Deszczowe zawody


Godzina 6:20

Dlaczego dzwoni budzik??

A – to niedziela. To dzisiaj. Półmaraton. W chorzowskim parku, zatem trzeba dojechać, czyli zdążyć na pociąg odjeżdżający jedenaście minut po siódmej. Czyli wyjść z domu za kwadrans siódma. Czyli jednak wstać. Zatem ten budzik to MOJA pobudka.

Zwlekam się. Toaleta. Pakowanie. Jeść? Do plecaka.
Pociąg. W nim dosypiam.

Godzina 8:47. Katowice-Załęże. Wysiadam.
Dlaczego pada? Dlaczego jest zimno? Dlaczego tak pochmurno…? Nie ma znaczenia. Dzisiaj jest bieg.

Idę. Tuż za wyjściem z podziemnego przejścia dołącza inny zapaleniec biegania. Jechał od Kluczborka. Jestem jego przewodnikiem.

Godzina 9:20

Hala Kapelusz. Park Chorzowski. I ciągle deszcz. I zimno…(fot. Przemysław Witwicki)

Godzina 10:00

Odebrany pakiet. Dopłacona niedopłata. Przebieralnia.
Śniadanie. Nie chce się jeść. Miniony tydzień niedojedzony. Niedopity. Czy mimo tego dam radę przebiec dzisiaj?

Godzina  11:00

Start.
I deszcz. I zimno.

Ależ ludzi!

Mój minutnik: ustawiłam sobie na 5’40” na kilometr. Nie wiem, czy przebiegnę. Ile razy przerwę bieg chodem? Czy dotrwam do końca?

Nie dać ponieść się tłumowi! Trzymać swoje tempo.

Ech… Były czasy długiego biegu z prędkością pięciu minut na kilometr. I był czas, gdy kilometr pokonywałam w cztery minuty czterdzieści pięć minut. Ale to przeszłość.

Teraz: przebiec.

Trasa chyba specjalnie zaplanowana na deszczową, chłodną porę: pierwszych trzy kilometry cięższe. Pod górkę. By od tego momentu, około trzeciego i pół kilometra, biegać w dół, płaskim, i znów w miarę w dół.

Nie omijam żadnego punktu, gdzie podają wodę. Z wyjątkiem pierwszego.

Deszcz. Grabieją ręce. W tłumie biegaczy odważni w koszulkach na ramiączkach, krótkich spodenkach. Brr.

Trasa mokra, miejscami przecinana potoczkami. Nie ma co wymijać kałuż. To ktoś mnie ochlapie, to ja pewnie kogoś bryzgam fontanną unoszącą się spod biegnących stóp.

Po kilku kilometrach już to nie ma znaczenia. Deszcz to pada, to leje. Czasem siąpi. I zimno. Rozgrzewamy się biegiem. Ale dłonie grabieją.

Godzina 11:39

Strefa mety. I pierwszego kółka. Jeszcze dwa razy. Wytrzymać.

Punkt nawadniania – na chwilę przystaję, trzy łyki wody. I dalej. Czuję w nogach ołów. Ciężko przebiec ten odcinek. Przypominam sobie niegdysiejsze wskazówki doświadczonych: na podbiegach zmniejszyć krok. Drobić. Tak robię. Gdzieś tam w mózgu próbuje lęgnąć się myśl, by przejść do marszu, ale nie pozwalam jej na rozwój. Praca rąk, kontrola oddechu. Równy krok. Pokonać wzniesienie, tam zaraz zbieg. I kolejny podbieg.  Dobiegam do drugiego punktu, gdzie w moje ręce trafia kubek z poweradem. Trzy łyki. Nie w biegu. Boję się o zaksztuszenie. Ten punkt usytuowany według mnie w doskonałym miejscu:  kilkadziesiąt metrów dalej to dotychczasowe mocne wzniesienie przechodzi w zbieg. Można nadrobić tych kilka łyków chodu. Wydłużyć krok. Przeganiać innych.

Od czwartego kilometra tego okrążenia, czyli w sumie od około jedenastego kilometra czuję zimno. Nie chłód, ale już zimno. Jestem niewłaściwie ubrana. Mam na sobie techniczną koszulkę, albo mam nadzieję, że ona taką jest. I kurtkę – jednak przeciwwietrzna nie jest przeciwdeszczową. Byle nie wyziębić organizmu. Intensywniej pracuję przedramionami. Rozgrzać się!

Może zdejmę ją i podam komuś przy linii mety? Może ją oddadzą potem? Mam jednak tak zgrabiałe palce dłoni, że nie odważam się na to. Biegnę.

