W rok po debiucie – jest życiówka!


Na czwartą edycję Silesia Marathon  wybrałam się jak zawsze z moją rodzinką. Wcześnie wstaliśmy, żeby dojechać z Oświęcimia do Katowic na ósmą rano. Z zaparkowaniem samochodów nie było problemu – mieliśmy karty wjazdowe. Niestety jak się okazało i tak przyjechaliśmy trochę za późno i nie mogliśmy już zostawić naszych napojów z opisanymi numerami startowymi, które podczas biegu czekałyby na punktach odżywczych.  Nie przejmując się tym Mariusz zabrał ze sobą bidon i dwa napoje do kieszeni wsadził, uściskaliśmy naszych bliskich: nasze dzieciaczki, Marzenkę – towarzyszkę naszych maratonów i brata stryjecznego z rodzinką, którzy specjalnie z Warszawy przyjechali nam kibicować. Pobiegliśmy w stronę pomnika w parku w Chorzowie gdzie stały zaparkowane autobusy, które zawoziły nas na start pod Spodek. Jak dotarliśmy na miejsce było tam już dużo biegaczy a ja pierwsze, co to udałam się do ubikacji i tak chyba jeszcze ze trzy razy;)

Image

Emocje towarzyszyły mi ogromne: zdenerwowanie, podniecenie, zachwyt, ciekawość, strach a przede wszystkim ogromna radość i duma, że mogę znowu startować w maratonie. Debiutowałam na tym dystansie rok temu właśnie w Katowicach: było wtedy bardzo zimno i deszczowo. Za to teraz – strasznie gorąco! a ja nigdy jeszcze nie biegałam w takich wysokich temperaturach tak długo.

Sygnał startu: małymi kroczkami ruszyliśmy przed siebie w tłumie biegaczy, którzy ustawili się za tabliczką 4:00. Na początku biegu czułam się bardzo dobrze, ale odczuwałam pewien ciężar w oddychaniu. Tak po około 8 km mówię do męża, że czuję się tak jakbym nie była przygotowana do biegu gdzie wiemy obydwoje, że tak nie jest – mąż sam mnie przygotowuje to on ustala obciążenia.

Nie podawałam się biegłam dalej: było bardzo gorąco do tego pierwsze kilometry prawie cały czas pod górę: och jak było mi ciężko!

Image

Mariusz bardzo mnie wspierał – kontrolował czas, tempo i patrzył na mnie jak mi ciężko biec. Bałam się, że nie uda mi się ukończyć maratonu- ta myśl mnie przerażała. Na punktach odżywczych, co 5 km, polewałam się wodą z butelki     i piłam izotoniki. Jak mijałam ludzi z moją ogromną zadyszką, to patrzyli na mnie ze zdziwieniem? politowaniem? – tak to wyglądało.

Image

Każdy krok to była walka. Jak dobiegłam do połowu maratonu wiedziałam, że muszę iść w krzaki, bo już nie wytrzymam i tak też zrobiłam; potem było mi już lżej, ale ból brzucha mi stale towarzyszył i moja zadyszka, która mnie samą zastanawiała. W czasie maratonu na chodnikach stali ludzie, którzy nam bili brawo  dzieci wyciągały ręce żeby przybić im piątkę: było to bardzo miłe.

Image

Mijaliśmy również zespoły, które nam przygrywały i strażaków z kurtynami wodnymi. Z każdej takiej kurtyny skorzystałam: zimny prysznic podczas tego biegu był wskazany czułam się od razu lepiej. Około 30 km dołączył do nas Józef, trzymał się nas dość długo, nie przeszkadzało mi to, że jest obok biegł spokojnie, ale czasami zdarzają się biegacze, którzy potrafią całe życie opowiedzieć podczas biegu albo strasznie głośno tupią i to zakłóca rytm biegu. Jak zbiegaliśmy z mężem do parku to miałam nadzieję, że już za chwilę meta, ale niestety czekało na nas jeszcze ok. 5km po parku.

Image

Strasznie męcząca długa alejka, na której czekali nasi kibice. Zaczęli wiwatować na nasz – widok byli bardzo szczęśliwi widząc mnie i męża zmierzających do mety. Ja biegłam już na wyczerpaniu nie miałam siły podnieść rąk w dowód podziękowania, pokazałam tylko kciuki.

Image

Wypatrywaliśmy już mety a tu okazało się że musimy jeszcze podbiec pod ostatni podbieg tak zwaną  „ żyrafę” widziałam po minach innych, że też mieli dość. Po pokonaniu „żyrafy” poczułam chwilową ulgę i meta wydawała mi się na wyciągnięcie ręki a tu jeszcze, jeszcze, jeszcze … trzeba biec. Niby już, ale przy tym zmęczeniu wydawała się tak odległa. Jak zobaczyliśmy, że tłum się zagęszcza to wtedy przyspieszyliśmy i … tak około 80 metrów przed metą złapał mnie skurcz w łydce. Pomyślałam: choćby na jednej nodze, ale dam radę. Mariusz mnie złapał za rękę i poczułam skrzydła u ramion i sama nie wiem, kiedy przekroczyłam linie mety, gdzie czekały nasze dzieci, Marzenka i brat stryjeczny z rodzinką. Padłam na kolana ze zmęczenia po chwili miałam już medal na szyi.

Image

Image

A zaraz za metą – spotkanie z Agatą, którą wcześniej znałam tylko z bloga:)

Image

Na sam koniec poszliśmy na masaż, który był na miejscu,

Image

a po masażu do naszych znajomych do restauracji Janosik w Bytomiu na obiad!!!

Bardzo dziękuję mojemu mężowi, że mnie tak wspierał, troszczył się o mnie i co najważniejsze motywował. Był to dla mnie najcięższy maraton, jaki do tej pory przebiegłam będę go długo pamiętać i tym bardziej jestem z siebie dumna: nie poddałam się a nawet przebiegłam ten maraton szybciej od pozostałych 4:33:59!!!

Image

zdjęcia – Kludia Fąferek – Jaworska, Joe Kelbel i kibice Ani

Reklamy

7 thoughts on “W rok po debiucie – jest życiówka!”

  1. Witam
    Cieszy mnie ten poziom dyskusji na blogu… niech inni się uczą!
    śpieszę donieść że na maratonypolskie w zakładce foto złapałem ‚Was’ w obiektywie mojego aparatu na 21 i 37 km. 😉
    pozdrawiam wraz z małżonką – ona biegła(305) ja uwieczniałem:)
    Jars.

  2. Uwielbiam czytać takie relacje, szczere, opowiadające o walce ze sobą… To motywuje! Szykuję się powoli do pierwszego maratonu. Długa droga przede mną, ale gdy czytam takie relacje – wiem, że też dam radę. Dzięki za Twój wpis

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s