Ech…śnieg…


Wichrowato, mroźno, pochmurno, zimno – i nie pasuje…Kurka: święta, a tu śnieg. Przecież to nie te śnieżne święta!

Przykłady do niezadowolenia można mnożyć. Narzekać. ‘miauczeć’ marudnie, sarkać.

„A ja lubię wszystkie cztery pory roku, bo każda z nich…” –śpiewały ‘Czerwone Gitary’ (tekst autorstwa Krzysztofa Dzikowskiego i Kazimierza Winklera)

Przecież wszystko wykluwa się w naszych szarych komórkach. To nasze własne osobiste nastawienie powoduje ‘lubię – nie lubię’.

4

Pierwszego dnia świąt z dziką – tak dziką, jak dzika śnieżyca sypała – wyszłam na trening. Jakieś założenia, plan?

Cóż tu kontynuować, skoro natura tak ukierunkowała? Skoro śniegu niemal po pas. Drogi nie przetarte. Ciężko przestawiać nogi. Zatem – mam! – na pewno poćwiczę siłę biegową. Wyciągać nogi z kopnego śniegu to właściwe temu ćwiczenie. Ile przebiegnę? Nie zakładam na wstępie.

Z domu wyszłam na tyle późno, że zmrok dopada mnie po około dwudziestu minutach. Śnieg ciągle prószy. Co jakiś czas wiatr sypnie nim w oczy. Moja trasa biegowa wielce niespodziankowa: pierwszych cztery kilometry z hakiem pokonuję śladami pozostawionymi przez samochód. Wąski lej wymusza utrzymanie równowagi. Nawet przez moment zamartwiałam się, że z planu siłówki nici, jeśli tak będzie na całej trasie. Ale nie jest! Kolejny zakręt – i rozchodzą się trasy: samochód ślad zostawił w prawo, ja podążam w lewo. I – jest!- cięższe oddychanie, mocniejsza praca przedramion – by dać radę kopnemu śniegowi. Sięga mi do pół łydki. Właściwie postąpiłam naciągając stuptuty. To chroni przed ingerencją tej bieli w głąb moich butów.

Mroczniej się staje. Kontury usypanych bielą drzew majestatycznie przesuwają się w tempie mojego biegu. Tor drogi, uszarzony zapadającą nocą nadal wymusza ćwiczenie równowagi.

Dam radę? Jestem w połowie drogi do domu – w którą stronę się nie zwrócić ta sama ilość niecałych dziewięciu kilometrów przede mną. Ciężko, a jak przyjemnie!

1

Towarzyszący mi pies-mądrala podąża moim śladem, tylko co jakiś czas wybiegając przede mnie stwierdziwszy – mam takie wrażenie – że nadal trasa przed nami nieprzetarta, powraca na mój trop.

Dobiegam do okolic domu. Stoper wskazuje godzinę z ogromnym hakiem: pięćdziesiąt? – dzisiaj już nie pamiętam.

Ale trening niesamowity. Zimowa aura na mnie wpływa bardzo dobrze. Może moje niezmotoryzowanie jeszcze utrzymuje pozytywne spojrzenie na śnieg? Samopoczucie niesamowicie dobre, satysfakcja i radość z pokonanej trasy. I wcale nie przejmuję się czasem zmitrężonym na takim odcinku.
W Poniedziałek Wielkanocny udaje mi się wybrać na trening dużo wcześniej niż poprzedniego dnia.

2

Śniegu dosypało, koleiny z dnia poprzedniego nie poprawione. Plan? Po pierwszych dwudziestu minutach wolnego truchtu, około kwadransa ćwiczeń i bieg: 4’45” szybszym tempem, drugie tyle wolniutkim truchtem. Białość przede mną, pode mną, za mną. Wszędzie. Wokół mnie. Jest zimno – ale sympatycznie.

Pies, z którym wyszłam biegać, podobnie jak wczoraj: biega wydeptanymi przeze mnie śladami, od czasu do czasu pomykając w grząskim śniegu w las węsząc zwierzynę. Radosny przybiega na moje – ciężko wykrzykiwane w biegu – wołanie.

Pokonuję trasę, którą biegałam w sobotę. A jakże różni się teraz od wówczas zastanej nawierzchni: kałuże, nierówności przykryte grubą warstwą śniegu.
Trening jest przyjemny. Do domu docieram po godzinie i czterdziestu pięciu minutach.

3

 Ech: śnieg.

Nic to, że kalendarz wskazuje początek kwietnia. Nic to, że przecież drugi dzień świąt – wiosennych rzekomo.

A ja lubię wszystkie cztery pory roku …

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Ech…śnieg…”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s