Godzina 12:18

Dobiegam znów w strefę mety. Drugie kółko za mną. Przebiegając obok restauracji, słyszę wywołane moje imię. To Agnieszka ze znajomymi dopinguje biegaczy. Wypatrzyła i mnie. Dziękuję Agnieszko! 🙂

Mam wrażenie, że to „wywołanie do tablicy” rozgrzewa.

Z obawą przystępuję do najbliższego trzykilometrowego odcinka. Bezwzględnie biorę wodę w punkcie jej wydawania. Dwa czy trzy łyki. W chodzie. I dalej bieg. Wytrzymać. Nie poddać się. Utrzymać to swoje tempo. Nie jest ono dla mnie ogólnie najlepsze, ale na chwilę obecną, na dzisiaj, na mój stan zdrowia i samopoczucia – odpowiednie.

Uczucie ołowianych nóg zanika. Teraz psychicznie wytrzymać. Sił braknąć nie powinno.

Tabliczka z oznakowanym czternastym kilometrem.  I od tego momentu spoglądając na punkty znakowania, patrzę na ten ostatni zapis: oto piętnasty kilometr. Minutnik dźwięczy kilkadziesiąt metrów za tabliczką. Szesnasty kilometr, znów przebiegam szybciej, niż nastawiłam czas. I tak do samej mety. Ostatni kilometr usiłuję przebiec w przyspieszonym tempie. Ciężko, bo zimno, bo deszczowo. Staram się. I wbiegam z czasem 1:58:34.

Bacząc na czas – rewelacji nie ma. Ale mimo wszystko cichutko chwalę siebie. Wytrzymałam. Nie przeszłam do marszu, nie licząc punktów nawadniania. I każdy kilometr przebiegłam przeciętnie 4 sekundy szybciej, niż założyłam.

Z trasy biegu zapamiętałam jej urok. Pomimo tego nie przestającego lać, padać, siąpić deszczu, aura była przyjemna. Doskonałości dodawały liście na asfalcie. Nawet przy tej pochmurnej pogodzie wypatrzeć dało się piękno jesieni w złocie, czerwieni i żółci liści. Jesień jest piękna.

Godzina 13:05

Odebrać rzeczy z depozytu. Dojść do szatni. Prysznic. Cieplutka woda. I suche ubrania.

Powrót do hali – jeszcze zasilić akumulatory: gorący żurek. Pychotka.

Godzina 14:00

Dekoracja zwycięzców. Losowanie. Nagłośnienie trochę niedopracowane. Niezbyt wyraźnie słychać słowa konferansjera. Na zakończenie sympatyczna niespodzianka dla kilkudziesięciu pań: organizator rozdaje kupony rabatowe do salonu kosmetycznego.  I jeszcze losowanie nakrętek. Konferansjer z Fundacji, która zorganizowała konkurs powiązany z samym faktem dostarczania nakrętek informuje, że w akcjach biegowych Silesii udało się już uzbierać 20 ton tego materiału. Również mam w tym swój udział!

Do domu. W siąpiącym deszczu, parkowymi alejkami – myślę, że nie tylko ja wyciszam emocje spacerowym krokiem, pod parasolem.

Advertisements

13 thoughts on “Deszczowe zawody”

  1. Super relacja. Biegłem na 7 km. W ubiegłym roku obiecałem sobie, że w 2012-tym będzie półmaraton, ale nie dałem rady się przygotować. Teraz, żeby przynajmniej obronić resztki godności pobiegłem siódemkę. I nie żałuję, chociaż to była pogoda i warunki wybitnie dla koneserów. Mimo to poprawiłem wynik z zeszłego roku (a wtedy była idealna pogoda) i teraz już wiem – wiosną będzie półmaraton. Gratuluję. Marzę o przebiegnięciu tego dystansu w Twoim czasie. 🙂

    1. 🙂 Mów, znaczy się:pisz, jak Ci poszło. Gdy ja wbiegałam na metę, słyszałam jak konferansjer zapowiada kogoś z Kluczborka. Może to byłeś Ty? 🙂

      1. Czas zbliżony do planowanego, ale moglo być lepiej 🙂 / 01:46
        W wynikach masz wszystko, a Ty też dobieglaś tak, jak planowałaś.

        Podaj mi maila, żebym nie pisał na forum 🙂

  2. Ja też miałem ustawione tempo na 5:40-ci i tak biegłem od startu do mety z taką żółta flagą z napisem 2 h Ciekawe czy ja widziałas i starałas nie dac się dogonić ? ,-)

    1. Owszem, widziałam: na ostatnim kilometrze. Wbiegaliście na ‚zawijas’, gdy ja go opuszczałam. Wówczas przez chwilkę przemknęło w moich zwojach mózgowych, że pewnie zaraz mnie przegonicie 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s