Meduzy, reklamówka i morze


Image

fot. Ola Janiszewska

Miał być spokojny powrót do Szwecji, bynajmniej tak mówił do nas wiatr. Podzieliliśmy podróż na dwa etapy, pierwszy odcinek ze Świnoujścia do Sassnitz, a nazajutrz docelowo już Falsterbo i macierzysty port Limhamnw Szwecji. W zaledwie sześć godzin dopłynęliśmy do Niemiec, wyłącznie na żaglach. Lubię, takie pływanie. Staję za sterem i słucham morza. Z czasem szum staje się częścią podróży, a obijające się o burtę fale przypominają o tym, że na wodzie rządzi wiatr. Jacht na żaglach wygląda jak piękny ptak, który szybuje na niebie poddając się powietrznym prądom. A potem znika w chmurach jak żagiel wśród wysokich fal.

Morze nie jest nudne, każda fala jest inna. Każda ma swoją osobowość i coś do powiedzenia. Morza należy słuchać i czuć do niego respekt, to jedyna droga bezpiecznej podróży.

Po sześciu godzinach surfowania na bałtyckich falach docieramy do mariny. Przed wejściem do portowego basenu zrzucamy żagle, włączamy silnik. Łódka zaczyna drżeć, jakby krztusiła się słoną wodą. Cumujemy do kei, ale myśli biegną w czarnym kierunku, wszystko wskazuje na większą awarię. Zbliża się wieczór, porcik żyje własnym rytmem. Spokój, cisza. Gdzieniegdzie, na kei, lampki wina i apetyczne szaszłyki z grilla. Taki spokojny, wieczorny czas.

Decyduję się zanurkować pod łódkę i skontrolować płaty śruby napędowej. To nie lada wyzwanie, pływać wśród galaretowatych meduz i innych wodnych żyjątek. Nie mam ze sobą pianki, pozostaje kostium pływacki, czepek i basenowe okularki. Wyglądam chyba jak Gizmo, skoro szybko staję się obiektem zainteresowania wieczornych spacerowiczów. Głównie niemieckich kanapowców, którzy z podziwem patrzą na moje wejście Wodnika Szuwarka. Zanurzenie nie jest takie trudne, uwielbiam pływać w naturalnych akwenach. Naturalne, że temperatura wody nigdy nie rozpieszcza. Wszystko mam pod kontrolą do momentu pierwszego nura pod łódkę. Wynurzam się z meduzą na ramieniu, fuj! Powtarzam sobie jak mawiał mistrz Yoda: niech moc będzie z tobą! I daję nura. Woda mętna, docieram w końcu głęboko pod jacht, lokalizuję śrubę.Trzy płaty sterczą jak koniczynka, na pierwszy rzut morskiego oka wszystko gra. Zabieram jeszcze kilka cząsteczek tlenu z powietrza i powtarzam podwodny manewr. Meduzy wydają się być coraz bardziej sympatyczne, grunt to się z nimi zaprzyjaźnić i nie panikować. Gorzej ze śrubą: w wał napędowy wkręciła się foliowa reklamówka.

I tak zaczęło się moje pierwsze nurkowanie ze specjalistycznym nożem w celu uwalniania śrubki z folii. Czułam się jak w dobrym filmie sensacyjnym, w roli tego dobrego ducha, który uwalnia z tarapatów. Fajne są takie przeżycia, poproszę o więcej, tylko bez meduz. Nigdy nie przepadałam za owocami morza, a te napotkane w wodzie tym bardziej nie należą do atrakcji talerzowych. Pozostanę jednak wierna owocom naziemnym i lądowemu bieganiu, choć aqua running brzmi całkiem nieźle.

Reklamy

Autor: Ola

Codzienność dzielę z bieganiem, kolarstwem górskim i pływaniem. Jestem wiernym miłośnikiem muzyki, jazzowych maratonów i ciepłych, miękkich nut. Fotografia, poezja, pisanie to poza sportowe pasje. Sądzę, że najlepszą pożywką mózgu jest jego dziki stan, bo wtedy świat dzieje się bardziej intensywnie. Z wykształcenia marketingowiec, w życiu „łamigłówek” i pasjonatka ruchu. Ludzie i ich świat, są dla mnie ważni. Redaktor treningbiegacza.pl , członek Yacht Klub Polonia Malmö w Szwecji, współorganizator koncertów muzycznych i zlotów żeglarskich.

1 thought on “Meduzy, reklamówka i morze”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s