ZiMNaR etap V – nie patrz wstecz!


szczęśliwy numer i porcja energiiszczęśliwy numer i niezbędna porcja energii;)

10…9…3…2…1…ruszamy. Początkowy odcinek trasy choć błotnisty  jest na tyle szeroki, że pozwala na bezkolizyjne wyprzedzanie – korzystam ile sił w nogach. Błyskawicznie zapala się lampka ostrzegawcza, że tych sił może nie starczyć na całe 6km. Z drugiej strony – głupio zwalniać gdy nogi same niosą. Niosą i niosą – ciągle jestem pierwszą kobietą. No trudno…nie mogę dobrze gonić, postaram się jak najlepiej uciekać…Uciekam i uciekam. Łagodnie wyhamowuję przed ostrym zakrętem, chwilę trzymam się za konwersującymi kolegami (cholera, muszą biec obok siebie?) wyprzedzam ich przy najbliżej okazji, przyspieszam. Przyśpieszam? Serio? Chyba nikogo za mną nie ma. I tak nie odważę się odwracać głowy, nie chcę stracić resztek równowagi. Leśna alejka trochę się rozszerza – środkiem grząski śnieg przemielony nogami poprzedników ze ściółką. Co wybrać? Nie, nie bawię się dzisiaj w siłę biegową, ryzykuję bieg poboczem.  Opłaciło się, na śliskich liściach nowe asiksy dają radę. OK. Dobiegam do stadionu, w butach ciągle sucho więc omijam co głębsze kałuże. Na otwartej przestrzeni  łapię wiatr, byle tylko dotrwać do lasu. Jest, można chwilę odetchnąć. Chwilę, bo za plecami słyszę chlup, chlup, plask, plask. Wracam do ćwiczonego wiele razy na treningu „dziesięć szybkich kroków, dziesięć szybszych, przerwa” Fajne to! I działa. Słyszę już tylko pulsującą w skroniach krew. I własny oddech. Najgorszy odcinek z powykręcanymi korzeniami już za mną więc teraz skupiam się na tym, by jednak nie patrzeć pod nogi. Podnoszę głowę, zatrzymuję wzrok w koronach drzew – stara sprawdzona sztuczka, pozwala pełniej oddychać. Uwielbiam ten las. Cieszę się chwilą. Biegnę lekko i pewnie, choć różne terenowe przeszkody wytrącają z rytmu.  Znów ciężki oddech za plecami. Ktoś mnie jednak wyprzedza. To jeszcze nie Dorota ale wiem, że jest tylko kwestią czasu, gdy wyskoczy mi zza pleców. Ok, oddalę ten moment o ile się da. Przyśpieszam. Znów liście, znów kałuże. Trochę wyhamowuję. Znów stadion. Wbiegam na trzecie okrążenie. Mam już dość tej ucieczki. Niech mnie wreszcie wyprzedzi. Dorota, gdzie jesteś? Ok, bez oglądania się za siebie już wiem, słyszę jej głos, gdy pozdrawia machającego nam kibica. Jeszcze dwa kilometry. Wystarczy mi sił? Spróbuję. Nie kontroluje już czasu, wiem, że jest nieźle. Po drodze łykam kolejnego zawodnika. Wyścigi są wspaniałe, wiecie?  Nic nie słyszę. Niemożliwe, przecież nie jestem tu sama.  No nie jestem. Czuję na plecach oddech rywali. Na szczęście jeszcze tylko zakręt i ostatni odcinek po asfalcie. Trochę gubię rytm. Pędzę na czołówkę z rowerzystą, który, jak ja wybrał z całej szerokości drogi wąski pasek asfaltu. Obyło się bez strat w ludziach. Teraz to już gnam, nie poddam się przecież frajersko na ostatnich metrach.
Warto się było pośpieszyć:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: