Jest ekstrema, jest zabawa


Mocny, niemal katorżniczy trening obudził dzisiaj wspomnienia sprzed dokładnie czterech lat. Po prysznicu i obiedzie odgrzebałam w starym pamiętniku relację z imprezy, której VIII edycja rozegra się jutro i w niedzielę w Kokotku koło Lublińca. Wklejam poniżej, wspominając dawną Agnieszkę;

Katuje. Upadla. Miesza z błotem – IV Bieg Katorżnika

Start w III Biegu Katorżnika, kultowej imprezie organizowanej przez Metę Lubliniec, miał być dla mnie tylko jednorazową przygodą.

Tymczasem, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, bez wahania i zbytniego przemyśliwania, wpisałam się na listę uczestników i niecierpliwie odliczałam dni do 16 sierpnia 2008.

SOBOTA, godzina 15, Eliminacje

Stoję na plaży odprowadzana przez siostrę, tatę i hermana. Kilka słów odprawy, odliczanie i ruszamy. Skok do wody, szok termiczny i pierwsza niepokojąca myśl: ” czy dam radę? ” Po burzy poziom wody w Posmyku podniósł się na tyle, że momentami traciłam grunt pod nogami. Nie bardzo mogłam też płynąć, bo tuż za mną napierali inni katorżnicy. Cholera, niedobrze! Straty w wodzie próbowałam nadrabiać na lądzie. Walcząc z kolką i mokrymi ciuchami raz po raz zadawałam sobie pytania: ” co robię w tym towarzystwie? ” ” do czego to wszystko zmierza? ” ” być albo nie być? ” Trawersując jezioro, mocno już przeorane przez poprzedników zarzuciłam te głębokie przemyślenia bo starałam się już tylko utrzymać nienajlepszą pozycję i ewentualnie w miarę możliwości wychodzić wyżej. W rowach było już o to znacznie trudniej. Zaczęła się walka o przetrwanie. Wąsko, zimno. Płytko, głęboko. Zimno.

Czyżby moja ochronna warstwa tłuszczyku okazała się niewystarczająca? Całkiem na czuja próbowałam omijać przeszkody: konary, korzenie i co tam jeszcze wpadło w czarną maź. Najgorsze okazało się trzęsawisko na granicy trzcin i jeziora-nie byłam w stanie utrzymać się na powierzchni, płynąć w tym nie sposób, wykonywałam więc jakieś dziwne, wężowe ruchy starając się nie oddawać wywalczonej pozycji. Dopiero na w miarę stabilnym gruncie-odcinku poprowadzonym wśród pokrzyw, paproci i borówek wyrwałam do przodu aby jak najszybciej zakończyć tę mękę. Przy okazji powybrzydzałam trochę na Krisa, odpowiedzialnego za takie a nie inne poprowadzenie trasy. Musiał ją aż tak urozmaicać? I nagle, przy pińcet którymś niekontrolowanym skoku na dobrze zamaskowany konar (czy może gałąź. Albo korzeń. Albo belkę. Albo resztkę kości udowej jakiegoś prehistorycznego gada) dotarło do mnie, że jest ekstrema jest zabawa. I o to chodzi. Ale super:) Więc znów skok w błoto, nurkowanie pod gałęzią, zjazd do rowu, czołganie w błocie. Znów rąbię kolanem o korzeń, znów hamuję piszczelą na gałęzi, znów nurkuję w gęstej wodzie. Jeszcze większa ekstrema-jeszcze większa zabawa. Hurrra! Znów jeziorko, dziewczyny na pomoście, przejście pod mostkiem, w dwururce, sprint po schodach przez opuszczony budynek jakiegoś ośrodka, skok przez barierkę, znów schody, ostra jazda bez trzymanki, plaża, pomost, Zenek – najwspanialszy znany mi spiker, dowódca Pułku. Herman, Ania, tato-wszyscy coś do mnie mówią, ja myślę tylko o jednym: zdjąć te cholerne mokre ciuchy. Teraz poruszam się jak na zwolnionym, niemym filmie: z zewnątrz nie dochodzą żadne sygnały, zanurzam się powoli w wodzie, której temperatury nie rejestruję w żaden sposób. Jakby zza szyby słyszę: ” nie płyń zbyt daleko „. Ale już włączył się automatyzm ruchów, już czuję wszechogarniający spokój. W ten sposób mogłabym kończyć każde zawody…

Jakoś docieram pod prysznic, jakoś przebieram się w ciepłe ciuchy. Żałuję że nie pomyślałam o rękawiczkach, szaliku i czapce uszance. Wszędzie mi zimno, wszędzie mnie boli. Odprowadzam rodzinkę na parking, lokujemy się z Hermanem na hali, bardzo niechętnie przygotowuję buty na jutrzejszy start. Jakoś nie potrafię się cieszyć z awansu do finału. Humor poprawia mi się na dobre dopiero późnym wieczorem przed sceną. Bawimy się przy hitach granych przez czeski zespół ” hurricane ” w doborowym towarzystwie Teamu Maratonypolskie. Herman szaleje pod sceną, w przerwach towarzyszy mi w wokalnym katowaniu evergreenów.

