…z jachtu na linię startu…


…III Maratonu Bałtyckiego Brzegiem Morza;

w tym roku po pokonaniu blisko 370 mil morskich wpłynęłam do Jastarni (nie sama rzecz jasna a z całą załogą na Jachcie Geronimo II) i  tak jak stałam tj. w ubraniu sztormowym (tym bardziej że strasznie padało) ruszyłam do biura zawodów przy Latarni. Odebrałam pakiet startowy, w którym jak co roku były dość fajne gadżety (czapeczka z daszkiem granatowa, bidon, koszulka (fajna, bo bez rękawków) opaski frotowe na ręce). Tam oczywiście znajome twarze,  których były znacznie więcej na linii startu. Są tacy widać, których ten bieg jest jednym z ulubionych. Mój na pewno. Pogoda nie zapowiadała się najlepsza, znaczy ja liczyłam na słonko i umiarkowany wiaterek. Jak się okazało pogoda była najlepsza, jaka mogła się przytrafić: zero słońca, zero wiatru, zero zafalowania – idealne warunki na ten bieg. W poprzednich latach był wiatr, przez to było duże zafalowanie. No i 30 stopni Celcjusza w zeszłym roku.

tu przede mną jeszcze 37 km

(tyle ze mi takie temperatury nie przeszkadzają)

Dobra, pogoda odfajkowana,; czy byłam wypoczęta i wyspana? (bo u mnie z tym ostatnio jest mały problem 😉 , w zasadzie tak. Kolejna rzecz to buty, zastanawiałam się czy biec w butach i zdjąć je na którymś kilometrze czy biec bez butów. Co do wybiegania – tu miałam go aż nadto bo byłam dziesięć dni po Maratonie Solidarności w Gdańsku. Przed biegiem tylko jeden, dwa bananki, no i zero picia, dopiero w trakcie.

Wiele czynników wskazywało że będzie OK choć ja tego nie czułam, jak zwykle na nic się nie nastawiałam. Ostatecznie zdecydowałam że biorę buty i zdejmę je na pierwszych kilometrach („nastraszyli” mnie ze może stopy mi się obetrą bardzo czy coś); i tak po 5 km zdjęłam buty bo stwierdziłam, że jak dla mnie to masakra biec w nich dalej: zaraz są pełne piachu, za każdym razem jak wejdzie fala to są cięższe. Na boso biegło się bosko, w ogóle biegło mi się bosko!

Biegłam  tak przed siebie i patrzyłam jak z czasem przylądek Rozewie robi się coraz większy, czas zleciał jakoś szybko, nie odczułam że ten bieg trwał 4 godziny, na punktach żywieniowych w sumie zjadłam pół banana i piłam umiarkowanie ( nie było gorąco, było 20 stopni Celcjusza). Trochę bałam się o nogi, jak wytrzymają tak długi dystans bez butów , mimo że po piachu, że dostanę skurczy, bo łydka rozgrzana a nie raz była schładzana przez wodę; no i bieg po równi pochyłej dał się we znaki, bolały mnie trochę stopy w śródstopiu, bo noga cały czas (lewa w jedną stronę, prawa w dugą) biegła bo lekko spadzistej plaży.  Na początku biegłam równo z dziewczynami, potem jak się okazało była czwarta ale niedługo, potem trzecia, i tak już zostało do mety. Biegłam cały czas równym tempem, nie odczuwałam zmęczenia, więc zakładałam że tak już się utrzymam na tej pozycji. Czas jaki miałam już od 20km był dla mnie samej niespodzianką; no i to WSPANIAŁE uczucie kiedy wbiega się na metę, co więcej że świadomością ze czas jest lepszy od poprzednich o około 50 minut, o III miejscu w kategorii kobiet nie wspomnę.

Na mecie czekała moja załoga wraz z kapitanem i to było naprawdę super  : )))  i wielka dawka endorfin i to wspaniałe uczucie (uwaga – zabrzmi patetycznie) zwycięstwa, pokonania kolejnej granicy, kolejnego progu, co utwierdza w przekonaniu że warto ciężko pracować, nie poddawać się gdy jest ciężko  i napierać do przodu*.
—-
* to dotyczy wszystkiego, nie tylko biegania

wynik na mecie: 4:06 – nic tylko to teraz łamać!

wszystkie zdjęcia: Zbychu z jachtu

Advertisements

1 thought on “…z jachtu na linię startu…”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s