystanie z toalety. I dalej. Biegać, biegać! Smakować górskie trasy, doświadczać w zbiegach po kamieniach, przyzwyczajać mięśnie do wysiłku wymaganego w górskich biegach. Ćwiczyć psychikę, by nie ulegać pokusie rezygnacji.

Nawierzchnia szlaków, które przemierzamy: to usiana kamieniami, to znów bardziej utwardzona. I – urok gór – jakże często trasę biegu przecinają nam… salamandry.

Wyszedłszy ze schroniska odczuwam rzeczywistą temperaturę: zimno mi!  Teraz, ruszając z Błatniej, natrafiamy w zalesionej części szlaku na ośnieżone fragmenty. Jego grubość nie przekracza kilkunastu centymetrów. Odcinki ośnieżone są maksymalnie na długości 100 metrów. Tyle, że ślisko, mniej stabilnie. Mgła utrzymuje się ciągle. Mimo to aura bardzo dobra do biegania. Prowadzący mnie koledzy doskonale mobilizują do biegania. Wzniesienia udaje się podbiegać, choć te najbardziej krytyczne miejsca, gdzie kąt nachylenia duży, pokonujemy marszem.

Panów nie opuszcza poczucie humoru. I nie opuszczają ich siły! Naprawdę dobrze biegają. Z odrobiną zazdrości spoglądam na ich pełnię sił, brak oznak zmęczenia. Tym samym stanowią dla mnie namacalny przykład: jednak można! Da się! Tylko trzeba TRENOWAĆ.

Druga część treningu ma kilka wzniesień, choć już nie tak dużych, jak było do samej Błatniej.
Do marszu zatem staram się przechodzić rzadziej. I niemal się to udaje. Gdy zegar pokazuje dużo ponad dwie i pół godziny naszego treningu, rozpoznaję między drzewami znajomy domek.  Pokonaliśmy duży odcinek, zataczając koło. By dobiec do punktu wyjścia. Wybiegamy na wolną przestrzeń – to ten stok narciarski, Dębowiec. Teraz mocny zbieg, niemal, czy nieco ponad – pięćset metrów. Stopujemy nasze odmierzacze czasów: trzy godziny, dziewięć sekund na moim.

Jeszcze nie biegałam na jednym treningu tyle czasu. Przynajmniej tego nie pamiętam.

Ten trening: zarówno jako rekonesans trasy – dla mnie, bo chłopcy często tutaj biegają –  jak i próba sił i ogólnie: rozbieganie – jest niesamowity. Warto było stawić się na niego.

Słowa uznania i podziękowania chłopakom. Zgodnie z tym, co podpowiadali: warto wybrać się co jakiś czas na taki trening, chcąc myśleć o startach w biegach górskich. Trzeba się przestawić – mówił jeden, trzeba się oswoić, ‘obić’ stopy górskimi trasami – podpowiadał drugi.

I koniecznie, bezwzględnie, zapoznać się z charakterem trasy: kamienie, mocne zbiegi. Wszak BUT zaczyna się nocą. Przy czołówkach.

Dziękuję, chłopaki! Chętnie skorzystam z następnych zorganizowanych przez Was zajęć!

Reklamy

3 thoughts on “I trening z BUT-em”

  1. Świetny blog. Zazdroszczę ci przygody jaką był bieg po górach. Miejmy nadzieje, że może kiedyś, kiedyś uda mi się chociaż spróbować biegu po górach 🙂

  2. Cześć Dziewczyny 🙂
    Dziękuję za sympatyczne słowa.
    Bieg po górach jest czymś innym niż na nizinach. Warto tego spróbować 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s