Wyczucie?


4 Półmaraton Bytomski 23 września 2012

Dzień rozpoczynał się bardzo zimno. Słyszałam wokół opinie: rześko.

A przygotowałam krótki strój do biegania. W ciągu tygodnia poprzedzającego dzień startu meteorolodzy mówili o słonecznym i ciepłym weekendzie.

Senna czekałam z już odebranym pakietem startowym. Nie mogłam zdecydować się, by wyjść na tę rześkość, porozgrzewać się, porozciągać. Zmobilizowałam się do tego godzinę przed startem.

Wokół biura zawodów mnóstwo ludzi. W samej sali gimnastycznej, gdzie mieściło się centrum biura, buczało jak w ulu. To mnie najbardziej pchnęło do wyjścia. Uciec w odludność.

Tak też zrobiłam. Rozruch był wolniuteńki. Było mi zimno. Aż szczęka latała. Wybiegłam w ustronne miejsce, trochę trawy, trochę drzew. W którymś momencie wreszcie poczułam ciepło. W końcu ciało oswoiło się z aurą. Mogłam nawet zdjąć kurtkę.

Kwadrans przed godziną startu truchtem wróciłam do linii wybiegu. Okazała się daleka: od wystrzału startu, do jej minięcia, mnie upłynęło ponad 58 sekund. Za mną jeszcze masa ludzi. Było nas, a było! Peleton rozwinął się, miałam wrażenie, zapewne na pół kilometra. A może był dłuższy.

Moje założenie na ten bieg? PRZEBIEC. Czas? Marzenia są, ale wolę ich nie ujawniać. Jeszcze tak nie potrafię.

Wraz z ilością moich udziałów w organizowanych biegach powoli przyzwyczajam się do nawierzchni asfaltowych. I podbiegów.

Trasa tego biegu w pełni ciągnęła asfaltem. Miała kilka podbiegów i zbiegów. I – przede wszystkim – trzeba było przebiec dwa razy. I to chyba jest – dla mnie – najbardziej męczące. Pewnie to kwestia psychiki, ale zdecydowanie wolę biegi, których trasy nie powtarzają się.

Ustawiłam sobie minutnik na 5:28, włączyłam stoper. Rzeczywistość: każdy kilometr pokonywałam kilkanaście sekund szybciej od założenia. Pierwszą pętlę kończyłam z czasem nieco ponad 48 minut. Chyba na piętnastym kilometrze zaczęłam odczuwać trudności w pokonywaniu wzniesień.  Strefa nawrotu, gdzieś około szesnastego kilometra. Podbieg. I teraz – DOBIEC. Nie zrezygnować. Nie przerwać marszem. 21 kilometr – zbieg, by ostatnich kilkadziesiąt metrów wspiąć się pod górę. Tuż przed metą dałam się wyprzedzić. Dobiegłam. Medal, powerade. I brak oddechu. Końcowy czas: godzina pięćdziesiąt siedem dwadzieścia siedem. Drugie kółko wolniejsze od pierwszego.

To jest czas BRUTTO. Przeliczyłam sobie teraz dokładnie i wyszło, że od momentu przekroczenia linii startu, do przebiegnięcia linii mety minęło dokładnie: 1:56:25, a wg nastawionego sobie czasu, założenia, powinnam przybiec sekundę później. A co najważniejsze dla mnie: PRZEBIEGŁAM calutki dystans. Nad czasem muszę jeszcze popracować. Solidnie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s