NIEDZIELA Finał. Mistrzostwa Polski w Biegu Tyłem.

Noc nie przynosi ukojenia. Budzę się obolała i ciągle wychłodzona. Kombinuję jakby tu wymiksować się z tej zabawy. Obiecuję Hermanowi, że odwieszę buty na kołek (właściwie nie muszę ich odwieszać i tak nie nadają się do użytku) zrobię sobie wreszcie tipsy, kupię telewizor i sport będziemy odtąd oglądać, jak inni normalni ludzie, siedząc wygodnie na kanapie. Jakoś mi, kurcze, nie wierzy. Przy okazji doprowadza mnie prawie do łez, gdy proponuje przed śniadaniem umycie łyżeczki:) Kochanie, ja tu wczoraj piłam wodę z rowów melioracyjnych a Ty tu nagle wyskakujesz z takim wersalem? Odbieram telefon od mamy. Każe mi walczyć. Dobre! Dlaczego nie każe mi wracać natychmiast do domu?

Czas szybko mija. Zakładam mokre buty, pakuję sprzęt potrzebny na kolejne zawody, trochę żartuję z kolegami, wymieniam ostatnie uściski z Anią i tatą. Znów staję na linii startu, znów słucham Zenka. Jest jeszcze nadzieja, mogę się wycofać. Ale nie-odliczanie, wystrzał, start. W tej chwili mija mi atak paniki i przedstartowy stres. Wywalczam sobie dobrą pozycję w wodzie, poprawiam ją jeszcze na grobli. Trochę wyhamowuję, bo obawiam się, że teraz rozgrzane mięśnie mogą zbuntować się w wodzie. Faktycznie się buntują na szczęście opanowuję drobne skurcze i brnę do przodu. Koniec jeziora, szok termiczny w rowie. Po raz pierwszy pomyślałam, że Bieg Rzeźnika, wszystkie biegi, w jakich do tej pory uczestniczyłam to małe miki przy tej imprezie. Już, już miałam się rozpłakać, gdy doszło do mnie, że to przecież nie zabawa dla grzecznych dziewczynek, nie imieniny babci, tu się walczy i napiera!. Doraźnie pomogło. Załamałam się dopiero w trzcinach. Wyprzedziło mnie hurtem kilkanaście osób, ich plecy oddalały się z zawrotną prędkością a ja nie mogłam nic zrobić. Normalnie siąść i płakać. Całe szczęście, że nie znalazłam żadnej ławeczki, bo bym już na niej została. Poprzeklinałam więc we wszystkich znanych mi językach i jakoś podniosłam się z tej klęski. Później było już tylko lepiej. W chwili gdy już, już miałam zerwać numer startowy (i tak trzymający się dzielnie na jednej agrafce) wyplatać ze sznurówek czip, ciepnąć tym wszystkim i zejść z trasy przypomniałam sobie ostatni etap Rzeźnika – to momentalnie ustawiło mnie w pionie. I później już tylko: znajome błoto, znajomy mostek, znajome schody, znajomi kibice, znajomy Zenek, znajoma Meta. Złota Podkowa.

I błyskawiczna decyzja: za 15 minut następne zawody. Kąpię się w jeziorze, przebieram w suche ciuchy, przepinam chip. Nie mam czasu myśleć o zmęczeniu czy bólu. I bardzo dobrze. Idziemy na start. Idziemy. I idziemy. Znana trasa dłuży się niemiłosiernie. A przecież trzeba będzie jeszcze wrócić. W pamięci zanotowuję jeszcze wszelkie dziury i wybrzuszenia na asfalcie. Sprawna odprawa, ustawiamy się z Ewą na linii elity (hehe, pierwszy raz w życiu startuję z pierwszej linii) i start. Trudno opisać bieg tyłem, bo cały wyścig toczy się za plecami. Przed sobą widzę tych, którzy do mety dobiegną później, tych, których chcę dogonić mam za sobą…niezły cyrk. Jakoś wychodzę z niego cało: po 11 minutach melduję się na mecie. Jako druga kobieta jestem jedenasta w generalce.

Tegoroczna edycja uznana została za najbardziej ekstremalną wśród dotychczasowych. Zaraz za metą deklarowałam, że to już ostatni raz, wystarczy ekstremy w moim życiu, następna kąpiel błotna ewentualnie w jakimś wypasionym SPA. Wiadomo, ile są warte takie deklaracje…Do zobaczenia, znów w połowie sierpnia, nad Posmykiem.

Advertisements

5 thoughts on “Jest ekstrema, jest zabawa”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s