Powoli znaczy szybciej. Perła Paprocan, 17 marca


Najtrudniej zacząć.
Tak jest ze wszystkim.

Zarówno z wyjściem na trening, jak i… z opisaniem wrażeń.

Biegałam już dawno: w niedzielę, a dzisiaj środa.

Już na drugim kółku zwoje mojego mózgu szemrały tytuł treści: powoli – znaczy szybciej.

Znów potwierdziło się to, co udowodnione naukowo. I przekazywane. Podkreślane.

O co chodzi?
O bieg. Zawody i ich taktykę. Mówimy o biegu na dłuższy dystans.

Dawno nie startowałam. Trenować – trenuję. Nie rezygnuję. Jednak brak profesjonalnego planu, brak porad mądrych i doświadczonych. Zwątpienia co rusz kruszą to, co chwilami cieszy.

Tegoroczny start – to mój pierwszy.  „Perła Paprocan”.

Mroźno, ale słonecznie. Śnieżno. I miejscami oblodzone odcinki trasy biegowej.

Wystartowałam z kolorowym tłumem długodystansowców. Widzę, słyszę, czuję – ale staram się zamknąć oczy i uszy na ten ‘dookolny’ tłum. I stosować taktykę, o której już wiele czytałam i słyszałam.

Cel: przebiec co najmniej połówkę. Może jedno kółko więcej? Czyli 7km.

Przebiec w możliwie dobrym dla siebie czasie.

Jeszcze wczoraj, wracając po pracy do domu myśli mówiły: pierwsze kółko w 42 minuty, drugie w 35. Trzecie? Utrzymać to tempo.

Po kilkuset metrach od wystrzału startu trasa zwęża się, jednocześnie stając się niebezpieczną: śnieg, zlodzone kałuże. Trasa wiedzie wokół paprocańskiego jeziora. Nawierzchnia: miejscami utwardzona – betonowa, miejscami naturalnie leśna, miejscami asfaltowa. Moje nogi przyodziane w wybitnie trekkingowe obuwie. I ono się nie sprawdza na twardej, jednolitej nawierzchni.

Ale już ich nie zmienię. Muszę w nich wytrzymać.

Pilnuję każdego kilometra. Odmierzanie oznakowanych odcinków pozwala mi bez kryzysów przebiec założoną odległość. I mobilizuje.

Pierwotne założenie: 42minuty na 7km, znaczy 6minut na jeden. Pokonuję odcinki w 5minut 40sekund. I tak się utrzymuje do siódmego kilometra. Zwolnić bardziej – już nie. I tak wolniutko biegnę. Wymijają mnie chyba wszyscy.

Pętelka zamyka się na linii startu, tutaj też punkt odżywczo-nawadniający. I skrupulatnie z tego korzystam: kostka czekolady, cztery łyki wody z sokiem. Przerwa zajmuje mi niemal minutę.

Biegnę dalej. I obliczam: zaczęłam drugie kółko w 42 minucie. Jeszcze nie jestem pewna, czy dam radę przebiec kilometr w pięć trzydzieści pięć. Jednak mijając oznakowanie kilometra, mój stoper wskazuje czterdzieści siedem minut i dwadzieścia sekund od ogólnego startu. Szybkie sumowanie: pięćdziesiąt dwa pięćdziesiąt. I powtarzam to jak mantrę, przez najbliższych tysiąc metrów. Wsłuchuję się w świergot zimowo-wiosennych ptaków, przyglądam mijanym krzewom. Jest tabliczka: kolejny kilometr. Dopiero po przekroczeniu linii znakującej odcinek zerkam na stoper: dokładnie pięćdziesiąt dwa pięćdziesiąt!

Kolejna matematyka: pięćdziesiąt osiem dwadzieścia. I biegnę. Przede mną grupka kilku biegaczy. Minę ich? Oni już dawno biegną ‘5,30’ – myślę sobie. Ale doganiam ich. ‘Muszę wyprzedzić’ – kołacze w myślach moich – ‘Nie mogę zwolnić. Trzymam czas.’ – i wyprzedzam. Licząc, że zaraz oni mnie przegonią. Kolejnych kilkaset metrów – i kolejni wymijani. Muszę to zrobić, bo nie mogę zwalniać. Pilnuję czasu!

Następna tabliczka, przekroczona linia, stoper: zgodnie z oczekiwaniami. Piąty kilometr gdzieś zgubił mi dwadzieścia sekund. Odrobinę przyspieszam. Drugą siódemkę kończę zgodnie z założeniem: 5’30” na kilometr.

Podobnie jak po poprzednim zakończeniu kółka – serwuję pięć łyków wody z sokiem, przegryzam ciastkiem z dodatkiem czekolady. I bieg. Przerwa zajęła mi około minuty.

Czy to kółko uda się przebiec w podobnym czasie – utrzymując tempo ‘5,30’?

Doliczam poszczególne ‘pięć trzydzieści’ na każde tysiąc metrów. I cieszy mnie ten bieg tak bardzo, jak już dawno nie cieszył start: prędkość mam stabilną, tudzież minimalnie narastającą.  Mam ciągle siły! A to już półmaraton niemal.

Wbiegając w aleje wybrukowanego parku, postanawiam kończyć na dzisiaj bieg: buty nie są szczególnie najlepsze. Już czuję obtarte palce. A co będzie po kolejnej siódemce?

Na dzisiaj starczy, choć głód próby siły trochę nalega, by kusić się na kolejne około 40 minut biegu.

Wbiegam w obszar znakowany taśmami. Pilnujący biegu, dopytawszy ‘dalej? koniec?’ – kieruje do mety ostatnich sto metrów zawijasami.

Wbiegam z uśmiechem, z siłami, z czasem ogólnym 1h55’07”. Na szyi zawisa mi adekwatny do przebytego dystansu ciężar medalu. Przebiegłam!

Pogoda dopisuje. Samopoczucie również.

Jak porównałam w domu: w październiku 2010 biegałam tutaj również połówkę. Moją pierwszą.
I była o jedną sekundę lepsza! 😉

Bacząc na ogół: na samopoczucie, wiek, etc., etc. – mnie ten wynik cieszy.

Dużo jeszcze pracy przede mną. Bardzo chciałabym poprawić wynik. Na teraz – jest zadowalający.

I przyznać muszę, że racją jest, co wcześniej podkreślałam: długie dystanse zacząć wolniej. Należy konsekwentnie pilnować czasu. Nie rezygnować. Jeśli trzeba: przyspieszać i utrzymywać tempo.

Bardzo istotne – przynajmniej dla mnie – śledzenie czasu poszczególnych odcinków. Nie narastająco. Analitycznie. Każdego kilometra.

Mnie to mobilizuje! A na pewno mobilizowało w tym starcie.

I pozwoliło bez komplikacji pokonać całą trasę. I bieg zakończyć w dobrym nastroju.

A może to tylko to słońce – takie radosne tego mroźnego dnia?

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s